Kościół ma być otwarty na wszystko, na wszystkich i zawsze – bo ma nieograniczony potencjał przyjmowania na swoje łono. Owo przyjęcie wcale jednak nie dokonuje się w sposób bezkrytyczny.

Tekst Justyny Melonowskiej, w którym autorka żegna się z Laboratorium „Więzi” – a zapewne też szerzej: z całym reprezentowanym przez to środowisko pewnym typem wrażliwości kościelnej – domagałby się długiego komentarza, wielu polemik, mnóstwa wyjaśnień.

Tutaj chciałbym skupić się na jednym aspekcie, przeciwko któremu ostrze swej krytyki skierowała autorka. To oczywiście „otwartość” Kościoła. Nie ona pierwsza podjęła się krytyki określenia „Kościół otwarty”, którego zresztą sama „Więź” wobec siebie niechętnie używa. Ważne też, że Melonowska – na co zwrócił już uwagę Jerzy Sosnowski – polemizuje z własnym wyobrażeniem otwartości, a nie z „Więziową” koncepcją otwartej ortodoksji.

Jest jednak w tej krytyce bardzo interesujący wątek. Melonowska tę otwartość Kościoła metaforyzuje, odwołując się do obrazów małżeńsko-seksualnych, oskarżając „Kościół otwarty” o rozwiązłość, by nie powiedzieć – prostytucję. A przecież teologowie wiedzą, że pewien rodzaj „czystej rozwiązłości” przynależy do natury Kościoła. Tak przynajmniej uważał św. Ambroży.

A jednak: Kościół otwarty na wszystkich

Melonowska pisze: „Miałaby bowiem ekklesia być otwarta na wszystko? Na wszystkich? Zawsze? Jeśli tak, to czym to różniłoby się od jakiejś rozwiązłości? Można by się przy tym obawiać, że otwartość tego rodzaju skończyłaby się tym, że by się sypiało z każdym, z wyjątkiem swego małżonka czy swej żony”. I jeszcze: „Widzę zresztą przykład owej rozwiązłości, o której pisałam wyżej, w tym właśnie, że się «sypia» z Owidiuszem, ale nie z łaciną kościelną; że się ma nadzieję znaleźć wspólny język z muezzinami wzywającymi na modlitwę do meczetu, ale nie okazuje się zainteresowania własną tradycją liturgiczną. Oto właśnie owa gotowość sypiania z każdym, lecz nie ze swym własnym mężem czy żoną”.

Św. Ambroży nie boi się nazwać Kościoła „czystą nierządnicą”

Zarzuty brzmią poważnie. Pociągnijmy więc tę metaforę. Rozumiem, że relacja katolika do jego Kościoła to jak relacja małżeńska, wolno więc mu – by nie być wiarołomnym – „sypiać” jedynie z własną wspólnotą. Owej wierności Melonowska przeciwstawia rozwiązłość, a więc owej wierności łamanie, zdradę, wiarołomstwo. I to rozwiązłość, jakby nie było, sakralną – bo przecież zdradę z obcymi bogami, których reprezentują rzymski poeta i islamski duchowny. Tą zdradą jest już sama „nadzieja na znalezienie wspólnego języka” z muezzinem, predylekcja do łaciny Owidiusza, która – podobno – bierze górę nad „zainteresowaniem własną tradycją liturgiczną” (już pisałem na FB, że ten ostatni zarzut głęboko dotyka mnie osobiście, bo akurat łacinę – i nie tylko kościelną – kocham bardzo).

Ale wróćmy do rozwiązłości, której widzieć w Kościele św. Ambroży się nie bał. To jemu zawdzięczamy określenie Kościoła jako casta meretrix. Słownik łaciny kościelnej (sic!) Alojzego Jougana tłumaczy łacińskie słowo meretrix jako „publiczna nierządnica, prostytutka, wszetecznica”. Innych znaczeń – ze słowników ogólnołacińskich – podawać nie będę, by nie gorszyć wulgaryzmami. Ta meretrix jest casta, czyli „czysta”.

To oczywisty oksymoron: jedno wyklucza drugie, nierząd wyklucza czystość. A jednak Ambroży nie boi się użyć tego określenia wobec Kościoła. Wyrażenie to pojawia się w jego komentarzu do Ewangelii wg św. Łukasza, gdzie porównuje on genealogię Jezusa u Łukasza i Mateusza, co prowadzi go ostatecznie do starotestamentowej bohaterki – „nierządnicy imieniem Rachab” (Joz 2). Ambroży pisze najpierw, że krew Jezusa „to znamię przyszłego zbawienia dla ginącego świata”. Aby to wyjaśnić, używa postaci Rachab: „Okazała to Rachab, wszeteczna w swej figurze, ale mistycznie będąca figurą Kościoła, który przed wielu, garnącymi się do niego, łona nie zamyka, a o ile ściślej się z nimi łączy, tym czystszym się staje, jest dziewicą nieskalaną bez skazy, całkowicie czystą kochającą lud. To czysta nierządnica, wdowa niepłodna, płodna dziewica. To nierządnica, bo wielu miłośników ją otacza, korzystając z jej miłości, bez skalania jej grzechem [casta meretrix, quia a pluribus amatoribus frequentatur cum dilectionis inlecebra et sine conluvione delicti]” („Komentarz do Ewangelii św. Łukasza”, II, 23).

