Zarzuty, które stawia „Więzi” Justyna Melonowska, skierowane są przeciw jej wyobrażeniu tego, o co nam chodzi, a nie przeciwko naszej koncepcji „otwartej ortodoksji”.

Tekst Justyny Melonowskiej „Za wszystkim znaczy przeciw niczemu” przeczytałem z konsternacją. Owszem, zdarzają się w życiu rewolucje, które skłaniają do rewizji naszego stosunku do rodziny, przyjaciół, znajomych, środowisk, w których bywaliśmy, i do idei, które wyznawaliśmy. Czasem z tej okazji pisze się pożegnalne manifesty – nie widzę problemu.

Prawdziwą przyczyną mojej konsternacji jest co innego: że można się wprawdzie sporadycznie, ale przez ładnych parę lat spotykać i do tego stopnia się nie rozumieć. Justyna Melonowska rozumie środowisko „Więzi” w tym samym stopniu, w jakim rozumiałaby je, gdyby ten czas spędziła w redakcji „Christianitas” albo „Frondy”, a o „Więzi” dowiadywała się jedynie z relacji Tomasza Terlikowskiego albo Pawła Milcarka. Przykro odkryć poniewczasie, do jakiego stopnia pozorne były nasze relacje. Pani Justyna nie zauważyła nawet, że historycznego terminu „Kościół otwarty” od dawna nie używamy, zastępując go precyzyjniejszym terminem „otwarta ortodoksja”.

Jak widać, można się sporadycznie przez ładnych parę lat spotykać i do tego stopnia się nie rozumieć

Wystarczy porównać tak właśnie zatytułowany tekst – „Dlaczego otwarta ortodoksja”, opublikowany w „Więzi” nr 1/2013 – z wypowiedzią Melonowskiej, żeby odczuć dreszcz zażenowania. W dodatku typ zarzutów, które autorka kieruje przeciw swojemu wyobrażeniu tego, o co nam chodzi, znany jest od prawie czterech dekad – w ten bowiem dokładnie sposób przeciwnicy próbowali zakwestionować koncepcję dialogu (ważną dla otwartej ortodoksji), wyłożoną przez ks. prof. Józefa Tischnera w „Etyce solidarności” (1980). Argumentowali wtedy mianowicie: że obowiązkowa na początek każdego uczciwego dialogu deklaracja: „Być może ja nie całkiem mam rację… Być może ty masz trochę racji” jakoby albo wyrasta z braku wyrazistej tożsamości, albo do tegoż braku prowadzi.

Tymczasem wiadomo przecież, że to właśnie nieustępliwe bronienie swojego stanowiska aż do najdrobniejszych szczegółów bierze się z niepewności, czy aby jesteśmy dokładnie tacy, jacy chcemy być, a to, w co wierzymy, ma choć trochę sensu. To wówczas podważenie choćby nieistotnego drobiazgu chwieje całą strukturą tożsamości. Gdy zaś jesteśmy jej pewni, stać nas na przyjęcie założenia, że dysponujemy niepełną wiedzą o Prawdzie – i wobec tego tu i ówdzie się mylimy. Nie dlatego, że Prawdy nie ma, lecz dlatego, że wypada pokornie uznać (pokornie, a nie pysznie, co imputuje mojemu środowisku Melonowska), iż tej Prawdy nie posiedliśmy w całości i raz na zawsze.

W tym punkcie pojawia się niekiedy kontrargument, że przecież Prawdę wyraża Biblia oraz Tradycja. Tyle że – jeśli nie mamy się cofnąć do momentu sprzed narodzin hermeneutycznie zorientowanej biblistyki, to znaczy do początków XIX wieku – musimy uznać, że zarówno Biblia, jak i Tradycja podlegają interpretacji. A już interpretacje te niezwykle rzadko opatrzone są gwarancją nieomylności. Czy to oznacza, że nie wiemy, kim jesteśmy, albo że gotowi jesteśmy zamienić naszą tożsamość na inną? Oczywiście nie. Znaczy to jedynie, że odróżniamy stosunkowo wąski zestaw twierdzeń i ocen, stanowiących rdzeń tożsamości, od szerokiego marginesu przekonań, naniesionych do naszego tradycyjnego światopoglądu przez nieświętą historię i przez to być może mylnych.

Nie ma to, rzecz jasna, nic wspólnego z insynuacją, że jako „otwarty ortodoks” jestem gotów spać z każdym, byle nie z własną żoną, jak z „wdziękiem” i „zabawnie” sugeruje pani Justyna. Jej główną troską zdaje się być wykluczenie wykluczających, o czym pisze, przyjmując za pewnik, że to właśnie owi wykluczający, niedialogowi katolicy grają rolę mojej (naszej) żony. Tyle że w świecie, w którym tyle zła narobiło stanowisko typu „Jest tak, jak ja mówię, a kto się ze mną nie zgadza, niech będzie potępiony”, kontynuatorzy takiego myślenia odgrywają rolę nie mojej (naszej) żony, tylko raczej toksycznej matki, nie godzącej się na rozwój dorosłych już dzieci. A powiedziane jest: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14, 26). Wiara to nie bezpieczne ciepełko domu, w którym wszystko jest tak, jak zawsze było.

