W XX wieku odsetek świadomych wyznawców, także katolików, wśród ludności świata jest wyższy, a może nawet dużo wyższy niż w poprzednich stuleciach. Ma to fundamentalne znaczenie dla przyszłości katolicyzmu, chrześcijaństwa i religii w świecie XXI stulecia.

Podjęcie próby bilansu całego stulecia i generalne spojrzenie na cały wiek nie jest ani łatwe, ani siłą rzeczy bezdyskusyjne. Punkt widzenia będzie zawsze decydował o kształcie wizji, jaką przedstawimy. Perspektywa ogólnoświatowa musi przy tym zakładać wielką różnorodność stosunków na poszczególnych kontynentach, w różnych krajach czy mniejszych regionach. Wymaga to oczywiście ostrożności przy zdaniach uogólniających, unikania sądów pochopnych, zbyt łatwych i jednostronnych.

Nieco statystyki i geografii

Mówi się czasem o nieuniknionym upadku chrześcijaństwa i religii. Równie dobrze spotkać można jednak opinie, że właśnie przed chrześcijaństwem i religiami rysuje się przyszłość optymistyczna, są one bowiem siłą szczególnej wręcz wagi dla przyszłości świata.

Statystyka i geografia – a dokładniej, liczba ludzi deklarujących się jako chrześcijanie i ich rozmieszczenie w świecie – dają pierwszą podstawę do bilansu stulecia, ważną mimo wszystkich zastrzeżeń co do dokładności danych i znaczenia autodeklaracji przynależności do konkretnego Kościoła chrześcijańskiego. Rząd wielkości zjawisk rysuje się w każdym razie wcale jasno, a towarzyszą mu ważne – dodajmy od razu – implikacje kulturowe.

Eksplozja demograficzna na skalę niespotykaną dotąd w historii świata stanowi zmianę o kolosalnym znaczeniu właśnie w XX wieku: w 1900 roku było na świecie ok. 1,5 miliarda mieszkańców, dziś jest nas cztery razy więcej – sześć miliardów. Na takim tle uderzającym zjawiskiem jest utrzymywanie się na tym samym poziomie odsetka chrześcijan, stanowiących w przybliżeniu tak w 1900, jak i w 2000 roku, około jednej trzeciej części ogółu ludności świata. Spośród około dwóch miliardów ludzi, deklarujących się jako chrześcijanie, katolicy stanowią grupę zdecydowanie największą (ponad miliard), protestantów różnych denominacji jest ponad pół miliarda, prawosławnych zapewne ok. 200 milionów.

Dla porównania: liczbę muzułmanów szacuje się na ponad miliard, hinduistów – ponad 750 milionów, wyznawców religii chińskich – ponad 360 milionów, buddystów – ponad 340 milionów. Monoteizm obejmuje w przybliżeniu połowę mieszkańców ziemi (chrześcijanie, muzułmanie, wyznawcy judaizmu). Wielką nowością XX wieku, w porównaniu z całą dotychczasową historią świata, jest liczba agnostyków i ateistów, bardzo trudna w rzeczywistości do uchwycenia; prawdopodobnie jest to ponad 20% globalnej liczby ludzi, a więc ponad miliard „wyznawców”.

Zjawiskiem wielkiej wagi stało się w ciągu XX stulecia umocnienie chrześcijaństwa jako fenomenu ogólnoświatowego. Proces ten zarysował się wyraźnie już w XIX wieku, wraz z ekspansją ludności pochodzenia europejskiego oraz bardzo silną akcją misyjną, tak katolicką, jak i protestancką. Szacuje się, że w ciągu wielu stuleci, aż po przełom XVIII i XIX wieku, chrześcijanie stanowili 20% ogółu ludności świata, by dopiero w wieku XIX osiągnąć ok. 33% globalnej liczby. Ten ogromny sukces ubiegłego stulecia został podtrzymany w dobie XX-wiecznej eksplozji demograficznej, co warte jest specjalnego podkreślenia.

Nurt negacji Boga i religii stał się w XX wieku zjawiskiem powszechnym; zajął niejako miejsce wśród największych religii świata

Chrześcijanie stanowią większość mieszkańców Europy, obu Ameryk, Australii, przeważają w krajach Afryki Równikowej i Południowej; najmniej jest ich na kontynencie największym, Azji, w którym powstały pierwsze wspólnoty chrześcijańskie (Ziemia Święta, Palestyna – dziś państwo Izrael i tworzące się państwo palestyńskie). Ale nawet w wielkich krajach-kontynentach, jak Chiny czy Indie, gdzie procent chrześcijan jest bardzo mały, Kościoły chrześcijańskie mimo wszystkich trudności zakorzeniły się mocno i są wyraźnie widoczne. Szerzej rzecz ujmując, właśnie w umocnieniu i zakorzenieniu Kościołów na wszystkich bez wyjątku kontynentach wolno widzieć jedno z najważniejszych zjawisk w historii chrześcijaństwa ostatniego stulecia.

