Wszystko wskazuje na to, że na decyzji Trumpa o uznaniu Jerozolimy jako stolicy Izraela najbardziej skorzysta Rosja. Wcale nie ze względu na Jerozolimę, która Putina mało obchodzi.

W środę, 6 grudnia, prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump po raz kolejny wywołał globalną burzę: mimo płynących z całego świata ostrzeżeń uznał, że Jerozolima jest stolicą Izraela.

Najostrzej zareagowali, co oczywiste, Palestyńczycy oraz najważniejsi przywódcy świata arabskiego i muzułmańskiego. Turcja uznała, że „status Jerozolimy to czerwona linia dla muzułmanów” i zagroziła zerwaniem stosunków dyplomatycznych z… Izraelem. Król Jordanii Abdullah – nie bez podstaw, bo większość obywateli tego kraju Palestyńczycy – przestrzegł przez możliwością rozpadu swojego państwa, niezwykle ważnego dla Amerykanów w wojnie z tzw. Państwem Islamskim i współpracującego dotąd lojalnie z izraelskim rządem w walce z terroryzmem. Zaprotestowały Arabia Saudyjska, kluczowy sojusznik USA w regionie, nieoficjalnie (brak stosunków dyplomatycznych) wspierająca Izrael w kwestii irańskiej, oraz Egipt, który jako pierwsze państwo arabskie podpisał traktat pokojowy z Izraelem. I oczywiście Teheran.

Przywódcy Hamasu zapowiedzieli „wojnę bez końca”. W Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu trwają protesty. Są pierwsi ranni.

Przed takim rozwojem sytuacji ostrzegał papież Franciszek, apelując o rozwagę i „utrzymanie statusu tego miasta, zgodnie ze stosownymi rezolucjami ONZ”.

„Jednostronną” decyzję Donalda Trumpa skrytykował sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres i unijna „minister spraw zagranicznych” Federica Mogherini. Wtórowali im niemal wszyscy przywódcy europejscy i światowi od Meksyku po Australię, także Polska. Nieoceniony minister Waszczykowski poszedł w swoich reakcjach znacznie dalej, uznając za stolicę Izraela… Tel Awiw. Takie postawienie sprawy nie przyszłoby do głowy nie tylko zawsze bardzo krytycznym wobec państwa żydowskiego Szwedom czy Francuzom, ale chyba nawet Palestyńczykom – wszak Tel Awiw nie był nigdy przez nikogo uznawany za stolicę państwa, choć jest siedzibą ambasad.

Zadziwiająco spokojnie natomiast zareagowała Moskwa: w rozmowie z przywódcą Autonomii Palestyńskiej Mahmudem Abbasem prezydent Putin przyznał po prostu, że „sytuacja nie jest łatwa i może ulec komplikacji”. Rosyjski prezydent nie wykorzystał tak znakomitej okazji, by oskarżyć Stany Zjednoczone o podpalanie i tak już płonącego Bliskiego Wschodu lub chociaż o destabilizację ładu międzynarodowego. Czy zareagował na wystąpienie Trumpa tak spokojnie, ponieważ Rosja uznała, że Jerozolima jest stolicą Izraela już w kwietniu? Co prawda, Zachodnia Jerozolima – i z przypisem, że Moskwa nie zamierza przenosić do niej swojej ambasady… A może powód był inny? O tym za chwilę.

Najpierw trzeba zapytać, co takiego rzeczywiście powiedział Trump, że wywołał tak jednoznacznie negatywne oceny.

ISIS może złapać drugi oddech, a Teheran odetchnąć z ulgą

Decyzję o uznaniu Jerozolimy za stolicę państwa Izrael i przeniesieniu do niej ambasady amerykański Kongres przyjął w październiku 1995 roku. „The Jerusalem Embassy Act” podpisał prezydent Bill Clinton. Tyle że od tego momentu przez 20 lat każdy kolejny amerykański prezydent co pół roku przedłużał moratorium na implementację ustawy „ze względów bezpieczeństwa”. Dokładnie to samo zrobił Trump w chwilę po ogłoszeniu swojej decyzji i wiele czasu upłynie, zanim budowa nowej amerykańskiej ambasady rzeczywiście się rozpocznie. W oświadczeniu prezydenta nie pada co prawda określenie „Zachodnia Jerozolima”, jak w deklaracji Rosjan i ostatnio Czechów, ale nie ma też ani słowa o „jednej i niepodzielnej” stolicy żydowskiego państwa, jak w ustawie Knessetu z 1980 roku. Co więcej, Trump mówi wyraźnie, że „granice izraelskiej suwerenności w Jerozolimie” zostaną określone w porozumieniu pokojowym Izraela z Palestyńczykami i że osiągnięcie takiego porozumienia będzie wspierał. Nie uznaje zatem de iure izraelskiej suwerenności nad Jerozolimą Wschodnią, choć obie strony konfliktu – i światowa opinia publiczna – wydają się przekonane, że uznaje ją de facto. A Donald Trump odpowiada, że kończy z hipokryzją uprawianą przez poprzedników i po prostu potwierdza fakt. Nie chce udawać, że składając oficjalne wizyty w Jerozolimie (podobnie jak pozostałe głowy państw), nie przyjeżdża do stolicy Izraela.

