Moja niezgoda z postulatem „otwartości” dotyczy przede wszystkim stosunku do pontyfikatu Franciszka, do kwestii imigracyjnej, do rozumienia tzw. wolności artystycznej i polskiej racji stanu. Dlatego żegnam się z Zespołem Laboratorium „Więzi”.

Leszek Kołakowski definiował ideologię jako taki system twierdzeń, w którym niemożliwe jest rozerwanie czynników deskryptywnych, tj. opisowych i czynników normatywnych, tj. związanych z oceną etyczną, zaangażowaniem, zajęciem stanowiska, przynagleniem i żądaniem moralnym etc. Przykładem takiej zbitki jest wyrażenie „Kościół otwarty” – jako że żadną miarą nie jesteśmy w stanie wskazać, gdzie tu się opis zaczyna i kończy, a gdzie wchodzi już moralny postulat otwartości (wszak otwartość jest właśnie czynnikiem definiującym ów Kościół i decydującym o jego istocie).

Trzeba przy tym jednak poddać jasno krytyce nasz uporczywy, z czasów napoleońskich dziedziczony, nawyk traktowania ideologii jako czegoś złego, podczas gdy jest ona pewnym konstruktem myślowo-egzystencjalnym i bywa wielce pomocna w rozumieniu i opisywaniu świata oraz działaniu na jego rzecz. Tu się jednak pojawia ta pułapka, że ideologia wychodzi poza ramy stelaża myślowego i jako zobowiązanie moralne staje się wezwaniem do określonego działania, a dalej zdobycia wpływu, a jeszcze dalej – władzy.

Czyniąc to zastrzeżenie. abstrahuję już od przykładu Kościoła otwartego, jako że nie działa on niejawnie, manipulacyjnie, nie skamotuje etc., co szczególnie często czynią ideologie (są to bowiem skuteczne sposoby pozyskiwania wpływu jako prerekwizytu władzy). Eklezji otwartej zagraża jednak to samo niebezpieczeństwo, co wszelkim projektom definiującym się właśnie przez otwartość. Wykazują to świetnie krytycy Popperowskiego konceptu „społeczeństwa otwartego”. Z jednej strony pojęcie to („otwartość”) podkreśla pewną stałą i zdumiewającą cechę tradycji europejskiej, z drugiej jednak działa w ten sposób, że podważa i każe się z nieufnością odnosić do każdej twardej (auto)definicji (w tym przykładzie: europejskości).

Jestem szczerze wdzięczna „Więzi” za minione lata, ale dalszą obecność w gronie Laboratorium „Więzi” uważam za zbędną

Innymi słowy: projekty definiujące się przez otwartość z logicznej konieczności – nie zaś za sprawą swej dobrej lub złej woli, życzliwości bądź jej braku etc. – muszą wykluczać wykluczanie. Mieści się w nich zatem wszystko z wyjątkiem tożsamości twardej, ekskluzywnej, podkreślającej granice, opartej na dychotomii „ja-inny”, „my-inni”, na tolerancji negatywnej bądź zupełnym braku tolerancji dla pewnych zjawisk. Trzeba przy tym podkreślić, że nawet gdyby jakaś „otwartość” chciała pomieścić w sobie zamkniętość czy ją jakoś uwzględniać, to nie może być atrakcyjna dla projektów zamkniętych czy nieotwartych. Rozcieńcza je bowiem pośród wielu przyjmowanych i uznawanych zjawisk tak, że stają się one tylko jednym z elementów mozaiki, a nie niezależną całością. Przy pewnych sojuszach zatem nie należy się upierać i niezdrowo jest ich pragnąć.

Sam ideał otwartości – w warstwie opisowej – może ostatecznie sugerować również relację skomplikowaną: miłość i spór, przynależność i walkę, podobieństwo i różnicę etc. Zdominowana przez wymiar normatywny „otwartość” prowadzi jednak do wyjałowienia, eliminuje bowiem i zbywa różnice, podkreślając raczej podobieństwa, jako że one lepiej niźli te pierwsze uzasadniają i wyrażają otwartość. Widać to zwłaszcza w argumentacji na rzecz przyjmowania imigrantów, gdzie komentatorzy „otwarci” często pomijają fundamentalne różnice między islamem a chrześcijaństwem, szukając podstaw w podobieństwach, tj. na przykład w fakcie, że są to religie monoteistyczne („wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga”, a nawet „nieważne, jakim imieniem Go nazywamy” etc.).