Jeszcze w XIX wieku dominacja Europy tak w świecie katolickim, jak protestanckim czy prawosławnym, była oczywista. Zasadnicze zmiany nastąpiły w wieku XX. Była to przede wszystkim kwestia rozwoju Kościołów krajowych, lokalnych, z własną hierarchią, biskupami, kościelną organizacją, a w przypadku protestantów: daleko posuniętą autonomią poszczególnych Kościołów, w ramach szerszej federacji łączącej wiernych jednego wyznania. Organizacje „misyjne”, podległe centrali, stawały się Kościołami o pełnych prawach, a zarazem zadania „misyjne”, ewangelizacyjne, stanęły z całą oczywistością przed każdym Kościołem lokalnym, niezależnie od metryki. Promocja na tym polu krajów Afryki na południe od Sahary, z ludnością w większości dzisiaj chrześcijańską, dokonała się na dobre dopiero w ostatnich dziesięcioleciach. Mapa światowego chrześcijaństwa uległa w ciągu XX wieku zasadniczym zmianom, których konsekwencje – wolno mniemać – ujawnią się na dobre w całej pełni w wieku XXI.

Gdy chodzi o największy Kościół chrześcijański, a więc katolików, to jedyną częścią świata, w której stanowią oni wyraźną większość, jest Ameryka; potencjał demograficzny Ameryki Łacińskiej ma tu decydujące znaczenie, ale i w Ameryce Północnej pozycja katolików uległa w XX wieku wyraźnemu wzmocnieniu pod każdym względem.

Od konformizmu do świadomego wyboru

Statystyczno-geograficzny obraz tych ważnych przemian wymaga uzupełnienia i istotnych korekt w trudno uchwytnej, ale jakże fundamentalnej, perspektywie wewnętrznych przeobrażeń, jakie dokonywały się w kulturach, świadomości i codziennych praktykach społeczności przyznających się całkowicie czy częściowo do chrześcijaństwa, a może tylko do chrześcijańskiej tradycji. Głębokie, coraz szybsze i ogarniające cały świat przemiany cywilizacyjne stanowią tu kontekst zasadniczy; oblicze świata i kultur tradycyjnych, także religijnych, zmienia się spektakularnie niejako z dnia na dzień i to na wszystkich bez wyjątku kontynentach oraz we wszystkich kręgach cywilizacyjnych. Postępuje globalizacja, świat widziany jest jako jedna mała wioska – tak coraz częściej mówimy – co prowadzi do coraz większych i coraz bardziej rzucających się w oczy różnic między bogactwem a biedą, między bogatszą na ogół Północą a biedniejszym Południem.

W „nowym” świecie, wyraźnie rysującym się na przełomie XX i XXI stulecia, każdy człowiek staje przed wyborem wielu możliwych postaw życiowych, także przed wyborem własnej postawy wobec religii. Dociera do niego i będzie docierać w coraz większych rozmiarach i różnymi drogami masa propozycji, w tym cała gama „ofert” religijno-moralnych – od kontestatorsko-negatywnych aż po recepty zapewniające sukces i szczęście, teraz i w przyszłości. Nurt negacji Boga i religii, obecny w elitach zachodnich od XVIII wieku, stał się w ciągu XX wieku zjawiskiem powszechnym. Zajął on niejako miejsce wśród kilku największych religii świata i, co więcej, wtargnął – argumentami bądź siłą – w świat tradycyjnych wierzeń i praktyk religijnych, od chrześcijaństwa różnych odłamów poczynając. W samych elitach świata zachodniego scjentystyczny optymizm i wiara w postęp, jakże silna jeszcze u schyłku XIX wieku, załamała się wśród barbarzyńskich wojen i doświadczeń totalitarnych, przechodząc nierzadko w pesymizm, czasem skrajnie wręcz irracjonalny, relatywizujący wszystkie wartości, odrzucający pojęcie prawdy. Wyjątkowego znaczenia nabrały w ostatnich dziesięcioleciach media, zwłaszcza obrazkowe, jako skuteczne narzędzia – w rzeczywistości nie tyle informacji, ile manipulacji najszerszymi kręgami społeczeństw, bardzo słabo przygotowanych do krytycznego odbioru ofiarowywanej im wielobarwnej, jakże różnorodnej papki.

