Dawno nie widziałem w kinie tak bardzo teologicznie nasyconego filmu jak „Zabicie świętego jelenia” Yorgosa Lanthimosa.

Reżyser stawia pytania o konieczność ponoszenia konsekwencji własnych czynów, o zemstę, sprawiedliwość i ofiarę.

W tym celu wskrzesza stary mit o Agamemnonie, który ustrzelił kiedyś łanię poświęconą bogini Artemidzie, za co ta domagała się potem, by złożył ofiarę z własnej córki – Ifigenii. Rzecz w tym, że w mitologii ten mechanizm ofiary uruchamiali bogowie. Kto go uruchamia w świecie nowoczesnym? Czyżby to był ten, „który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał” (Rz 8, 32)? Czy nie brzmi to nazbyt bluźnierczo? A jeśli nie On – bohaterowie nie wzywają wszak Boga ani razu – to kto? Reżyser na to pytanie nie odpowiada. To najsłabszy i najmocniejszy zarazem punkt filmu.

Przekonanie, że przyszłość została zapisana w przeszłości, jest dość powszechne. I nie jest to tylko myślenie właściwe tzw. kulturom pierwotnym. Co więcej, dla wielu prawdziwe jest przekonanie, że przyszłość uzależniona jest od przeszłości naszych przodków. Mówiąc inaczej, dziedziczy się cudze grzechy i ponosi się ich skutki. Ten związek może przerwać jedynie ofiara. To ona czyni zadość temu, co wcześniej nigdy nie zostało odpokutowane. Wiele jest mitologiczno-religijnych obrazów ukazujących ten myślowy mechanizm. W micie o Ifigenii Artemida uwięziła u brzegów Aulidy okręty Greków, mające wyruszyć do Troi. Przecież ktoś musi być winien tej zastygłej nad okrętami bezwietrznej ciszy. Skoro jest kara, musiała być też i wina.

Bardzo obrazowo pisze o tym Roman Brandstaetter w dramacie „Śmierć na wybrzeżu Artemidy”: „W powietrzu cisza. Żaden nie drgnie liść. / Milczą ptaki i milczą fale Euriposu. […] Kto zgasił głosy, szumy i szelesty? / Kto zgasił śpiew ptaków i płótna żagli?”.

Rzeczy nie dzieją się same z siebie. Wszystko jest czegoś skutkiem. Na przykład zabicia świętego zwierzęcia. To mogła być łania Artemidy, to mógł być święty jeleń albo strzyżyk – jak to bywa w Anglii. Jak pisze J. G. Frazer w „Złotej gałęzi”, „w Anglii istnieje wierzenie, że jeśli ktoś zabije strzyżyka lub zburzy jego gniazdo, z pewnością złamie nogę lub rękę lub też w ciągu roku spotka go jakieś niepowodzenie”. Wtedy wkraczają bogowie: „Bogowie wstępują w niepokój ludzi / Wprawdzie nie ze współczucia, / Ale dzięki prawom, / Które los człowieczy / Z boskim losem łączy”. Tym prawem jest fatum, los, który musi się dokonać, chyba że Agamemnon złoży ofiarę ze swej córki. Tylko ofiara może odmienić położenie i pozwoli opuścić przeklętą zatokę. Tylko ofiara może przebłagać bogów i odwrócić fatum.

W filmie Lantimosa fatum pojawia się w osobie Martina (fenomenalny Barry Keoghan). Jeszcze nie wiemy, jaką zapowiada przyszłość, ale obserwujemy jak fatum się zbliża do rodziny Stevena Murphy’ego (zaskakujący Colin Farell), doświadczonego chirurga w średnim wieku. Nie tylko się zbliża, ale jest wprost zapraszane. Dla widza ten dziwny związek obu mężczyzn jest na początku niezrozumiały. Lekarz obdarza go prezentami, zaprasza do restauracji, daje pieniądze. Jak się wkrótce okaże, to syn dawnego pacjenta, który zmarł na stole operacyjnym, przypuszczalnie z winy lekarza, który był tego dnia pod wpływem alkoholu. Jest więc i złoty jeleń. Reszta musi się potoczyć według znanego już schematu: będzie kara – nagła, niewyjaśniona i postępująca choroba dzieci państwa Murphy. Będzie też domaganie się ofiary, która oddając jedno życie, będzie mogła ocalić życie pozostałych.

W oryginalnym micie greckim tuż przed dopełnieniem ofiary sama Artemida podstawia na jej miejsce łanię, unosząc Ifigenię pod osłoną obłoku. W przytaczanej już wersji Brandstaettera, Artemida przyjmuje ofiarę z Ifigenii, mimo że ta – jak oznajmia to jej matka – wcale nie jest córką Agamemnona, lecz Ajgistosa. „Ja nie kłamałam. Dlaczego bogini / Na przekór prawdzie przyjęła ofiarę?” – mówi z wyrzutem Klitajmestra, matka Ifigenii. A mimo to „Powietrzem wstrząsa gwałtowna wichura!”. Jaki jest sens z ofiary złożonej z kogoś zupełnie innego, kto nawet nie może odziedziczyć winy? Czy liczy się tylko ilość, równa odpłata: wet za wet, życie za życie, śmierć za śmierć? W filmie „Zabicie świętego jelenia” Martin nazwie to sprawiedliwością. Tylko ofiara może uczynić zadość sprawiedliwości. Czy do tej ofiary dojdzie? Czy może odmienić przeznaczenie?

Ten mityczny schemat przeniesiony we współczesność budzi jednak pewien opór. W roli wszystkowiedzących bogów w filmie występuje Martin. To dziwne, ale nikt nie kwestionuje jego wiedzy co do przyszłości rodziny. Zarówno lekarz, jak i jego żona Anna (przekonująca Nicole Kidman) nie podają w wątpliwość tego, co mówi Martin, „wierzą” mu – jeśli można tak powiedzieć. Co jest źródłem tej przedziwnej i jakże nienowoczesnej wiary? Trudno nie zadawać sobie tego pytania, jeśli chcemy film potraktować realistycznie, a nie jako parapsychologiczny thriller. Jedną z najbardziej przejmujących scen jest moment, gdy Anna całuje zakrwawione nogi przetrzymywanego w piwnicy Martina. Ale moment upokorzenia przed żądnym krwi mścicielem świętego jelenia na niewiele się zdaje. To zbyt mało, by mogło zaspokoić gniew.

W filmie Lanthimosa jest jeszcze jeden bardzo ważny bohater. To muzyka. Film otwiera Stabat Mater F. Schuberta, a zamyka początkowy chorał z Pasji wg św. Jana J.S. Bacha: „Herr, unser Herrscher”. „Pokaż nam przez swoją Mękę, że Ty, prawdziwy Boży Syn, na wszystkie czasy, nawet w największej niedoli, będziesz wychwalany”. Żadne cierpienie, żadna ludzka męka – zdaje się mówić reżyser – niczego nie odkupi, niczego nie zmieni i niczemu nie uczyni zadość. Kara niczego nie naprawia, a ofiara utwierdza jedynie bogów w ich krwawych pragnieniach. Sprawiedliwość – rozumiana jako słuszna zapłata – staje się tylko powodem kolejnego nieszczęścia, cierpienia i niesprawiedliwości.

Szansą może być jedynie dobrowolne zadośćuczynienie.

„Zabicie świętego jelenia” (The Killing of a Sacred Deer), reż. Y. Lanthimos, Irlandia – Wielka Brytania 2017.