Jest to zatem poniekąd zrozumiałe, ale i zadziwiające, jak otwartość rozumiana normatywnie prowadzi do likwidacji sporu, do wyjałowienia, do schematyzacji myślenia, np. poprzez manipulowanie zakresem używanych pojęć, by podać tylko przykład terminów „uchodźca” i „imigrant”. Negacja różnic prowadzi do zatarcia znaczeń, a te są efektywne tylko w jasnych granicach. Ta swoista „zaborczość” otwartości wywołuje odruch przekory (wedle określenia Ryszarda Legutki) i każe przylgnąć do myślenia nieotwartego, myślenia niezdeterminowanego co do rezultatu, myślenia – by tak rzec – amoralnego. Tylko bowiem tam, gdzie różnice mają znaczenie, możliwy jest konkluzywny spór. I tylko tam, gdzie możliwy jest konkluzywny spór, możliwe jest docieczenie prawdy. Inaczej: rozumienie możliwe jest tam, gdzie nie ma przymusu wyrozumiałości.

Do ideału otwartości można zgłosić jeszcze to zastrzeżenie, że nie odpowiada on na pytanie: „otwartość na co?”. Miałaby bowiem ekklesia być otwarta na wszystko? Na wszystkich? Zawsze? Jeśli tak, to czym to różniłoby się od jakiejś rozwiązłości? Można by się przy tym obawiać, że otwartość tego rodzaju skończyłaby się tym, że by się sypiało z każdym, z wyjątkiem swego małżonka czy swej żony.

Dlaczego nie mogę być człowiekiem otwartym

Niebezpieczeństwa, o których piszę powyżej, widziałam zawsze w Kościele otwartym. Wynikają one bowiem z samej jego konstrukcji, są dedukowalne nawet wówczas, gdy nie są aktualne, tj. gdy owa otwartość nie rodzi jeszcze owoców pozbawionych soków i smaku.

W latach ostatnich sytuacja świata zmieniła się gwałtownie. Mamy do czynienia z procesami zdolnymi na zawsze odmienić oblicze naszej cywilizacji, a nawet zmieść jej widzialne i cenione formy. Tak poważne zjawiska wymagają poważnej oceny. Miłość (do własnej tradycji) zawsze zawiera zobowiązanie do sporu i walki o nią. Nasze czasy każą przywrócić należną powagę kategoriom służącym do opisu różnic. Trzeba też wykazywać się dalekowzrocznością w ocenie zjawisk dziś się toczących. Norma otwartości w dominującej obecnie wersji w mojej ocenie wyklucza twardy, na faktach oparty osąd, czyniąc go zakładnikiem dobrej woli stron interakcji.

Antropologia katolicka z jej naciskiem na wolność i sprawczość ludzką, na odpowiedzialność za własne wybory i czyny, przekonana o immanentnie ludzkiej i niezbywalnej zdolności rozróżniania pomiędzy dobrem a złem ulega rozcieńczeniu w postulacie jedności, współczucia, delikatności etc. „Otwartość” to jednak nie „podobieństwo”, nie „tożsamość” i nie „jedność”. Nie wiadomo dziś, gdzie, kiedy i jak pojęcia te zaczęły – a tak jest w opinii piszącej te słowa – funkcjonować jak synonimy oraz wręcz jako nowy dekalog. Przypomnijmy tu, że papież Franciszek dokonał nawet swoistej aktualizacji Chrystusowych błogosławieństw podczas swego wystąpienia w Malmo, właśnie w duchu tu poddawanym krytyce.

Otwartość tego rodzaju jest pokłosiem myślenia idealistycznego i – w swej naturze – projektem samozbawienia ludzkości. Ze szczególną, a niełatwo dostrzegalną finezją, czyni zbędnym Boga. Oto bowiem wystarczy, że dobrzy ludzie przyjmą imigrantów, którzy również okażą się dobrzy (wedle naszej, nie ich własnej miary), a świat odnajdzie harmonię w dobru i ludzie się w nim urządzą i rozkokoszą. Kiedy indziej zaś nieważne są znane – co nie znaczy: nie niekwestionowalne – racje teologii moralnej, jeśli nasze dość silne poczucie mówi nam, że ludziom należy przede wszystkim współczuć i ułatwiać.