We wszystkich Kościołach i społecznościach religijnych świata narastało w ciągu XX wieku zjawisko podważania tradycyjnych wierzeń, autorytetów, praktyk, osłabienie zwyczajowego konformizmu. Dostosowywanie się do nakazów i zakazów płynących „z góry” odrzucane jest, bo nie pochodzi z „mego własnego” wyboru. Prowadzi to nierzadko do swoistych synkretyzmów w poglądach czy praktykach, traktowania obowiązków i przynależności do wspólnoty w sposób bardzo indywidualny. Niezliczone sondaże psychosocjologiczne powszechnie potwierdzają taki stan rzeczy – i to tak w perspektywie indywidualnych osób, jak całych zbiorowości. Niektórzy mówią wręcz o swoistej analogii między wolnym rynkiem społeczeństwa konsumpcyjnego a wolnym rynkiem propozycji religijno-moralnych, spośród których odbiorca sam dokonuje interesującego go wyboru.

Taki stan rzeczy prowadzi, co zrozumiałe, do kryzysu instytucji, czyli struktur kościelnych i rodzi obawy o utratę własnej tożsamości, a więc sprawy zasadniczej dla każdej wspólnoty religijnej. Jedną z form odpowiedzi na tę sytuację była i jest tendencja do obrony, zamykania się i oddzielania od innych możliwie szczelnym murem, podtrzymywanie za wszelką cenę wszystkiego, co można określić i przyjąć jako własną tradycję. Taki fundamentalizm czy integryzm, jak to się często określa, występuje we wszystkich religiach, w większym czy mniejszym stopniu, chrześcijaństwa oczywiście nie wyłączając. Wiek XX, zwłaszcza w pierwszej połowie, dobrze znał tego rodzaju postawę.

Zarazem jednak bardzo wyraźnie wystąpiła i – zwłaszcza w drugiej połowie stulecia – nabrała kolosalnego, bez przesady, znaczenia tendencja dokładnie odwrotna od poprzedniej, mianowicie dążenie do poszukiwania dróg zbliżenia między chrześcijanami, ludźmi różnych religii, w końcu między ludźmi w ogóle. Kariera słowa ekumenizm – rozumianego jako ruch ku jedności chrześcijan – jest w XX wieku zjawiskiem nowym i jakże frapującym. Dzisiaj mówimy już nawet o ekumenizmie planetarnym, oznaczającym obecną we wszystkich religiach świadomość, że to wszystko, co je łączy, jest ważniejsze od tego, co dzieli. Ekumeniczna Światowa Rada Kościołów w XX wieku – powstała w 1948 roku jako związek autonomicznych Kościołów – skupiła przede wszystkim świat protestancki, a od 1961 r. także prawosławny. Dla świata katolickiego przełomowe i trwałe znaczenie miał II Sobór Watykański (1962-1965), który dokonał głębokich przeobrażeń w stosunku Kościoła do wyzwań naszych czasów, w duchu dialogu z innymi ludźmi, od chrześcijan innych wyznań i „starszych braci w wierze”-Żydów poczynając. Przeciąganie się trudnych debat doktrynalnych nie może przesłaniać fundamentalnego wręcz znaczenia zmiany w atmosferze współżycia i wzajemnego traktowania się ludzi różnych religii i obozów ideologicznych.

W sposób zasadniczy zmieniła się atmosfera wzajemnych stosunków między Kościołami – wieloma Kościołami, bo wyjątki różnego rodzaju zawsze mają i zapewne będą miały miejsce – oraz wyznawcami. Przykładem, jednym z wielu, mogą być chociażby spotkania młodzieżowe Taizé, fenomen nie do pomyślenia przed kilkudziesięciu laty.

Jednym z frapujących zjawisk drugiej połowy XX wieku jest zmiana obrazu papieży i papiestwa w oczach niekatolików; wcześniej często spoglądano na samą tę instytucję z niemałą podejrzliwością, nierzadko niechęcią czy wręcz wrogością. Zasadniczej zmiany dokonał tu pontyfikat Jana XXIII (1958-1963) i to, dzięki rodzącej się wówczas tendencji, w najszerszych kręgach ludności, przede wszystkim protestanckiej w Europie i Ameryce. Następcy Jana, Paweł VI i Jan Paweł II, kontynuowali w pełni tę linię, zgodnie ze swymi bogatymi osobowościami. Kontestacja takich czy innych elementów papieskiego nauczania, nawet szeroka, nie narusza w gruncie rzeczy olbrzymiego prestiżu moralnego, jakim cieszy się Jan Paweł II w skali świata. Można zaryzykować twierdzenie, że jest to fakt bez precedensu w całej dotychczasowej historii chrześcijaństwa; warto, przy okazji bilansu, o tym pamiętać.