Wiara to nie bezpieczne ciepełko domu, w którym wszystko jest tak, jak zawsze było

Co gorsza, widzę tu bardzo niebezpieczną iluzję, której autorka uległa, zresztą wraz z wieloma ludźmi w Polsce. Otóż nasz kraj nie jest wcale mniej zlaicyzowany i zdechrystianizowany niż reszta Europy. Tyle że u nas skutki tej dechrystianizacji zostały ukryte przez pogańską nacjonalkatolicką pseudoreligię, której kult uprawia się – niestety – w niejednym kościele (na przykład w takim, w którym paru osiłków może poturbować  i wyrzucić kobietę w czasie kazania, którego ksiądz nie przerywa, mówiąc dalej „uroczo” o miłości do narodu i bliźniego; w takim, który ozdabiają zielone flagi z mieczykiem Chrobrego; w takim, w którym zamiast homilii słyszy się przemówienie polityka, pełne nienawiści do części rodaków – i w wielu podobnych).

Rzeczywiste chrześcijaństwo cofnęło się dziś na wyspy. I te wyspy muszą emanować Dobrą Nowiną, a zatem muszą być otwarte; inaczej pozostaną w izolacji. Znów: to nie pycha, tylko rzeczowy opis sytuacji, w której się spieramy.

Chciałbym właściwie pominąć jako groteskowo nieistotne uwagi Justyny Melonowskiej o niedostatecznej miłości do łaciny. Nie wiem, dlaczego mamy kochać akurat łacinę, a nie grekę, aramejski czy hebrajski – starsze od niej języki chrześcijaństwa. A raczej obawiam się, że wiem: chodzi nie o żadną Ewangelię, tylko o cywilizację rzymską, utożsamioną przez autorkę – znów śladem wielu ludzi – z chrześcijaństwem. Jakby wielki poeta polski nie przestrzegał: „Kościół cię nie ogarnie, wszędy pełno ciebie…”. Nie wolno pewnej formacji kulturowej – mającej w historii swój początek i koniec – utożsamiać z naszą wiarą, podlegającą na rozmaite sposoby, także jeszcze nam nieznane, inkulturacji. Poza tym, nie wiem, jak tam pani Justyna, ale ja bym się z takim na przykład ks. Andrzejem Dragułą czy Grzegorzem Pacem – że wymienię pierwszych z brzegu członków naszego środowiska – na znajomość łaciny nie licytował…

Nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o klasyczną liturgię łacińską, akurat „Więź” powtarzała od roku 1998, że jest ona integralnym składnikiem bogactwa Kościoła, a ci, którzy pragną w niej uczestniczyć, mają do tego niezbywalne prawo. Justyna Melonowska może tego nie wiedzieć, bo swą miłość do liturgii trydenckiej odkryła, jak wynika z jej publikacji, dopiero niedawno.

Autorka jest przynajmniej konsekwentna. Dobrze wie, że papież Franciszek pasuje raczej do „otwartej ortodoksji”, niż do poglądów, ku którym ona sama się teraz skłania. Przykro, że muszę to powiedzieć, ale w takim razie pora, żeby sobie to wyjaśnić: skoro muszę wybrać, wolę trzymać z Franciszkiem niż z Justyną.

Wyspy prawdziwego chrześcijaństwa muszą emanować Dobrą Nowiną, a zatem muszą być otwarte

Charakterystyczny zresztą jest tytuł jej tekstu (jak się dowiaduję, pochodzący od samej autorki): „Za wszystkim znaczy przeciw niczemu”. Owszem, założeniem otwartej ortodoksji, tak, jak ją rozumiem, jest, że nie kierujemy się przeciw nikomu – co, rzecz jasna, nie oznacza rezygnacji z krytyki, sporów czy polemik. Jak jednak mówi Pismo: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą” (Łk 6, 27). Nie słyszałem, żeby z Ewangelii wykreślono to zdanie, choć rzeczywiście jest ono niezgodne z naszymi grzesznymi skłonnościami. Wiem zresztą, że pasja polemiczna, która dyktuje mi te słowa, nie musi stanowić dobrej ilustracji tego cytatu. Choć chciałbym wierzyć, że ostatecznie zirytowało mnie to, co pani Justyna napisała, a nie ona sama (żebyż to było takie proste…).

Pozostaje kwestia islamistów. W tej dziedzinie również przedkładam strategię papieża Franciszka (opisywał ją w „Więzi” Austen Ivereigh) nad pomysły Justyny Melonowskiej. Dość powiedzieć, że z tego, co wiem, w takich na przykład Niemczech mapa stopnia zagrożenia przez uchodźców, jakie odczuwa społeczeństwo, pokrywa się dość dokładnie z mapą landów, w których tych uchodźców praktycznie nie ma (tam poczucie zagrożenia jest wysokie) i landów, w których oni rzeczywiście się znaleźli (tam jest niskie). Nic dziwnego, gdyż rzeczywistość niezwykle rzadko osiąga ten stopień grozy, który cechuje nasze wyobrażenia o niej.

Nikt nie mówi, że pomoc ludziom potrzebującym nie nastręcza problemów. Zgodzimy się też oczywiście, że najprostszym ich rozwiązaniem będzie ,,wyrzucić i nie przyjmować więcej”. Tyle że ci, którzy zajrzeli w oczy uciekającym – przed islamistami (!), wojną lub głodem – biedakom, wiedzą, że trzeba poszukać rozwiązań bardziej skomplikowanych. A straszenie imigrantami akurat w Polsce, w której wciąż są oni bytem teoretycznym, to działanie tak niemoralne, że aż czuję wstyd, że ktoś, kto należał do naszego kręgu, mógł się na to zdobyć.

Tak, stoimy przed kłopotem co najmniej takim, jak Samarytanin. Pani Melonowskiej, podążającej – moim zdaniem – wraz z kapłanem i lewitą do Jerozolimy, życzę naprawdę wszystkiego dobrego. Także tego, żeby kiedyś o swoim tekście myślała tak, jak ja dzisiaj: z zażenowaniem.