Nie ośmielam się twierdzić, że nie jest to postawa Chrystusowa. Chętnie podjęłabym na ten temat poważną dyskusję. Twierdzę raczej, że podstawą wszelkich działań musi być realizm, nie zaś idealizm w ocenie ludzi i zjawisk; solidny proces dialektyczny, którego niezbywalnym elementem jest poszukiwanie przeciwtwierdzeń dla własnych racji oraz szacunek do Tradycji Kościoła.

Nie jestem dobra i nie jestem nędzarką. Dla tych dwóch powodów nie mogę być człowiekiem otwartym

Rzadko się o tym mówi, a rozumienie ortodoksji jest jednym z najgorzej wyartykułowanych zagadnień w XXI-wiecznej myśli teologicznej i filozoficznej, ale istotą ortodoksji jest zawsze stosunek do własnej tradycji i jej szkoły interpretacji. Bywa, że ten właśnie szacunek domaga się sprzeciwu i rewizji. Te jednak nie mogą go zastąpić. Wszelkie projekty rewizyjne, które nie potrafią zdać sprawy i dojrzale odnieść się do Tradycji, są projektami niegodnymi zaufania niezależnie od tego, na jak wysokim szczeblu rozstrzygnięcia zapadają (bądź nie wiadomo, czy zapadają – vide: spór interpretacyjny wokół „Amoris laetitia”). Trzeba przy tym pamiętać, że mądrość Kościoła umieszcza pychę jako pierwszy z grzechów głównych dlatego, że jest ona najbardziej zdradliwa i nieraz objawia się pod postacią najszlachetniejszej intencji i największego ideału. Ta sama mądrość każe nam pragnąć raczej tego, byśmy nie pomnażali zła, niż tego, byśmy pomnażali dobro.

Czy taka otwartość, jaką tu krytykuję, czyni nas lepszymi ludźmi? Czy ludzie otwarci są lepszymi sąsiadami, przechodniami, przyjaciółmi w potrzebie? Mam tu pewną wątpliwość, jako że naturalna energia otwartości kieruje się na zewnątrz, a nie do środka, a zatem pozwala dbać raczej o innych i obcych, niż o podobnych i swoich. „Inność” jest wręcz powodem, dla którego uruchamia się zainteresowanie „otwartości”. Przy czym, paradoksalnie, wobec „swoich” następuje żądanie zrównania poglądów do jednego, wspólnego mianownika – „swojemu” nie wolno być „innym”.

Kwestii tej na szczęście nie muszę rozważać głębiej, jako że: a) przyznaję się do konserwatyzmu z jego naciskiem na „ja-ty”, „my-oni” i szacunku dla tych rozróżnień; b) zawsze domagałam się, by na człowieka – w tym na wyznawców różnych religii i poglądów – patrzeć jako na istotę głęboko wolną i sprawczą, jak tego naucza Biblia i Kościół oraz sam rozum; c) nigdy nie twierdziłam, że jestem dobra. Przeciwnie, świadomość własnej winy działa na mnie niemal paraliżująco i tylko wielkie miłosierdzie i mądrość Kościoła (w wersji nic niemającej wspólnego z pontyfikatem Franciszka) każą mi uznać własną winę, ale nie pozwalają przy niej pozostać, zachęcając do dalszego marszu i w nim podtrzymując. Broniłam też stanowiska, że istnieje jeden tylko typ człowieka, którego „ubogaca” wszystko, w tym każda inność, każda odmienność, każda obcość. Człowiekiem tym jest nędzarz. Nie jestem dobra i nie jestem nędzarką. Dla tych dwóch powodów nie mogę być człowiekiem otwartym.