Trzeba też podkreślić, że sytuacja zmuszająca ludzi do osobistych wyborów, do współżycia z „innymi” i traktowania ich z przyjaźnią, prowadzi wielu do wysiłku pogłębienia własnej religijności, własnej osobistej przynależności do Kościoła. Jedno z najbardziej charakterystycznych zjawisk ostatnich dziesięcioleci stanowią ruchy wspólnotowe łączące ludzi – poprzez małe, przyjacielskie wspólnoty – w federacje wykraczające daleko poza regiony i kraje. W świecie katolickim jest to przejaw żywotności i dynamizmu Kościoła odpowiadającego poprzez swych świadomych wyznawców na wielkie wyzwania współczesności.

W poprzednich stuleciach powszechnie akceptowaną regułę – zwłaszcza w sytuacji zdecydowanie dominujących tradycyjnych kultur, stwarzających ustalone ramy życia od kolebki do grobu – stanowił konformizm, dostosowanie się do obowiązujących norm postępowania. Były też mechanizmy społeczne regulujące nieprzestrzeganie tych norm, ich przekraczanie na różny sposób. W dużej mierze odnosi się to także do tradycyjnych kultur chrześcijańskich. Ludzie żyjący swoją wiarą na co dzień – gorąco, z wielkim przekonaniem i gorliwością, pogłębioną świadomością, konsekwentnie – zawsze stanowili małą, może kilkuprocentową mniejszość. Bardzo możliwe, że przy słabnącym czy wręcz zanikającym ogólnym konformizmie odsetek świadomych wyznawców, także katolików, wśród ludności świata jest dzisiaj wyższy, a może nawet dużo wyższy niż w stuleciach poprzednich. Wydaje się, że ma to zupełnie fundamentalne znaczenie dla przyszłości katolicyzmu, chrześcijaństwa czy religii w świecie XXI stulecia.

Polski katolicyzm – dlaczego wciąż masowy?

W tak szerokim kontekście, choć tylko krótko zasygnalizowanym, spróbujmy zastanowić się teraz nad bilansem dwudziestowiecznego chrześcijaństwa w Polsce. Będzie to przede wszystkim bilans katolicyzmu, do którego przyznaje się przygniatająca większość polskiego społeczeństwa.

W statystycznym obrazie katolicyzmu w krajach świata Polska zajmuje wysokie, ósme miejsce; jest w grupie kilku dużych krajów, w których ludzie deklarujący się jako katolicy stanowią zdecydowaną większość mieszkańców. Liczba katolików przekracza 20 milionów kolejno w następujących krajach: Brazylia – 125, Meksyk – 66, USA – 55, Włochy – 50, Filipiny – 47, Francja – 40, Hiszpania – 37, Polska – 35, Kolumbia  29, Niemcy – 29, Argentyna – 25 (liczby w milionach w przybliżeniu). Widać zatem wyraźnie, że tak pod względem ogólnej liczby ludzi określających się jako katolicy, jak i – bardziej jeszcze – proporcji katolików do globalnej liczby ludności, Polska zajmuje ważne miejsce na mapie świata katolickiego. Zjawisko to zasługuje na wnikliwą analizę właśnie w takiej światowej skali porównawczej.

Samo zjawisko masowego samookreślania się Polaków jako katolików ciągle jeszcze nie stało się przedmiotem odpowiednio wnikliwych, międzydyscyplinarnych badań, prowadzących do lepszego zrozumienia i wyjaśnienia tego fenomenu. Zbyt łatwo formułuje się też niekiedy sądy w gruncie rzeczy powierzchowne, wycinkowe, oparte na obserwacji takiego czy innego zjawiska współczesnego, bez wnikania w „długie trwanie” historyczne, co zawsze w historii społeczno-religijnej ma zasadnicze znaczenie. Właśnie w pogłębionych, nowocześnie pojętych badaniach społeczno-religijnych szukałbym możliwości lepszego zrozumienia uderzającego nas wciąż faktu masowości polskiego katolicyzmu i jego rzeczywistego znaczenia. Warunkiem zasadniczym jest tu autentyczna, bliska współpraca nauk historycznych z dyscyplinami obserwującymi sytuację współczesną (współpraca ta dotychczas jest w Polsce bardzo słaba w stosunku do potrzeb i wagi zagadnienia).

