Duński serial „Jeźdźcy burzy” (Ride Upon the Storm) stawia ważne pytania o kondycję Kościoła. Na przykład: po co komu kaznodzieja, którego kazania nie dotykają, nie poruszają?

Jestem fanem duńskiego serialu „Jeźdźcy burzy” (Ride Upon the Storm), którego bohaterem jest rodzina pastora Johannesa: on, jego żona i dwóch synów, z których jeden też jest pastorem. Johannes jest niedoszłym kandydatem na biskupa i dziekanem dekanatu, co jest akurat ważne dla epizodu, który chciałbym przytoczyć.

Kontekst kościelny opowiadanej historii to aktualne problemy Kościoła Ewangelicko-Luterańskiego Danii, który ma status Kościoła narodowego. Jak wiele innych, także ten boryka się ze spadkiem liczby tych wiernych, którzy nie tylko są jego członkami, ale regularnie uczestniczą w życiu Kościoła poprzez uczestnictwo w nabożeństwach. Oblicza się, że regularnie chodzi do kościoła poniżej 5 proc. wiernych. Taki stan rzeczy prowadzi do pytania, co zrobić z pustoszejącymi świątyniami i całym materialnym zapleczem.

I tutaj wracam do filmu. Oto lokalne biskupstwo dąży do zamknięcia „nierentownych” kościołów. Johannes robi zebranie pastorów swojego dekanatu, rozdaje kartki, na środku stołu stawia wazę, do której będzie można wrzucić swoje głosy. Poleca pastorom, by każdy z nich napisał nazwę kościoła do likwidacji. Ten, który – jako najmniej potrzebny – nazbiera najwięcej głosów, zostanie zamknięty i zburzony. Nikt jednak do wazy nie wrzuca żadnej kartki. Tym samym problem nie zostaje rozwiązany, a status quo zostaje utrzymane. Pastorzy zdają sobie jednak sprawę, że to jedynie odwlekanie problemu. Z ust jednego z nich pada więc pytanie: „Co mamy robić?”. A Johannes natychmiast odpowiada: „Nauczać!”. I dodaje z zapałem w głosie: „Dmijcie w róg! Napełnijcie kościoły”.

„– Mamy za dużo kościołów.
– A może za mało wiernych?”

To wydarzenie poprzedzone jest spotkaniem z nową biskupką (choć płeć nie ma tutaj akurat nic do rzeczy), dawną kontrkandydatką Johannesa do urzędu biskupa. Narada w biskupstwie dotyczy przyszłości diecezji. Z ust biskupki padają słowa: „Mamy za dużo kościołów”, na co Johannes ripostuje: „A może za mało wiernych?”. Te dwie wypowiedzi pokazują dwie zupełnie różne perspektywy kościelno-duszpasterskie. Pierwszą należałoby nazwać perspektywą ekonomiczną, w której dominują uwarunkowania finansowe: jest coraz mniej wiernych, potrzeba nam coraz mniej kościołów, ergo – niepotrzebne trzeba zburzyć. Druga perspektywa – nazwijmy ją misyjną – nie skupia się na analizowaniu stanu posiadania, ale koncentruje się na tych, których w kościele z jakichś powodów nie ma. To na nich winna się skoncentrować działalność Kościoła. A co trzeba zrobić? „Nauczać” – jak odpowiada Johannes, który wiarę przedkłada ponad kalkulację.

Przywołam jeszcze jedną scenę z tego serialu. Johannes idzie na nabożeństwo do jednego ze swoich kolegów z dekanatu. W wielkim kościele dominuje pustka, jest jakieś osiemnaście osób. Nie słyszymy kazania, ale jesteśmy świadkami rozmowy Johannesa ze swoim kolegą przy wyjściu z kościoła po nabożeństwie. Johannes zarzuca mu, że przeczytał stare kazanie. Ten z kolei broni się, że może coś wykorzystał. Tak czy inaczej, widać, że do kazania się nie przygotował i stracił poczucie sensu swojej posługi. Johannes pokazuje mu otaczające kościół bloki i mówi: „Taka jest Dania. Nie mówisz im o ich życiu. Mów im o nich! Mów o nich!”. Zarzucił mu tym samym, że jego kaznodziejstwo nie dotyka życia człowieka, dlatego też ludzie do jego kościoła nie przychodzą. Po co komu kaznodzieja, którego kazania nie dotykają, nie poruszają?