Z kim sypiał św. Paweł?

Jak w tej perspektywie odpowiedzieć na pytanie Melonowskiej: „Miałaby bowiem ekklesia być otwarta na wszystko? Na wszystkich? Zawsze? Jeśli tak, to czym to różniłoby się od jakiejś rozwiązłości?”. Ano na wszystko, na wszystkich i zawsze. Kościół ma nieograniczony potencjał przyjmowania na swoje łono, co Ambroży wyraża typem nierządnicy Rachab. Nie znaczy to jednak, że owo przyjęcie dokonuje się w sposób – powiedzmy – bezkrytyczny. Musi się dokonać „bez skalania jej grzechem”. Wtedy nierząd przestaje być nierządem, a rozwiązłość staje się płodnością. „To płodna dziewica, która jako owoc swej płodności zrodziła to mnóstwo, bez żadnej zmysłowej żądzy” – dopowie św. Ambroży.

Kościół „wyruszający w drogę” jest Kościołem otwartych drzwi – pisze papież Franciszek

Czyż to nie takiej właśnie „rozwiązłości” dał wyraz św. Paweł na ateńskim Areopagu (Dz 17)? On, który – użyjmy wyrażenia Melonowskiej – „sypiał” z Ajschylosem, Platonem, Epimenidesem z Krety, Aratusem z Soloj, Kleantesem i Eurypidesem, jak dowodzą egzegeci? A może nawet znał Owidiusza (+ 17 r. post Christum)? Wyznanie św. Pawła z Listu do Rzymian: „Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię” (Rz 7,15) tak bardzo mi się kojarzy z Owidiuszowym Video meliora proboque, deteriora sequor („Widzę i pochwalam to, co lepsze, ale skłaniam się ku gorszemu”).

Tak, wiem, sukcesu to Paweł tym „sypianiem” z pogańskimi poetami nie osiągnął. Jak wiadomo, wielu tam nie nawrócił, „Niektórzy jednak przyłączyli się do niego i uwierzyli. Wśród nich Dionizy Areopagita i kobieta imieniem Damaris, a z nimi inni”. Niektórzy! Ale przecież sukces nie jest imieniem Boga. To prawda, że wchodząc do Aten „Paweł burzył się wewnętrznie na widok miasta pełnego bożków”, ale jednocześnie otwarty był na wszystkich: „widzę, że jesteście pod każdym względem religijni”.

„Jeśli jesteśmy Ciałem Chrystusa, to czego powinien się spodziewać ten, który się do nas zbliża? Oblicza Chrystusa odbitego na obliczu Kościoła. Postawy Chrystusa odzwierciedlonej w postawach ludzi Kościoła. Otwartości Chrystusa wyrażonej w otwartości chrześcijan” – pisał w „Więzi” ks. Grzegorz Strzelczyk w programowym tekście „Kościół sakramentalnie otwarty”. Katowicki teolog podkreślał, że stosunek „Kościoła, czyli chrześcijan, do grzeszników (i to jeszcze zanim się nawrócą!) ma wielkie znaczenie właśnie dlatego, że otwarta postawa Chrystusa przynależy do rdzenia Dobrej Nowiny. A tym samym jest konstytutywną częścią tożsamości Kościoła”.

Zatem jeśli już mamy mówić o jakimś „Kościele otwartym”, to właśnie o takim, którego celem jest świadczyć o owej nieograniczonej, potencjalnej otwartości na wszystkich. Dlatego wychodzi na areopagi i dziedzińce pogan – co wcale nie oznacza, że bezkrytycznie otwiera drzwi Kościoła na oścież, nie bacząc na „skalanie grzechem”.

Jak pisze papież Franciszek – ale cóż to za autorytet dla „nieotwartych”? – „Kościół «wyruszający w drogę» jest Kościołem otwartych drzwi. Wyjść ku innym, aby dotrzeć do ludzkich peryferii, nie znaczy biec do świata bez kierunku i bez sensu. Często lepiej zwolnić kroku, porzucić niepokój, aby spojrzeć w oczy i słuchać, albo odłożyć pilne sprawy, aby towarzyszyć człowiekowi, który pozostał na skraju drogi. Czasem Kościół jest jak ojciec syna marnotrawnego, który pozostawia drzwi otwarte, aby mógł on wejść bez trudności, kiedy powróci” (Evangelii gaudium 46).

To właśnie staramy się robić: wychodzić przed otwarte drzwi Kościoła, a Ojciec sam czuwa nad otwartymi drzwiami.