Olbrzymie zainteresowanie spotkaniem z ks. Bonieckim w muzeum Polin to wyraz wielkiej tęsknoty za mistrzem, autorytetem, przewodnikiem.

Pod Muzeum Historii Żydów Polskich Polin dotarłem w piątek wieczorem na kwadrans przed rozpoczęciem spotkania z ks. Adamem Bonieckim, organizowanego przez warszawski Klub „Tygodnika Powszechnego”. Od kolegów, którzy byli w środku, wiedziałem już, że muzealne audytorium (mieści 479 osób) jest od dawna wypełnione, a właśnie zapełniają się również sąsiednie sale, w których zorganizowano wideotransmisję spotkania.

Jakież było jednak moje zdumienie, gdy zobaczyłem kilkusetosobową kolejkę ludzi wciąż mających nadzieję osobistego udziału w tym wydarzeniu. Łańcuch osób w różnym wieku ciągnął się od drzwi muzeum aż do ulicy Anielewicza, gdzie wkrótce zresztą zaczął zakręcać na chodniku aż do skrzyżowania z ulicą Zamenhofa – bo chętnych wciąż przybywało. Do zapowiedzianej godziny rozpoczęcia spotkania wciąż jeszcze brakowało kilku minut. A to oznacza, że – wedle warszawskich standardów, które stanowią, że tego typu spotkania zazwyczaj rozpoczynają się „z kwadransem” – wszyscy ci ludzie przyszli sporo przed czasem.

Kolejka na spotkanie z ks. Adamem Bonieckim

Kolejka na spotkanie z ks. Adamem Bonieckim w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN 1 grudnia 2017 r. Fot. Więź

Nie lubię w takich sytuacjach korzystać z dziennikarskich czy środowiskowych przywilejów, nie wciskałem się więc przed kolejkę. Chodząc wzdłuż niej i z podziwem patrząc, jak wciąż przybywa ludzi, zrozumiałem, że ta sytuacja jest symbolicznym wyrazem tęsknoty Polaków (wcale nie tylko zdeklarowanych katolików!) za – używając określeń prof. Stefana Swieżawskiego – Kościołem służebnym, wspólnotowym i otwartym.

Tak olbrzymie zainteresowanie spotkaniem z ks. Bonieckim to także wyraz wielkiej tęsknoty za mistrzem. A może za autorytetem? Może za przewodnikiem? Redaktor senior „Tygodnika Powszechnego” to taki autorytet, który nie usiłuje tworzyć wrażenia, że zna się na wszystkim, że jest nieomylny. Potrafi przyznawać się do swoich błędów i słabości. Ma własne zdanie i łatwo z niego nie zrezygnuje, ale zarazem uważnie słucha. To taki przewodnik, o którym wiadomo, że już dawno temu znalazł Drogę i Prawdę, ale zarazem wciąż ich szuka – dla siebie i przede wszystkim dla innych.

Boniecki to taki przewodnik, o którym wiadomo, że znalazł, ale zarazem wciąż szuka

Z innymi szukającymi Boniecki gotów jest pójść nawet w różne dziwne zakamarki czy ślepe uliczki. Nie po to wcale, by w nich tkwić, jak mu zarzucają, lecz by ludzi z nich wyprowadzać – najpierw jednak okazując im solidarność. Dobrym tego przykładem podczas wczorajszego spotkania była sytuacja, gdy ktoś z sali zadał pytanie ewidentnie wymagające osobistej rozmowy duszpasterskiej. Boniecki natychmiast odruchowo podał mu swój numer telefonu – nie zastanawiając się nad ryzykownym aspektem takiego zachowania. Będą pewnie teraz na ten telefon częściej dzwonić jego wrogowie. Ale skoro konkretny człowiek potrzebuje pomocy, rasowy duszpasterz bez wahania podał numer i nawet go powtórzył…

W Polin ks. Adam mówił  – jak zazwyczaj – spokojnie, z mądrym duchowym namysłem. Zniechęcał do łatwych osądów, próbował odwracać ostrze emocji wyrażanych przez osoby zabierające głos z sali („Nie wytykajmy ciągle biskupom, sami jesteśmy niewiele lepsi…”). Zachęcał słuchaczy do okazywania szacunku wszystkim, także narodowcom („żebyśmy ich nie demonizowali, nie traktowali jak zbrodniarzy, tylko poszczególnych ludzi. Oni nie są wykreśleni z grona tych, których mamy kochać. Trzeba ich oswoić. Ustawami tego nastawienia nie zmienimy”). Zniechęcał zaś do prostego porównywania „utopii” papieża Franciszka ze skrzeczącą polską rzeczywistością kościelną. Nie po to, żeby nie realizować owej utopii, lecz po to, by nie potępiać w czambuł tych, co jej nie potrafią wcielać w życie.

Ks. Boniecki nie pozwala na interpretowanie swojej aktualnej sytuacji – kolejnego zakazu wypowiedzi medialnych – jako cierpienia. Przypomina, że iść za Chrystusem to nieść krzyż – i że z założenia jest to co najmniej niewygodne. Powiem więc tylko, że szkoda, iż w ten słotny piątkowy wieczór nie było (o ile wiem) w muzeum Polin i przed nim delegacji zarządu prowincjalnego księży marianów. Gdyby wmieszali się w ten tłum, mogliby się wiele dowiedzieć o duchowych potrzebach ludzi, do których są posłani jako zgromadzenie apostolskie.

Dwudziestowieczny odnowiciel marianów, bł. Jerzy Matulewicz, podkreślał, by zakonnicy byli duszpasterzami otwartymi na „wszelki sposób, jaki im podsunie gorliwość, do zbawienia i uświęcenia dusz”, uwydatniając „nabywanie i szerzenie wiedzy oraz nauczanie innych”, zwłaszcza „tam, gdzie są największe potrzeby”. Konia z rzędem temu, kto wykaże, że nie tym właśnie zajmuje się ks. Adam Boniecki.

ks. Adam Boniecki

Ks. Adam Boniecki podczas spotkania w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN 1 grudnia 2017 r. Fot. Więź

Sporządzaną na żywo relację z tego spotkania mogą Państwo przeczytać tutaj, a całe nagranie dostępne jest na stronach „Tygodnika Powszechnego”.

Po pierwszym zakazie dla ks. Bonieckiego, wydanym w 2011 r., pisałem m.in.:
„Złota zasada do lamusa”,
– „Jak nie bronić księdza Bonieckiego”.

Co dokładnie mówił ksiądz Adam Boniecki, zanim otrzymał ponowny zakaz wypowiedzi?