Ksiądz nie musi mieć gotowych odpowiedzi na każde pytanie, a nawet nie powinien. Wierząc w Boga i wierząc Bogu, możemy jedynie mieć nadzieję, że ludzkie cierpienie nie jest bez sensu – mówił ksiądz Jan Kaczkowski w rozmowie z „Więzią”.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 2/2014.

Katarzyna Jabłońska: W puckim hospicjum spotkałam wykształconego, wrażliwego zakonnika, który w ramach swojej formacji odbywał tam wolontariat. Opowiedział mi o takim swoim doświadczeniu: kilka razy w ciągu dnia chodził do pokoju pacjentki – niespełna 40-letniej kobiety, wycieńczonej chorobą nowotworową. Spotykał tam często jej męża. W dniu, kiedy rozpoczęła się agonia kobiety, ten złamany cierpieniem mężczyzna zapytał zakonnika: Dlaczego? Ona była przecież dobrym człowiekiem, kochającą żoną i matką, głęboko wierzącą katoliczką. Dlaczego właśnie ona musi tak cierpieć i przedwcześnie nas osierocić? Zakonnik, poruszony tym doświadczeniem, skarżył się, że nie umiał znaleźć odpowiedzi ani słów pocieszania. Co ty, Janie, odpowiedziałbyś temu mężczyźnie?

Ks. Jan Kaczkowski: Wcale się nie dziwię, że ten pełen empatii i współczucia ksiądz stanął bezradny wobec pytania mężczyzny. I dobrze! Gdyby udawał, że zna na nie odpowiedź, byłby żałosny. Najlepsze, co można w takiej sytuacji zrobić, to przyznać się choremu i jego rodzinie do naszej bezradności. I – jeśli zechcą – być przy nich i z nimi w tym bolesnym czasie.

Ksiądz nie musi mieć gotowych odpowiedzi na każde pytanie, a nawet nie powinien. Bo jaką odpowiedź można było dać temu mężowi, który najpierw razem z żoną walczył z jej chorobą, a potem patrzył na jej agonię? Powiedzieć w takiej sytuacji: proszę być dzielny, czas leczy rany – to by było okrucieństwo albo zwykły kretynizm. Na takie słowa ów mąż powinien odpowiedzieć: panie księże, ja i moje dzieci jesteśmy w rozpaczy, a ksiądz mówi, że czas leczy rany?! W dupie mam ten czas i księdza też!

Wierząc w Boga i wierząc Bogu, możemy jedynie mieć nadzieję, że ludzkie cierpienie nie jest bez sensu. Uczmy się więc panowie księża, uczmy! Bo inaczej na nic nasze pobożne życzenia i dobre chęci. „Zawód ksiądz” to sprawa bardzo serio, podobnie jak zawód lekarz. Obaj pracują często z ludźmi znajdującymi się na granicy życia i śmierci, tu standardy muszą być najwyższe. Tu toczy się „gra” o stawkę większą niż biologiczne życie.

Kiedy jednak spada na nas cierpienie albo dzieje się ono na naszych oczach, to nawet ta – oparta na głębokiej wierze w Boga i Bogu – nadzieja, bywa bardzo trudna.

– Kiedyś obserwowałem w szpitalu w Pucku agonię kobiety. Konała w sali zaraz przy wejściu i każdy, kto szedł korytarzem, w gruncie rzeczy tę agonię mógł widzieć. I już nie chodzi o te otwarte drzwi, bo było lato, gorąco i inaczej się nie dało. Ale długo nie opuszczało mnie natrętne pytanie, po co musiało to trwać dwie godziny – w dusznej sali, na widoku wszystkich? I nagła myśl: może po to, żeby ktoś – taki jak ja – przechodząc korytarzem, zobaczył tę agonię i żeby to coś zmieniło w jego życiu.

W twoim życiu coś zmieniło?

– Tak, zmieniło. Pokazało mi – takiemu jeszcze świeżo upieczonemu księżulkowi, który miał głowę napakowaną frazesami – że nie mam odpowiedzi na wszystkie pytania świata. Bo patrzyłem na agonię tej kobiety kompletnie bezradny – wszystko we mnie krzyczało: dlaczego tak, dlaczego w takich warunkach, dlaczego tak długo?