Przy tym jako człowiek nieotwarty nie podpadam pod reżim otwartości. Mogę zachować osąd własnego sumienia i, co więcej, zgodnie z tym osądem działać. A ono mówi mi tyle, że nie mogłabym spojrzeć w twarz przodkom, którzy uczynili mnie dziedziczką najpiękniejszej cywilizacji w historii świata, gdybym dziś przyłożyła rękę do pługa, który orze grunt pod narodziny nowego totalitaryzmu w Europie: totalitaryzmu islamskiego.

Wyznaję, że jest i powód natury mniej szlachetnej, bo ściśle egocentrycznej. Otóż zniosłabym, gdyby mnie miano kiedyś wspominać jako mizantropa, człowieka bez wielkoduszności, ciasnego i pozbawionego wszelkiej głębi. Nie chcę jednak dać moim wnukom powodu, by mnie kiedykolwiek miały uważać za „pożytecznego idiotę” wedle celnego określenia przypisywanego Leninowi.

Ostatni retusz redakcyjny w tym tekście robię – warto wspomnieć – po tym, jak media doniosły, że niektórzy niemieccy Żydzi postanowili przestać nosić jarmułki, by unikać powtarzających się napaści ze strony muzułmanów. Jestem jednak przekonana, że katolicy otwarci znajdą sposób, by dalej orędować na rzecz pojednania chrześcijańsko-żydowskiego i korekty owego osławionego „polskiego antysemityzmu” oraz – jednocześnie – przyjmowania muzułmańskich imigrantów. Coraz większe rysuje się zatem pole do popisu dla owego „jednania” i dla samych jednających. Chyba, że któraś ze stron (chrześcijanie, Żydzi bądź muzułmanie) nie będzie zainteresowana i da temu wyraz przez ekspulsję wroga czy wrogów. Nie wszyscy bowiem „otwartość” uważają za cnotę kardynalną, niektórzy uważają ją za kardynalną winę (stąd odstępstwo od własnej wiary każą śmiercią i nie wychodzą poza myślenie plemienne).

Zatem nie, nie będę pisać z aprobatą o rewolucji mającej wyłonić jakiś nowy porządek europejski i nowego Europejczyka; nie będę mylić ofiar z katami i nie będę współczuć z tymi ostatnimi; nie ulegnę żadnej ideologii i żadnej religii, która nie zna bądź nie ceni indywidualnej wolności; religii bądź ideologii, która zna jednostkę, ale nie osobę i która w swej ignorancji pragnęłaby osobę wyzwolić ku byciu jednostką! Nie powiem też, że nie ma znaczenia, jakim imieniem nazywamy Boga, bo wiem i wierzę, że tylko jedno Imię jest święte, a pozostałe święte nie są i nic nie znaczą.

Dlaczego żegnam się z Laboratorium „Więzi”

Nie opublikowałam w „Więzi” wielu tekstów, a te, które publikowałam, miały już od dawna głównie charakter polemiczny, bądź były jako takie kwalifikowane. Moja niezgoda z profilem i postulatem „otwartości” dotyczyła przede wszystkim stosunku do pontyfikatu Franciszka (aż po tzw. list „Pro Pope Francis”, który wymagałby oddzielnego krytycznego komentarza), do kwestii imigracyjnej, do sposobu komentowania i rozumienia tzw. wolności artystycznej (casus „Klątwy”), ostatnio do rozumienia polskiej racji stanu.

Różnice – nie zawsze ujawniane przeze mnie w publikowanych tekstach – szły w innych jeszcze kierunkach. I tak, gdy „Więź” opublikowała tekst o braku łaciny w szkołach, mnie nurtowało to, dlaczego i po co właściwie miałaby łacina być obecna. Dlaczego „otwarta ortodoksja” uważa ten problem za istotny? Język bowiem jest wyrazem zdolności do uczestnictwa w jakiejś wspólnocie. Opisywał Miłosz w „Rodzinnej Europie” żmudny proces jednania łaciny z polszczyzną pod kierunkiem Adolfa Rożka i to, jak po wielu godzinach pracy Owidiuszowy rytm kulminował w zdaniu „I żółte z zielonego dębu sączyły się miody”. Była to właśnie odkryta przynależność do pewnej tradycji i wypracowana zdolność jej kontynuacji.