Hipoteza, która rysuje się historykowi polskiego chrześcijaństwa, jako w obecnym stanie naszej wiedzy najbardziej prawdopodobna, przedstawia się w wielkim skrócie następująco. Chrystianizacja polskiego społeczeństwa w średniowieczu, zwłaszcza w XIII-XV wieku, według modelu zachodniego chrześcijaństwa dobrze wyrażonego w bardzo popularnych u nas zakonach żebraczych, stworzyła mocne podstawy dla tradycyjnej kultury religijnej wśród szerokich kręgów ludzi w miastach i na wsi. Powolność i względnie duży stopień dobrowolności procesów chrystianizacyjnych decydowały, jak wolno przyjąć, o swoistości i sile stopu chrystianizmu z miejscowymi kulturami tradycyjnymi. Chrystianizacja folkloru i folkloryzacja chrześcijaństwa to zjawiska powszechnie występujące w różnych warunkach, ale właśnie swoistość polskiej sytuacji XIII-XV stulecia i jej rezultaty zasługują na największą uwagę jako dzieło udane i trwałe.

„Gotycka” kultura religijna – w szerokich masach w niewielkim stopniu naruszona przez prądy reformatorskie XVI wieku – przeszła potem do XVII-XVIII wieku i uległa silnemu pogłębieniu jako kultura religijna barokowa. Obok zmieniających się i lepiej znanych kultur religijnych elit społecznych między XV a XVIII wiekiem – aż po Oświecenie chrześcijańskie czy deistyczne – w szerokich masach agrarnego, szlachecko-chłopskiego społeczeństwa polskiego uderza trwanie katolickiej formacji „gotycko-barokowej” bardzo mocno „zadomowionej”, zakorzenionej w kręgu rodzinnym, sąsiedzkim, od XVII wieku coraz bardziej utożsamianej wręcz z polskością. Z takim „spadkiem” dotyczącym najszerszych kręgów ludności Polacy weszli też, wraz z zaborami, w wiek XIX i XX. Warto pamiętać, że był to „spadek” Rzeczypospolitej ważny nie tylko dla Polski i Polaków, ale o fundamentalnym wręcz znaczeniu dla formujących się powoli w ciągu właśnie XIX i XX wieku narodów: białoruskiego, litewskiego i ukraińskiego.

W spojrzeniu z lotu ptaka na dzieje Polaków w XIX i XX wieku uderza siła i trwałość ich wszechstronnego oporu wobec narzucanych z zewnątrz rozwiązań państwowych. Krótkie momenty pełnej, rzeczywistej – przy wszelakich trudnościach – niepodległości, to tylko lata 1918/19-1939 i ostatnie dziesięciolecie tych dwóch stuleci, poczynając od 1989 roku. U samych podstaw oporu – w jego bardzo różnych formach, tak zbrojnych, jak i w pełni pokojowych – leżała kultura, świadomość i świat wartości, znamiennych tak dla elit pielęgnujących dziedzictwo historyczne dawnej Rzeczypospolitej, jak i dla najszerszych kręgów ludności przede wszystkim chłopskiej, z ich kulturą tradycyjną, tak integralnie splecioną z katolicyzmem.

Dla polskich elit narodowego „oporu” pozyskanie poparcia szerokich mas miało cały czas zasadnicze znaczenie. Niezależnie od ich własnych postaw i poglądów, rzutowało to na stosunek do religii, tak trwale tkwiącej w masach. Kulturowy związek katolicyzmu z polskością, tradycyjnie od wieków wyjątkowo tu silny, miał w warunkach wieloletnich walk o polską kulturę ogromne znaczenie także dla Polaków odległych – z różnych powodów – od katolicyzmu. Przy całej zmienności stosunków w tej dziedzinie oraz różnorodności sytuacji w czasie i przestrzeni, wolno tu mówić o stałości i wadze tej sprawy, zwłaszcza w warunkach rosnących zagrożeń. Zarazem cała swoistość warunków życia i walki polskiej w XIX i XX wieku zdaje się stanowić najlepszy klucz do zrozumienia trwania uderzającego nas zjawiska masowego przyznawania się Polaków do katolicyzmu.

Świadectwo wobec totalitaryzmów

Przy bilansie XX wieku szczególnego znaczenia nabiera dziś dla nas bilans niezwykle trudnego okresu konfrontacji polskości i katolicyzmu z totalitaryzmami w latach 1939-1989, a więc równo przez sześćdziesiąt lat, przez czas życia dwóch-trzech pokoleń. W tej konfrontacji inaczej wypada traktować okres okupacji niemiecko-sowieckiej (1939-1944/5), inaczej czas dominacji systemu sowiecko-komunistycznego (1944/5-1989) z jej bardzo różnymi i ważnymi w skutkach etapami.

