Jan Pospieszalski zarzucił wczoraj Pawłowi Machcewiczowi, że stworzone przez niego Muzeum II Wojny Światowej opowiada o burdelu w Auschwitz, a pomija św. Maksymiliana Kolbego. Andrzej Potocki zasugerował, że twórcy Muzeum wstydzą się polskości.

Dziennikarze i środowiska intelektualne związane z „dobrą zmianą” z lubością twierdzą, że rządy Prawa i Sprawiedliwości niosą „moralną rewolucję” (tezę taką stawiał m.in. Michał Łuczewski w „Więzi” nr 1/2016). Po dwóch latach rządów PiS możemy już chyba powiedzieć, że za tą rewolucją kryje się co najwyżej karykatura moralności.

Najświeższym tego przykładem są pytania, jakie „dobrozmianowi” dziennikarze – Jan Pospieszalski i Andrzej Potocki – zadali prof. Pawłowi Machcewiczowi podczas promocji książki „Muzeum”. W publikacji Machcewicz rzeczowo wykłada, dlaczego brutalne rozprawienie się z dyrekcją Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, było atakiem na fundamenty demokracji.

Podczas spotkania w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego 6 grudnia Pospieszalski zarzucił Machcewiczowi, że stworzona przez niego wystawa opowiada o burdelu w Auschwitz, a pomija św. Maksymiliana Kolbego. Potocki natomiast zasugerował, że twórcy Muzeum wstydzą się polskości i skandalicznie eksponują cierpienia sowieckich jeńców (a przecież mogliby eksponować polskich).

Pospieszalski być może nie zauważył, że w Muzeum są fragmenty poświęcone martyrologii polskiej i chrześcijańskiej, w tym tej dotyczącej duchowieństwa. Wystawa opowiada też o osobach, które straciły życie w Auschwitz w służbie bliźniemu jak np. Helena Płotnicka. Ale czynienie wyrzutów z powodu opowiadania o historii poniżania i odczłowieczania kobiet, które zmuszane były w obozie do prostytucji, to już przykład moralnej degrengolady. Zwłaszcza w ustach prawicowego dziennikarza, który odwołuje się do moralności chrześcijańskiej. Czy Jan Paweł II nie zwracał szczególnej uwagi na świętość ludzkiej intymności i cielesności? Czy opowieść o tym, jak wojna niszczy wszystko, co święte – w tym ludzką intymność i cielesność – nie powinna stać w centrum naszej opowieści o II wojnie światowej?

Wypowiedź Potockiego jest chyba jeszcze bardziej kompromitująca. O poczuciu polskości twórców Muzeum nie będę się wypowiadał, chciałbym jednak zapytać Potockiego, co takiego daje właśnie JEMU poczucie dumy z bycia Polakiem. Mam jedynie nadzieję, że nie czerpie jej z własnych poglądów, które wypłynęły wraz z zadanym przez niego pytaniem. Jestem bowiem przekonany, że żaden naprawdę dumny Polak nie sugerowałby, że cierpienie innych jest mniej ważne i mniej godne upamiętnienia niż cierpienie Polaków.

Za przekonaniem, że nie należało tak bardzo upamiętniać jeńców sowieckich (a mówimy o zwykłych chłopach wcielonych do armii, szeregowcach, którzy umierali w straszliwych męczarniach ogrodzeni drutami kolczastymi na pustej ziemi) stać mogą założenia, że „oni” cierpieli mniej niż „nasi”, że o „innych” nie warto pamiętać, że tylko męki „naszych” są ważne. Wszyscy wepchnięci w kategorię „inni” – w rozumieniu Potockiego i jemu podobnych – są zatem trochę mniej ludźmi od nas. To właśnie taki mechanizm dehumanizacyjny prowadzi do najkrwawszych zbrodni w historii ludzkości, o czym zresztą opowiada Muzeum. A także do wzrostu przemocy wobec „innych” w dzisiejszej Polsce, o czym piszę szerzej w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”.

Swego czasu polemizowałem z podobnie moralnie obrzydzającym tekstem Jacka Karnowskiego, redakcyjnego kolegi Potockiego z „Sieci”. Prawicowe gadki o moralności tak naprawdę kryją hipokryzję – jak w przypadku Pospieszalskiego, który ignoruje istotną część nauczania Jana Pawła II – i głęboki moralny upadek.

Żal mi wielu przyjaciół i znajomych – Polaków o prawicowych poglądach. Bo jak tu się utożsamiać z taką „rewolucją moralną”?