W rządzie powinno być więcej ekonomistów, a mniej historyków – słyszę czasem od przedstawicieli tzw. klasy średniej. Mają rację.

W warszawskiej Akademii Leona Koźmińskiego odbyła się w październiku nietypowa debata z udziałem kilku wicepremierów odpowiedzialnych w III RP za finanse lub gospodarkę, m.in. Janusza Steinhoffa (1997-2001), Marka Belki (2001-2002) i Janusza Piechocińskiego (2012-2015). Gwiazdą dnia był jednak Mateusz Morawiecki, który od reszty towarzystwa różni się co najmniej trzema cechami: jest obecnie u władzy; łączy teki ministra gospodarki (nazywanego teraz „ministrem rozwoju”) i finansów; nie wiadomo do końca, czy jego rząd się wpisuje w historię III RP, czy otworzył już nowy rozdział we współczesnych dziejach Polski.

Być może po zapowiadanej rekonstrukcji rządu zakres obowiązków wicepremiera Morawieckiego będzie jeszcze poszerzony o budownictwo, infrastrukturę, a nawet cyfryzację, co dalej umacniałoby jego pozycję jako jednego z najpotężniejszych ministrów ostatnich dekad.

Powołanie Morawieckiego na stanowisko ministra rozwoju było dobrym politycznym chwytem: jest stosunkowo młody, naprawdę sympatyczny, umie mówić po angielsku (co nie jest normą w obecnym składzie Rady Ministrów), dzięki doświadczeniu na czele prywatnego Banku Zachodniego WBK (filia hiszpańskiej grupy Santander) uchodzi za kompetentnego menedżera przyjaznego biznesowi, a zarazem jego nazwisko i młodzieńcza działalność usypiają czujność na prawicy, dla której osoba z takim życiorysem mogłaby być przecież co najwyżej zgniłym liberalnym kosmopolitą. Zresztą wystarczy posłuchać wypowiedzi Morawieckiego na temat dekomunizacji (w tym ostatniej: o zburzeniu Pałacu Kultury i Nauki), by się przekonać, że w tej kwestii nie odstaje do najtwardszego betonu PiS.

Niemniej, jego charakter i intelektualne zainteresowania sprawiły, że mimo pewnie licznych obowiązków, wicepremier Morawiecki poświęcił w auli uczelnianej ponad godzinę na swoistego rodzaju exposé, w którym wprawdzie nie omieszkał chwalić się sukcesami i rozliczać poprzedników za odziedziczone problemy, lecz także wyjaśnił własną wizję Polski, państwa i szeroko rozumianej polityki gospodarczej.

Tę wizję Morawiecki opiera na dwóch głównych tezach. Pierwsza mówi, że „Polska jest państwem skolonizowanym przez zachodni kapitał”, a druga – że „brak normalnej polityki podatkowej” jest powodem straconych szans kraju nie tylko na przestrzeni ostatnich 25 lat, ale właściwie od średniowiecza. Liczne odniesienia historyczne w wystąpieniu przypominają, że jego autor jako pierwszy kierunek studiów skończył historię, co nie pozostaje bez wpływu na jego koncepcję polityki gospodarczej.

Ze swoich tez Morawiecki wyprowadza rozwiązania, które niestety nie przygotowują polskiej gospodarki do wejścia w XXI wiek. To akurat umiejscawia wicepremiera z powrotem w szeregu jego odpowiedników z III RP.

Popełnia trzy błędy.

O kolonizacji Polski w artykule o Rosji

Pierwszy błąd dotyczy domniemanej kolonizacji Polski przez zachodni kapitał. Morawiecki cytuje na ten temat artykuł nagłośniony niedawno przez prorządowy serwis wPolityce.pl i pierwotnie opublikowany w „Bloombergu” „How Western Capital Colonized Eastern Europe” (Jak zachodni kapitał skolonizował Europę Wschodnią). Z kolei autor tego tekstu powołuje się na pracę naukową podpisaną m.in. przez francuskiego ekonomistę-celebrytę Thomasa Piketty’ego, autora światowego bestsellera „Kapitał w XXI wieku”. Tytuł tej pracy brzmi „From Soviets to Oligarchs: Inequality and Property in Russia, 1905-2016” (Od Sowietów do oligarchów: nierówności i majątek w Rosji w latach 1905-2016).