Przypomina mi się tutaj inna „skandynawska” scena, tym razem z dramatu „Po próbie” Ingmara  Bergmana. Stary reżyser, Henryk Vogler, rozmawia z aktorką Anną „o moralności” sztuki aktorskiej. Jeśli nie ma kontaktu między aktorem a widzem, „odbiorca pozostaje niemy, obojętny, pasywny. Grasz na próżno, nic nie usprawiedliwia twojego istnienia, równie dobrze mogłabyś nie żyć” – mówi Vogler do Anny. „Aktor, który nie dociera do odbiorcy jest więc osobą amoralną” – konstatuje Anna. Vogler oponuje: „Prawdziwy aktor zawsze dociera. Przebije się wbrew roli, partnerom, reżyserowi i dekoracjom, będzie poruszający, niepokojący, żywy”. Anna jednak nie jest przekonana: „Nie wszyscy mogą być geniuszami”. Vogler zgadza się, ale zaraz dodaje: „Nie, ale wszystkich można wyszkolić. […] Muszą się na przykład nauczyć, że mają uszy. Uszy do słuchania”.

Pytanie jest jedno: czy kaznodzieja słyszy swoich słuchaczy, czy ich usłyszał, czy ma „uszy do słuchania”?

Zawsze mi się wydawało, że – mutatis mutandis – tę rozmowę o aktorstwie można równie dobrze zastosować do kaznodziejstwa (kiedyś zresztą wykorzystałem to na kazaniu prymicyjnym). Oczywiście, kaznodzieja nie jest aktorem, który coś gra. Ale ma takie samo zadanie: podczas kazania musi pokonać „czwartą ścianę” dzielącą prezbiterium od reszty kościoła. Musi ją zburzyć. I nie chodzi mi tu wcale o wychodzenie z mikrofonem między ludzi czy dowcipy mające służyć nawiązaniu kontaktu. Można złamać tę czwartą ścianę równie dobrze stając za pulpitem i nie opowiadając żadnej dykteryjki (które czasami są kaznodziejsko bardzo nośne). Pytanie jest jedno: czy kaznodzieja słyszy swoich słuchaczy, czy ich usłyszał, czy ma „uszy do słuchania”? Tylko wtedy się do nich przebije, przestanie być „amoralny”, a jego obecność stanie się usprawiedliwiona. To o tym – choć inaczej – mówił Johannes swemu koledze.

Jak widać, „misyjne nawrócenie Kościoła” nie jest jedynie wymysłem papieża Franciszka. Jest koniecznością każdego Kościoła. Myliłby się jednak ten, kto mówi, że to tylko konieczność kontekstualna. Że trzeba głosić, bo wierni odchodzą (także w Polsce, o czym świadczą najnowsze badania ISKK, które mówią o systematycznym spadku dominicantes). To konieczność ontologiczna – wynikająca z samej natury Kościoła. Kościół, który zaprzestaje nauczać, zdradza własną naturę i posłannictwo.

„Spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących” – mówi św. Paweł (1 Kor 1, 21). Podczas rozmowy w biskupstwie Johannes pokazuje na ikonę ukazującą wjazd Jezusa do Jerozolimy i mówi: „Oślica”. Biskupka zrazu boi się, że to do niej i o niej. Ale nie. Johannes  mówi, że „Jezus był pokorny”, bo wjechał na oślicy. Pokora Jezusa i głupstwo Jego słowa – tak by można zdefiniować plan misyjnego nawrócenia. Czy jest jakaś alternatywa? „Joga z Jezusem dla dzieci i spaghetti dla dorosłych” – jak ktoś proponuje na rzeczonym zebraniu. Tylko że to nie ma nic wspólnego ze słowem, które zbawić może  wierzących.

Nie, nie będę tutaj utyskiwał na polskie kaznodziejstwo, za które sam jestem przecież współodpowiedzialny jako wykładowca homiletyki. Chcę tylko powiedzieć, że po raz kolejny się przekonuję, iż bardziej niż fajerwerki, atrakcje i wszelkie nowoczesne ewangelizacje, w trakcie których miga, błyska i mieni się feerią barw, potrzebne jest nam pokorne kaznodziejstwo i każde inne nauczanie, które słyszy ludzi i – mówiąc o Bogu – mówi do nich i o nich. Nic nie zastąpi naszej wiary w Słowo, które – poprzez słowa – zamieszkuje między nami. Żadne duszpasterskie wodotryski, które – owszem – tryskają wysoko, pięknie i czasami nieoczekiwanie, ale wody napić się nie pozwalają, pragnienia nie ugaszą. Nieprzypadkowo przy niejednej fontannie zamieszono tabliczkę z ostrzeżeniem: „Woda w fontannie niezdatna do picia”.