Lata 1939-1944/5 przyniosły Kościołowi katolickiemu, jak również całemu społeczeństwu i wielu innym Kościołom, ogromne straty, ale zarazem w ogólnym bilansie silne wzmocnienie solidarności ze społeczeństwem polskim. Miało to ogromne znaczenie dla całego późniejszego okresu.

Polityka obozu komunistycznego, wychodząca z Moskwy, po 1945 roku zmierzała do maksymalnego izolowania Kościołów i zarazem ich jak największego uzależniania, na wszystkich szczeblach, od rządzącego aparatu partyjno-rządowego. W Polsce – wobec ostrej polityczno-policyjnej walki słabych sił komunistycznych o przejęcie pełnej władzy w kraju – próbowano za wszelką cenę od 1944 roku przynajmniej zneutralizować Kościół katolicki; bez miażdżącej przewagi sił sowieckich obecnych na miejscu nie byłoby to po prostu możliwe.

Stosunek do niekatolików zdaje się dzisiaj stanowić dobry papierek lakmusowy nadążania polskich katolików za swym Kościołem

Biorąc pod uwagę całość konfrontacji lat 1944/5-1989, trzeba z naciskiem podkreślić czynnik wielkiej wagi, zapewne za mało uświadamiany w społeczeństwie nie tylko polskim, a z całą pewnością dotąd w gruncie rzeczy poważnie niezbadany. Są mianowicie podstawy do sformułowania tezy, że Kościół katolicki w Polsce był jedynym wielkim Kościołem chrześcijańskim na całym obszarze władzy sowieckiego komunizmu, którego w całości nie udało się władzy zinstrumentalizować i podporządkować. Fenomen ten zasługuje na dogłębne studium porównawcze. Zdaje się nie ulegać wątpliwości, że podstawowym czynnikiem tak wyjątkowego sukcesu było ogromne poparcie społeczeństwa właśnie dla niezależnego, „naszego” Kościoła i kościoła (w sensie lokalnej instytucji, parafii czy klasztoru). Można się nawet posunąć daleko w szukaniu tego poparcia również w szeregach partyjnych czy policyjnych, gdy dla różnych powodów i różnymi metodami czyniono niekiedy kroki co najmniej osłabiające zaplanowane odgórnie uderzenia. Ogromny i skuteczny niekiedy wysiłek drobiazgowego wręcz kontrolowania ludzi i instytucji Kościoła miał oczywiście swoje znaczenie, ale mimo wszystko w porównaniu z zależnością w innych krajach obozu – z samym Związkiem Radzieckim „na czele” – sytuacja polska była zdecydowanie odmienna.

Nie umniejsza to w niczym wielkiej roli ludzi stojących na czele Kościoła, z prymasem kard. Stefanem Wyszyńskim na pierwszym miejscu, ale rolę tę mogli odegrać dobrze tylko w warunkach generalnego poparcia najszerszych kręgów polskiego społeczeństwa. Wyszyński szczególnie dobrze to rozumiał i umiał się tym poparciem bardzo skutecznie posługiwać.

Obserwatorzy, zwłaszcza zagraniczni, zbyt łatwo na ogół utożsamiali rosnące – co za pasjonujący wręcz paradoks! – siłę i pozycję Kościoła z jego siłą polityczną aspirującą wręcz do stworzenia jakiegoś państwa wyznaniowego, katolickiego państwa narodu polskiego. Były oczywiście ekstremistyczne grupki narodowo-katolickie tak stawiające sprawę, ale ich marginalny charakter ujawnił się z czasem w sposób oczywisty. Nie tylko bowiem chodzi tu o sposób myślenia głęboko sprzeczny z tendencjami zwycięskimi w Kościele katolickim w ostatnich dziesięcioleciach, wspartymi o całe nauczanie II Soboru Watykańskiego, ale równie głęboko sprzeczne z najlepszymi tradycjami społeczno-politycznymi Polski przedrozbiorowej czy praktyką wolnej Polski sprzed 1939 roku i oficjalnym stanowiskiem Kościoła polskiego w tamtych czasach.

Można przyjąć, że niechęć do stosowania siły w sprawach wiary stanowi jeden z bardzo istotnych nurtów myśli i tradycji polskiej. Najwyraźniej uwidoczniło się to nastawienie w XV i XVI wieku, w złotych stuleciach polskiej kultury i świetności. Rozróżnianie funkcji religijnych Kościoła, duchownych, od ich postaw i akcji politycznych, stanowiło stały element tradycji politycznej szlachty Rzeczypospolitej. Bez idealizowania sytuacji jesteśmy bardzo daleko, w każdym razie w historii przedrozbiorowej Rzeczypospolitej, od jakiejś sakralnej koncepcji władzy, działającej w imię Boga i narzucającej poddanym swą wolę.