Jaki to ma związek z Polską? – nie wiadomo, bo Polska nie była objęta badaniem. Wprawdzie pojawia się w celach porównawczych na kilku wykresach, ale na tym, który przyciągał największą uwagę, czyli o wartości aktywów zagranicznych netto w stosunku do dochodu narodowego, widać, że pozycja Polski nie jest wiele niższa dziś (-80 proc.) niż w 1990 roku (koło -70 proc.). To zaprzecza tezie, jakoby w międzyczasie masowo „wysprzedano” Polskę zagranicy za grosze.

Piketty nic nie mówi o rzekomej dominacji zagranicznego kapitału w Polsce, a tym bardziej o gospodarczej kolonizacji

Podkreślmy też, że ten wskaźnik wcale nie znaczy, że w Polsce 80 proc. majątku należy do obcokrajowców, ponieważ wartość aktywów zagranicznych netto jest wyrażona w stosunku do dochodu narodowego (wytworzonego w ciągu jednego roku), a nie do całego majątku narodowego. O tym drugim nie wiemy do końca, ile jest warty, bo w sytuacji braku prawdziwego opodatkowania majątkowego ani GUS, ani NBP nie dysponują rzetelnymi danymi do oszacowania całego (wymiernego) bogactwa Polski. Przytoczona liczba oznacza tylko tyle, że różnica między sumą aktywów posiadanych w Polsce przez zagranicę a sumą aktywów posiadanych za granicą przez „polskie” podmioty jest równowarta 80 proc. dochodu narodowego.

Nie powinno to dziwić, bo do Polski od lat przypływa dużo inwestycji zagranicznych, natomiast jeszcze mało „polskich” firm inwestuje za granicą. Wbrew temu, co twierdzi wicepremier Morawiecki, praca Piketty’ego (oraz Filipa Novokmeta i Gabriela Zucmana) nic nie mówi o rzekomej dominacji zagranicznego kapitału w Polsce, a tym bardziej o gospodarczej kolonizacji.

Dobry poborca skarbowy to jeszcze nie architekt

Drugi błąd dotyczy systemu podatkowego. Wicepremier Morawiecki chwalił się, że buduje „nową architekturę podatkową” poprzez „kompletną zmianę systemu finansowego [państwa] i dużo większą sprawność aparatu podatkowego i finansowego”, przede wszystkim w pobieraniu VAT i akcyz (podatku od sprzedaży np. paliwa). Oprócz statystyk, które rzeczywiście pokazują znaczny wzrost wpływów z VAT do budżetu, rozmowy z przedsiębiorcami potwierdzają, że presja polityczna i administracyjna przywołała do porządku wiele firm, które wcześniej były na bakier z należnościami podatkowymi. To niewątpliwie pozytywna zmiana, za którą wicepremierowi Morawieckiemu i jego kolegom z ekipy rządzącej należą sie laury.

Nie można jednak mówić o „nowej architekturze podatkowej”. Architektura podatkowa to bowiem nic innego jak struktura dochodów budżetu państwa, a ta w gruncie rzeczy nie zmieniła znacząco od czasów wprowadzenia w Polsce VAT, czyli od… 1993 r. Aż do dziś dochody z tego tytułu stanowią koło 40 proc. wpływów budżetowych ogółem; z akcyzy 20 proc., PIT – 15 proc., a CIT – prawie 10 proc. Reszta składa się m.in. z funduszy unijnych, ceł i podatku od gier.