Znalazłeś w końcu odpowiedź?

– Nie znalazłem, co więcej, jako sceptyk muszę zadać pytanie: czy Pan Bóg potrzebuje takiego niewyobrażalnego cierpienia, żeby zmieniać świat? Żeby zmieniać nas?

A potrzebuje?

– Z całą pewnością Bóg nie traktuje człowieka w tak przedmiotowy sposób. Jemu nasze cierpienie nie jest potrzebne, więcej – ono Go boli. Niestety, to my potrzebujemy cierpienia. Bo my, ludzie, mamy zmysły i do nas przemawia się przez zmysły. Dlatego też Syn Boży musiał umrzeć fizycznie – naprawdę umrzeć. Rozpamiętujemy i kontemplujemy prawdziwą mękę Chrystusa na krzyżu – jako Boga i człowieka. Co to w ogóle jest za Bóg, który wymyślił sposób objawiania się światu poprzez wcielenie? Często mówimy: wcielony Syn Boży i w ogóle nie zastanawiamy się, co to znaczy. A Chrystus musiał wejść w ciało, byśmy Go byli w stanie chociaż trochę rozkminić. I nie zapominajmy o tym, że On wchodząc w ciało, stał się słabo rozpoznawalny jako Bóg. Więcej, przyjął nasze człowieczeństwo, to znaczy maksymalnie, bo biologicznie, stał się bliski każdemu z nas.

Wciąż słyszymy: „Chrystus we wszystkim był do nas podobny oprócz grzechu”, ale pytani, co to konkretnie znaczy, rzadko potrafimy konkretnie odpowiedzieć.

– Konkretnie? To może tak: kiedy zjadł nieświeżą rybę, bolał go żołądek, a czasem pewnie wymiotował. Podejrzewam, że mając naście lat miewał – jak chyba wszyscy młodzieńcy w tym wieku – poranny wzwód. Nie ma co się oburzać i podnosić larum – to zwykła fizjologia.

Mnie samemu też przyszło tu na myśl pytanie, które zadałbym chętnie genetykom. Skoro w wypadku poczęcia Jezusa oocyt, czyli komórka jajowa z pewnością pochodziła od Matki Najświętszej, a Jezus był poczęty przez Ducha Świętego – Ten zaś jest niematerialny, więc raczej nie dysponuje plemnikiem – to jaki kod genetyczny miał Jezus, będąc jeszcze w formie blastocysty? Czy jest możliwe, że byłby to jedyny przypadek identycznej tożsamości genetycznej syna z matką? A może było jeszcze ciekawiej: może Jezus był genetycznie podobny do nas wszystkich ludzi? To byłoby cudowne uczestniczenie w bóstwie Chrystusa i Jego w naszym człowieczeństwie. Może więc warto by przebadać genetycznie cuda eucharystyczne? Może tam znaleźlibyśmy podpowiedź?

O ile twoja wizja Chrystusa w stadium… blastocysty w wielu może obudzić wzburzenie, o tyle wyobrażanie sobie Pana Boga, a co za tym idzie nierzadko też traktowanie Go jako sędziwego, nobliwego starca – nikogo raczej specjalnie nie dziwi i nie bulwersuje…

– Rzeczywiście, spotykam inteligentnych i wykształconych ludzi, którzy pomimo teoretycznej wiedzy, że Bóg jest przenikającym wszystko duchem, wyobrażają Go sobie jako upłciowioną, a na dodatek opresyjną instancję sprawczą, pozostającą poza naszym matriksem czasoprzestrzeni. Może ten „Pan” w określeniu „Pan Bóg” jakoś nas tutaj programuje?