Swoista „zaborczość” otwartości wywołuje odruch przekory i każe przylgnąć do myślenia nieotwartego

Bardziej jeszcze niż klucz do wspólnoty dawnych poetów łacina winna nurtować jako narzędzie uczestnictwa w tradycji Kościoła, a zwłaszcza w jego liturgii. Uczestnictwa, które zostało poważnie zmienione przez ostatnią reformę liturgiczną, i które można by w tym kontekście skomentować, przypominając „Summorum Pontificum” Benedykta XVI. Dokument ten obchodzi właśnie swe dziesięciolecie. O ile zatem nie sposób nie dostrzec ogólnej otwartości, o tyle pojawia się kłopot z dojrzeniem konkretu ortodoksji. Łacina jest przede wszystkim językiem, w jakim nasi przodkowie odmawiali „Miserere”, i w jakim wierni i dziś mogliby ów psalm odmawiać. Gdyby znali łacinę.

Widzę zresztą przykład owej rozwiązłości, o której pisałam wyżej, w tym właśnie, że się „sypia” z Owidiuszem, ale nie z łaciną kościelną; że się ma nadzieję znaleźć wspólny język z muezzinami wzywającymi na modlitwę do meczetu, ale nie okazuje się zainteresowania własną tradycją liturgiczną. Oto właśnie owa gotowość sypiania z każdym, lecz nie ze swym własnym mężem czy żoną.

Inną ważną kwestią w szeroko rozumianym Kościele otwartym jest pewien przerost zainteresowania Kościołem jako faktem społecznym i tematem socjologicznym oraz zawężenie horyzontu analizy do „teraz”, do bieżących faktów. Co zaś tych się tyczy, to również oceny sytuacji politycznej w Polsce i na świecie – na ile czas pozwala mi je śledzić – uważam za wyraźnie jednostronne, a zatem nie tylko dość oczywiste i uproszczone, ale też siłą rzeczy pozbawione istotnej racji. Nie sposób jednak zgłaszać własnej polemiki za każdym razem, gdy jakaś ważna kwestia jest poruszana. Nie jest to też zadaniem autorów, by się z takim polemicznym głosem narzucać.

Jednocześnie świadczę, że ilekroć i kiedykolwiek o miejsce na taki spór prosiłam, tyle też razy je uzyskałam i to na warunkach dla przeprowadzenia wywodu polemicznego bardzo dogodnych. Należy powiedzieć więcej: redaktor naczelny „Więzi”, Zbigniew Nosowski, zawsze dawał sporowi – co do tematu wypowiedzi, perspektywy i sposobu ujęcia, objętości, terminu i innych czynników – pierwszeństwo w dostępie do przywilejów autorskich. Prawa zgłoszonej polemiki szanował nade wszystko i z szacunkiem też na nią odpowiadał. Po prostu z czasem stało się dla mnie jasne, że miast podejmowania nowych batalii i zgłaszania kolejnych tematów, trzeba sobie powiedzieć jasno: „nas już po prostu nic nie łączy”.

Jestem dla „Więzi” sługą nieużytecznym, po czemu istnieją dobre racje. Tym bardziej jestem jej szczerze wdzięczna za lata, które mogłam spędzić pośród znakomitych członków jej „Laboratorium”. Był to czas intensywnego rozwoju, w znacznej mierze inspirowanego intelektualną kulturą „Więzi”. Spotkałam się z jej wielką życzliwością i wielkodusznością, której nie będę imitować, choć będę próbowała ją naśladować. Będę to czynić tam, gdzie uczciwa analiza podobieństw i różnic między zjawiskami – a zatem wysiłek dialektyczny wolny od uprzednich a rozstrzygających kwestię zobowiązań moralnych – pozwoli mi na to. Wielkoduszności tej nie mogę jednak utożsamiać ani z prymatem podobieństwa nad różnicą, ani też z nakazem tolerancji pozytywnej.

Łącząc Redakcji „Więzi”, jej Autorom i Współpracownikom wyrazy najgłębszego szacunku i wdzięczności, dla powodów opisanych powyżej uważam swoją dalszą obecność w gronie członków Zespołu Laboratorium „Więzi” za niepomocną i bezużyteczną, a zatem zwyczajnie zbędną. Żegnam się, zachowując nadzieję i wiarę w nasze serdeczne relacje w przyszłości.