Taki stan powinien nam nasunąć dwie uwagi. Po pierwsze, architektura podatkowa obecnie obowiązująca w Polsce jest bardzo niesprawiedliwa. VAT jest podatkiem od konsumpcji i nie uwzględnia sytuacji finansowej kupujących: milioner i przeciętny człowiek przy zakupie tego samego towaru płacą taki sam podatek. Ale przez to, że przeciętny człowiek przeznacza większą część dochodów na konsumpcję (ma te same podstawowe potrzeby co milioner, więc na koniec miesiąca zostaje mu w kieszeni mniej na oszczędności), jest proporcjonalnie bardziej obciążony niż milioner. VAT ma jednak tę zaletę, że stosunkowo łatwo się go pobiera – w nawiasie: to francuski wynalazek – ale jego konstrukcja jest z definicji antyredystrybucyjna.

Od lat 50., czyli od kiedy VAT zaczął być popularny na Zachodzie, ekonomiści nie spoczywali jednak na laurach i wymyślili bardziej nowoczesne podatki, które są zarazem prorozwojowe – czyli sprzyjają wzrostowi gospodarczemu, nie tamując konkurencyjności firm – i prospołeczne, to znaczy nie pogłębiają nierówności dochodowych między gospodarstwami domowymi bądź je zmniejszają.

Przykładami takich „dobrych podatków” są podatki majątkowe i tzw. zielone podatki, czyli podatki za zanieczyszczanie środowiska i niezrównoważone pozyskiwanie surowców. Raporty OECD konsekwentnie wskazują na ich charakter prorozwojowy i prospołeczny, a ostatnio nawet publicysta Martin Sandbu z „Financial Times” napisał „pochwałę podatku majątkowego”.

Tymczasem w Polsce, jak przyznał sam Morawiecki na początku swojego exposé, podatki majątkowe są znikome w porównaniu z Stanami Zjednoczonymi lub Wielką Brytanią, które przecież trudno podejrzewać o socjalistyczne lub antybiznesowe „zboczenia”. Nie ma też w Polsce zielonych podatków: są co najwyżej opłaty środowiskowe, które zasilają fundusze ochrony środowiska, ale nie budżet centralny.

Czy wicepremier Morawiecki zaproponował krok w tym kierunku? Żadnego. Zalążkiem prawdziwie nowej architektury podatkowej w Polsce mogło być scalenie PIT i składek na ZUS, postulowane przez PO w czasie kampanii w 2015 r., a następnie już pod rządami PiS planowane przez ministra bez teki Henryka Kowalczyka.

Choć wychodzimy poza domenę polityki stricte podatkowej, by objąć także system ubezpieczeń społecznych, wprowadzenie tzw. jednolitego podatku oznaczyłoby, że system przestałby być finansowany głównie przez składki odprowadzone przez pracodawców i pracowników, a opierałby się w większym stopniu m.in. na opodatkowaniu kapitału.

Polakom o wiele łatwiej odebrać niezależne media publiczne i Trybunał Konstytucyjny niż niskie podatki

Jednak Polakom o wiele łatwiej odebrać niezależne media publiczne i Trybunał Konstytucyjny niż niskie podatki (szczególnie dla najbogatszych), więc ostatecznie rząd zrezygnował z tego pomysłu. W tym momencie nic nie wskazuje na to, by szykował jakkolwiek rewolucję podatkową, mimo że na innych polach wcale nie brakuje mu rewolucyjnego ferworu (nawet wtedy, gdy nie potrzeba). Widocznie Morawiecki i jego ekipa uważają, tak jak premier Beata Szydło, która powiedziała, że „wystarczy nie kraść” i wszystko będzie w porządku – jakby bolączki polskiej gospodarki wynikały tylko z problemów personalnych, a nie ze słabości strukturalnych.