Taka postawa miała też w sumie ogromne znaczenie w całym szeroko pojętym oporze wobec władz zaborczych XIX stulecia, jakże chętnie odwołujących się do Boskiej woli i autorytetu. Dla Polaków ich własny kościół (i zarazem cały Kościół) kojarzył się nie z narzuconą władzą, ale raczej z wolnością, z przestrzenią, w której byli sobą i u siebie.

Po 1918 roku polska prawica nacjonalistyczna podjęła próbę instrumentalizacji katolicyzmu jako siły autentycznie narodowej z myślą o państwie polskim, naprawdę narodowo-katolickim. Opór w społeczeństwie i państwie polskim był silny i wielostronny. Wiele wskazuje na to, że nieźle znający stosunki polskie papież Pius XI bał się na gruncie polskim takiego narodowo-katolickiego sojuszu politycznego. Papieska nominacja prymasa Augusta Hlonda w 1926 r. ma w takiej perspektywie szczególne znaczenie. Kościół katolicki – odbudowujący z wielkim trudem swą pozycję po okresie zaborów, kiedy poniósł ogromne straty w wielu dziedzinach – miał od tego czasu wyraźny dystans wobec rozgrywek politycznych, budując własną, niezależną pozycję. Kościół włączył się bardziej w edukacyjno-kulturowy wysiłek wychowania nowych pokoleń, co miało się rychło okazać tak bardzo potrzebne i ważne.

Państwo podziemne polskie lat 1939-1944/5, ten imponujący twór społeczno-polityczny Polaków tego pokolenia, nie miało w niczym charakteru państwa wyznaniowo-klerykalnego; w niczym nie przeszkadzało to zresztą w umacnianiu społecznego prestiżu i pozycji Kościoła, religii, duchownych. Spektakularny sojusz Kościoła i społeczeństwa polskiego w latach 1978/9- -1989, zwłaszcza Kościoła i ruchu „Solidarność” – niepodległościowego i zawodowego zarazem – mieścił się bardzo dobrze w ugruntowanej tradycji bliskich związków między Kościołem a wolnością, katolicyzmem a kulturą polską; tradycji bardzo obcej wizji państwa klerykalno-wyznaniowego i tendencjom fundamentalistyczno-integrystycznym.

Potrzeba elit katolickich

Polsko-katolicki „stop” kulturowy wykazał ogromną siłę trwania i nawet zdolność do pewnych bardzo istotnych przekształceń – chociaż za mało, niestety, znanych, dostrzeganych i docenianych. Zarazem jego słabość intelektualna, doktrynalna, od dawna uderzała obserwatorów i to z różnych punktów widzenia; krytyka wychodziła tak od wewnątrz, od ludzi zatroskanych o losy Kościoła, jak i z zewnątrz; tak od obserwatorów patrzących na sprawę z dystansem, jak i od wyraźnych wrogów. Pojawiało się stale pytanie, co naprawdę znaczy w życiu, świadomości i kulturze ludzi fakt przynależności do Kościoła katolickiego, czy widoczne są konsekwencje tej identyfikacji na co dzień.

Po latach wnikliwej obserwacji socjolog katolicki, ks. Władysław Piwowarski, sformułował bardzo surową ocenę masowej religijności polskiej, z którą wypada się poważnie liczyć i uwzględniać w dalszych obserwacjach i badaniach: w płaszczyźnie ogólnonarodowej religia funkcjonuje jako wartość wspólna odziedziczona po przodkach i zapewniająca olbrzymiej większości Polaków sens i identyfikację. Wartość ta jest potwierdzana w praktykach o charakterze masowym, motywowanych religijnie i narodowo. W takiej sytuacji religia wypełnia z łatwością funkcję integracyjną w myśl Durkheimowskiej zasady: nie jest ważne to, w co się wierzy, ale jak mocno się wierzy i na ile ta wiara przenika życie ludzi spełniających praktyki religijne. Nie ma ona jednak większych konsekwencji w życiu codziennym.

W oczach wielu mądrych, przewidujących ludzi pierwszej połowy XX wieku – kapłanów i świeckich – brak elit religijnie świadomych w ludowym Kościele polskim stanowił problem zasadniczego znaczenia. Postępy na drodze do budowania tych elit przed 1939 rokiem były niemałe; hekatomba elit polskich lat 1939-1945 i na tym odcinku była bardzo poważna.