Poza tym – Jerozolima była stolicą królestwa Izraela (a potem Judy) niemal od początków swego istnienia, od IX wieku p.n.e., aż do czasów zburzenia Drugiej Świątyni przez Rzymian w roku 70 i wypędzenia Żydów. To tu przechowywano niegdyś Arkę Przymierza, tu nauczał Jezus i tu został ukrzyżowany. Nigdy natomiast nie była stolicą żadnej Palestyny i choć dzisiaj na Wzgórzu Świątynnym stoją czczone w całym świecie muzułmańskim meczety, Koran o niej przecież nie wspomina.

Zatem o co ten krzyk? Należy cofnąć się do roku 1947 i rezolucji 181 ONZ o podziale brytyjskiego Mandatu Palestyny pomiędzy Żydów i Palestyńczyków, z Jerozolimą pozostającą jako corpus separatum pod nadzorem międzynarodowym. Rezolucji nie uznały państwa arabskie rozpoczynając wojnę z rodzącym się państwem żydowskim. W jej wyniku Jerozolima została podzielona na Zachodnią, pozostającą w rękach Izraela, i Wschodnią – ze Starym Miastem i Ścianą Płaczu, która, jak cały Zachodni Brzeg, pozostawała aż do wojny 1967 roku w rękach Jordanii. Mimo że żadna z rozlicznych rezolucji dotyczących Jerozolimy nie zniosła koncepcji corpus separatum, ONZ de facto zaakceptowała podział miasta. Sytuacja zmieniła się dopiero po zwycięstwie Izraela w wojnie sześciodniowej oraz zrzeczeniu się Zachodniego Brzegu i Jerozolimy Wschodniej przez Jordanię na rzecz Palestyńczyków. ONZ uznało wówczas pojordańskie terytoria za ziemie okupowane przez Izrael. Ustawa Knesetu o zjednoczeniu Jerozolimy z 1980 roku ustanawiająca jurysdykcję Izraela nad całym miastem została uznana za pogwałcenie prawa międzynarodowego w rezolucji 478 ONZ.

Porozumienia pokojowe z Oslo i powstanie Autonomii Palestyńskiej rozpoczęły okres negocjacji nad utworzeniem „dwóch państw dla dwóch narodów”, w tym niepodległej Palestyny ze stolicą w Jerozolimie Wschodniej. Ostatnia runda tych rozmów – prowadzonych pod naciskiem i nadzorem przedstawicieli państw i organizacji międzynarodowych (w różnych konfiguracjach , ale zawsze z udziałem USA) – została zerwana w 2014 roku. Winę za to ponoszą solidarnie obie strony konfliktu, choć to Palestyńczycy odrzucali w ostatniej chwili najdalej idące izraelskie oferty.

Amerykańskie interwencje w Iraku i Afganistanie, a później „arabska wiosna” i powstanie tzw. Państwa Islamskiego, diametralnie zmieniły kontekst izraelsko-palestyńskiego konfliktu. Niekonsekwentna polityka prezydenta Baracka Obamy wobec Bliskiego Wschodu osłabiła pozycję Stanów Zjednoczonych w regionie, do którego – po latach marginalizacji – powróciła jako liczący się gracz Rosja Władimira Putina. Tego Putina, który wobec decyzji Trumpa zachował się tak powściągliwie. Wcale nie ze względu na Jerozolimę, która go mało obchodzi.

Uznając zatem w tym właśnie momencie historycznym – tak, pełna zgoda, tylko fakt – Donald Trump popełnił jednak poważny błąd. Skutecznie osłabił pozycję Stanów Zjednoczonych jako wiarygodnego mediatora w konflikcie izraelsko-palestyńskim. Ale przede wszystkim wystawił na szwank reputację arabskich partnerów i dostarczył wymarzonego dowodu na „wiarołomność Zachodu” fundamentalistom i terrorystom w całym świecie muzułmańskim. ISIS może wreszcie złapać drugi oddech, a Teheran odetchnąć z ulgą.

Czy to oznacza, jak wieszczą niektórzy, wybuch nowego konfliktu zbrojnego, być może nawet w skali globalnej? Nie sądzę, aby tak się stało, choć wiele będzie zależało od skuteczności perswazyjnej misji wiceprezydenta Mike’a Pence’a, od powściągliwości Izraelczyków w świętowaniu (moim zdaniem nieco dwuznacznego) triumfu i od zdolności Palestyńczyków do realistycznej oceny sytuacji. Wszystko jednak wskazuje, że – przynajmniej taktycznie – na decyzji Trumpa najbardziej skorzysta Rosja. Władimir Putin wreszcie będzie mógł zająć „właściwe” miejsce na Bliskim Wschodzie, które lekką ręką oddał mu amerykański prezydent.