Tu muszę uderzyć się w pierś: jest to również pokłosie błędnej wizji, jaką my, duszpasterze, nierzadko utrwalamy w ludziach poprzez nieumiejętny sposób przekazywania wiary. Bóg chrześcijan jest absolutną odwrotnością istoty, którą próbujemy zamykać w naszych ludzkich miarach – płci, sprawiedliwości, a nawet miłości. Aby to wykazać, wezmę na warsztat problem, o który w hospicjum obijamy się nieustannie – od niego również rozpoczęłaś naszą rozmowę – czyli ludzkie cierpienie.

Za które zresztą nie tak rzadko czynimy odpowiedzialnym Boga.

– No właśnie! A tego rodzaju myślenie jest całkowicie pozbawione logiki. Bóg chrześcijan jest maksymalnie bliski człowiekowi. On niejako „wdziera się” w naszą biologię, a my – wszyscy bez względu na to, czy wierzymy, czy jesteśmy ateistami – dzięki temu zyskujemy niezbywalną godność. Dla katolika oznacza to dodatkowo coś jeszcze bardziej niezwykłego: nasza, uświęcona odtąd biologia, ma prawo przyjąć Jego ciało. I to cało nie jedynie symboliczne, ale prawdziwe.

Skoro więc Bóg jest tak niewyobrażalnie blisko człowieka, absurdem jest obwinianie Go za zło, które spotyka nas czy świat. Radykalizm tej bliskości Boga w stosunku do każdego z nas polega na tym, że to nie my mamy łączyć własne cierpienie z cierpieniem konającego na krzyżu Chrystusa – to On przez tę właśnie bliskość uczestniczy w naszym cierpieniu. Kiedy więc dowiaduję się, że jestem śmiertelnie chory, to On we mnie i ze mną przeżywa lęk i rozpacz – niejako sam Chrystus choruje ze mną. I jest w tej sytuacji równie bezbronny, jak ja. Kiedy tracę pracę, Chrystus we mnie współodczuwa i współcierpi – i ze mną traci tę pracę. Ilekroć Boga wyrzucimy poza tę czasoprzestrzeń bliskości i współodczuwania z nami, zawsze będziemy mieli pokusę oskarżenia Go o wszelkie nieszczęścia ludzi i świata.

Skąd w takim razie zło na świecie?

– Zło nie pochodzi od Boga. Pojawienie się zła na świecie ma związek z pierwszym kłamstwem, którego opis znajdujemy w Księdze Rodzaju w symbolicznym dialogu węża, czyli szatana, z Ewą. Przebiega on mniej więcej tak: – Czy to prawda, ze Bóg zabronił wam jeść ze wszystkich drzew tego ogrodu – pyta wąż? – Nieprawda; nie możemy jeść tylko z jednego, a nawet go dotykać. Zwróćmy uwagę, że zakaz Boga nie dotyczył dotykania owocu, Ewa jednak chce być bardziej wiarygodna wchodząc w dialog ze złem. Wąż ripostuje: „Na pewno nie pomrzecie! Ale wie Bóg…”, co znaczy tyle: Bóg jest kłamcą, zazdrosnym dziadem, jest przeciwnikiem twojej wolności.

A przecież Bóg, w którego wierzymy, jest miłością; również człowieka stworzył powodowany miłością właśnie. Co więcej, stworzył go na swój obraz i podobieństwo. A to ma dalekosiężne konsekwencje. Według antropologii chrześcijańskiej człowiek jako jedyny został stworzony jako byt sam dla siebie. Od początku swojego istnienia – począwszy od blastocysty aż do samej swojej śmierci – jest osobą, która ma swoją godność, winniśmy traktować go więc z szacunkiem.

Ty, Janie, Kiedy odwołujesz się do własnej sytuacji człowieka śmiertelnie chorego, chętniej mówisz o klasie niż godności: „Chciałbym umrzeć szybko, sprawnie i z klasą”. Daruj, ale to „umrzeć z klasą” zawsze powoduje we mnie zgrzyt.