Brak nam dotychczas pogłębionego obrazu tworzenia elit religijnych, także i intelektualnych, po 1945 roku. Szczególnie ważną rolę zdawały się tu odgrywać duszpasterstwa akademickie, niektóre domy zakonne, seminaria, Katolicki Uniwersytet Lubelski, Akademie Teologii w Warszawie (ATK i ChAT). Osobne, ważne miejsce, zajmują oczywiście pisma – „Tygodnik Powszechny”, „Znak”, „Więź”, katolickie domy wydawnicze (odrębnej oceny domaga się tu „Pax” jako wydawnictwo, niezależne w pewnym stopniu od swego zaplecza polityczno-ideologicznego). Co znaczyły naprawdę zagraniczne studia, związki osobiste i intelektualne? Jak przedstawiało się kulturowe i intelektualne zaplecze ruchów religijnych, coraz wyraźniej pojawiających się na horyzoncie od lat siedemdziesiątych?

Nie ulega wątpliwości, że sytuacja polskiego katolicyzmu i chrześcijaństwa była – mimo wszystkich ograniczeń – dużo lepsza także w dziedzinie intelektualnej i formacyjnej niż w pozostałych krajach obozu komunistycznego. Miało to między innymi istotne znaczenie w całokształcie przemian i wielkiej „rewolucji pokojowej” lat 1978/9-1989, w której na gruncie polskim patronat i arbitraż Kościoła grał doniosłą rolę, natomiast szeroko pojęte elity i wiele ruchów katolickich włączyły się z pełnym zaangażowaniem w popieranie zmian.

Na ile jednak soborowa odnowa Kościoła katolickiego dotarła naprawdę nie tylko do pewnych elit, ale do szerszych kręgów wiernych? W pewnym zakresie reformy te – język polski w liturgii może tu być dobrym przykładem – zostały powszechnie przyjęte i zaakceptowane, ale już zmiany mentalności, nastawienia do „innych” wyraźnie wywołały i wywołują poważne opory. Strach przed zagrożeniami, tak częsty w świecie współczesnym, obecny jest bardzo wyraźnie także w polskim Kościele w różnych postaciach. Jedną z jego prymitywnych form jest spiskowa teoria historii, widząca w masonach czy Żydach (to rzecz w Polsce szokująca, zwłaszcza bezstronnych obserwatorów!) sprawców wszelkich nieszczęść obecnych i przyszłych. Recepcja jakże wyraźnego nauczania Magisterium Kościoła odnośnie do Żydów jako „starszych braci” chrześcijan w wierze, osobiste zaangażowanie Jana Pawła II w tę sprawę, z niemałym trudem dociera do głów i serc wiernych w Polsce, tak kapłanów jak i świeckich.

Stosunek do niekatolików zdaje się dzisiaj stanowić dobry papierek lakmusowy nadążania katolików za swym Kościołem albo też pozostawania na pozycjach „starokatolickich” aż po pogranicze wychodzenia ze wspólnoty Kościoła katolickiego. Być może krzykliwy w ostatnich latach nurt opozycji wobec Kościoła Vaticanum II przesłania nieco nurt mniej widoczny – autentycznej odnowy i wewnętrznej konwersji, pogłębienia świadectwa i rzeczywistej, mądrej życzliwości dla innych ludzi i dla świata tak tego potrzebującego.

Wiek XXI, a to już bliskie lata, przyniesie ostrą, surową próbę także dla polskich katolików; próbę zarazem, to wydaje się oczywiste, kultury i człowieczeństwa, próbę identyfikacji z Polską i jej kulturą. Polakiem w nowym, rodzącym się świecie, każdy będzie się stawał z wyboru, bo inne możliwości staną przed nim szeroko. Pesymizm, kompletny relatywizm, jest tu jak zawsze najgorszym doradcą prowadzącym do nowoczesnej barbaryzacji, tak nam na każdym kroku grożącej, na każdym kroku naszych codziennych zachowań w domu, biurze czy na ulicy. W nowoczesnym chrześcijaństwie, w katolicyzmie posoborowym, odnajdujemy wartości i postawy niezwykle istotne dla człowieka i kultury dziś i jutro. W kulturze polskiej łatwo znajdziemy tradycje wyjątkowo wręcz bliskie w swej „ludzkości” temu, co dziś jest najlepsze w świecie katolika, chrześcijan, ludzi religii, człowieka tout court. Mamy prawo mniemać, że siły „długiego trwania” historycznego także w Polsce ułatwią wielu ludziom nadchodzących pokoleń znalezienie drogi zarazem tradycyjnej i w pełni otwartej na świat jutra.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 6/2000.