W zakresie VAT horyzonty wicepremiera Morawieckiego zdają się ograniczać do polskiego podwórka. Tymczasem mechanizmy przestępczości związanej z tym podatkiem często mają wymiar transgraniczny, a Komisja Europejska szacuje, że w całej Unii 50 miliardów euro wymyka się krajowym fiskusom. W celu prowadzenia skuteczniejszej walki z transgranicznymi grupami przestępczymi wyłudzającymi VAT, zaproponowała utworzenie Prokuratury Europejskiej, która będzie mogła wszczynać śledztwa i postępowania karne w tych sprawach. W inicjatywie uczestniczy 20 państw członkowskich, w tym Czechy i Słowacja, ale nie Polska. Dlaczego?

Europa Zachodnia największym wrogiem Polski

Dochodzimy do trzeciego, może najbardziej kontrowersyjnego, punktu wystąpienia Morawieckiego. Choć nie wyraził go dosłownie w ten sposób, przekonywał jednoznacznie, że największymi rywalami gospodarczymi – by nie mówić wrogami – Polski są kraje Europy Zachodniej.

Raje podatkowe? Holandia, Wielka Brytania i Szwajcaria. Protekcjonizm? Francja i Niemcy. Nacjonalizacje? Francja. Wprawdzie niektóre z tych zarzutów są uzasadnione, ale zdumiewający pozostaje fakt, że Stany Zjednoczone i Chiny prawie nie są wymieniane – jeśli tak, to w charakterze partnerów – podczas gdy całe zło hamujące rozwój polskiej gospodarki wypływa rzekomo z zachodu Europy.

Zgodnie z ogólną linią rządu, Morawiecki twierdzi na przykład, że Unia jest niesprawiedliwa, bo inaczej traktuje duże państwa członkowskie z bogatej Europy Zachodniej, a inaczej mniejsze kraje ze Wschodu, tym Polskę. Zilustrował tę krytykę mówiąc o francuskich nacjonalizacjach z ostatnich lat, które w Polsce byłyby zakazane albo przynajmniej mocno potępione.

Wicepremier zdaje się nie zauważać znamiennej cechy wspólnej wszystkim operacjom polityki przemysłowej prowadzonym na Zachodzie w tym roku. Co łączy mariaż PSA-Opel w produkcji samochodów, STX-Fincantieri w branży stoczniowej i Alstom-Siemens w produkcji taboru kolejowego? Otóż każda z tych fuzji dąży do zbudowania prawdziwie europejskiego czempiona.

Morawiecki jako punkt odniesienia dla swojej polityki przemysłowej obiera Eugeniusza Kwiatkowskiego z okresu międzywojnia. Tymczasem zachodnie kraje są gotowe poświęcić jednonarodowość swoich największych firm, by naśladować sukces Airbusa, jedynego na świecie producenta samolotów, który jest w stanie skutecznie konkurować z amerykańskim Boeingiem.

Polska miała zresztą szansę wziąć udział (także dosłownie w postaci wejścia do kapitału) w tym wielkim przedsięwzięciu, ale odrzuciła ofertę wskutek zerwania negocjacji w sprawie zakupu śmigłowców Caracal. Decyzja zapadła prawie rok temu… w Ministerstwie Rozwoju. Pod pretekstem niedostatecznych kompensacji (tzw. offset) ze strony Airbus Helicopters, Polska woli być klientem i podwykonawcą niż decydentem w zarządzie globalnego koncernu obok Francji, Hiszpanii, Niemiec i Wielkiej Brytanii.

W konkluzji swojego exposé Morawiecki właściwie przyznał, że Polskę widzi w Europie jako „spoiwo między Wschodem a Zachodem”, tym samym wykluczając ją z Zachodu i niekoniecznie wpisując w Unię Europejską. W tym punkcie wicepremier wyraźnie pokazał, że romantyzm historyczny przeważa u niego nad ekonomicznym realizmem, oraz że ludzka twarz PiS pozostaje mimo wszystko twarzą PiS.