– Umrzeć bez klasy to umierać bez godności albo z nadszarpniętą godnością. Może to moje mówienie o umieraniu z klasą jest wynikiem obawy przed zaufaniem innym, że mogą mnie akceptować także wtedy, kiedy będę mówił od rzeczy i będę całkowicie bezbronny. Jeszcze nie wyrobiłem w sobie zgody na pełne ogołocenie – wymioty, załatwianie się w pieluchę, całą tę przykrą fizjologię, nad którą mogę przestać panować, a inni będą musieli mnie w takim stanie pielęgnować. Jest we mnie lęk, że drugi człowiek się mną zbrzydzi.

Choroba to często konieczność przekraczania kolejnych istniejących w nas barier – choćby korzystanie z pampersa; kiedy po raz pierwszy musiałem go użyć, czułem się podle. Skoro jednak wielokrotnie zapewniałem pacjentów naszego hospicjum – i wciąż to robię naprawdę szczerze – żeby nie robili sobie wyrzutów, że przy mnie wymiotują czy z ich fizjologią dzieje się coś, co może ich krępować, to paradoksalnie ta moja obrona własnej autonomii jest właśnie bez klasy.

Dlaczego zgoda na tego rodzaju – jak to nazywasz – ogołocenie przychodzi nam łatwiej w odniesieniu do innych niż wobec samych siebie?

– Wchodzimy tu w bardzo intymną przestrzeń. Ja sam na przykład nie chciałbym musieć epatować swoją bezradnością, fizyczną nagością i fizjologiczną golizną. Bo bezradnością też można epatować. Chrystus Pan nie ukrywał swojej cielesności, jednak odbywało się to bez niepotrzebnej ostentacji. Chodzi o to, żeby ci, którzy będą przy mnie w chwili tego ogołocenia, nie byli moją bezradnością szantażowani.

Jeżeli nawet zdarzało mi się być osranym od pleców do kolan, to starałem się paniom – które bardzo profesjonalnie i bez cienia obrzydzenia mnie myły – ułatwić to trudne zadanie, na przykład trochę unieść się na boku, żeby łatwiej było mnie przekręcić. Ciężka choroba nie zwalnia mnie z powinności myślenia o drugim.

Czy to nie jest wymaganie od siebie ponad miarę?

– Nie, dlatego że godność osoby ludzkiej jest w dawaniu. Nawet człowiek najbardziej ogołocony ma innym coś do dania. Dawanie ma sens, bez względu na jakość. Nie oznacza to jednak – chciałbym tu być dobrze zrozumiany – rygorystycznego obowiązku. Człowiek ma prawo, a może również powinność powiedzieć: jestem bezsilny, nie daję rady. To nie ma nic wspólnego z szantażowaniem bezsilnością, przeciwnie i paradoksalnie, ta jego autentyczna bezsilność budzi u innych potencjał dawania.

Może przyznanie się do własnej bezsilności jest właśnie ogołoceniem, które jest również formą dawania? Powierzam wtedy drugiemu często najtrudniejszą i najintymniejszą prawdę o sobie, powierzam mu swoją autonomię, swoją bezbronność… To wymaga ogromnego zaufania.

– Właśnie tak! Dlatego mówię o powinności dawania do końca. Już sama nasza, teoretyczna nawet, gotowość dawania zazwyczaj zapładnia innych do dawania, ma moc wykrzesania z nich dobra. Człowiek z posuniętym alzheimerem, otępiały – również daje. Ewangelia uczy, że każdy człowiek – bez wyjątku – jest ważny i wyjątkowy, ponieważ został stworzony przez Boga jako ktoś absolutnie niepowtarzalny. Skoro jest jedyny w swoim rodzaju, jest drogocenny, wręcz bezcenny – nie istnieje więc żadne usprawiedliwienie, aby traktować go przedmiotowo. Jest to sprzeczne z zamysłem samego Boga.

Ta ewangeliczna logika ma swoje konsekwencje. Podążając jej śladem, nie da się zlekceważyć jedynie biologicznego – jak się często wydaje – trwania człowieka. O kimś, kto od pięciu lat pozostaje w śpiączce, nie można powiedzieć, że jest „byłym organizmem ludzkim”. Nadal jest osobą. I wciąż ma nam coś do ofiarowania.

Co takiego?

– Swoją bezbronność.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 2/2014.