Oskarżenia o zdradę narodową i działanie na korzyść „wrogich sił zewnętrznych” nie tylko dewastują debatę publiczną, ale świadczą też o faktycznej bezradności komunikacyjnej obozu władzy. Nawet jeśli w krótkiej perspektywie zapewnia jej poparcie najwierniejszego elektoratu.

Po ubiegłotygodniowym uchwaleniu przez Parlament Europejski kolejnej rezolucji w sprawie praworządności i demokracji w Polsce obserwatorzy sceny politycznej zwracali uwagę na pewien paradoks (zresztą w polityce nienowy). Wzmożona krytyka działań rządów danego państwa ze strony instytucji i organizacji międzynarodowych – nie mówiąc już o bardziej namacalnych sankcjach gospodarczych lub dyplomatycznych – najczęściej konsoliduje społeczeństwo wokół obozu władzy. Rodacy zaczynają wówczas jeszcze bardziej postrzegać go jako obrońcę przed podstępnymi siłami, którym nie na rękę jest „suwerenny i niezależny kurs polityczny”.

Poparcie na krótką metę

Wielu publicystów wskazywało, że aktywność europarlamentu i poparcie rezolucji przez sześciu deputowanych z PO były wręcz prezentem dla PiS. Jego przedstawiciele mogli po raz kolejny nieskrępowanie tweetować o „Targowicy”, „obozie zdrady dyplomatycznej, niegodnym sprawowania swoich funkcji” lub „działaniach na rzecz Sorosa i Berlina”. Któryś już raz media rządowe mogły swobodnie emitować w „Wiadomościach” klipy złożone z fragmentów „Potopu” Jerzego Hoffmana, w którym Zagłoba po trzykroć przeklina Janusza Radziwiłła za sojusz ze Szwedami lub „Krzyżaków” Aleksandra Forda z szykującym się do bitwy pod Grunwaldem Wielkim Mistrzem Zakonu Krzyżackiego Ulrichem von Jungingenem (jak zapewnił głos telewizyjnej spikerki w czasie emisji fragmentu „Krzyżaków”, „ostatnia szarża Donalda Tuska przeciwko Polsce nawet jego zwolennikom przywołuje oczywiste skojarzenia historyczne”). W tym samym czasie, sondaże poparcia dla rządzącej większości ani drgnęły w dół.

Patrząc w wymiarze krótkofalowym – jeśli dysproporcja między poparciem społecznym władzy i opozycji jest wciąż dość duża, a sytuacja gospodarcza nie jest katastrofalna – najwyraźniej oparty na agresywnej propagandzie sposób informowania społeczeństwa przynosi władzy wymierne korzyści.

Poparcie dla władzy, która „dba o suwerenność i stale broni nas przed wrogami” pęka jak bańka mydlana

Kłopot w tym (o czym wielu publicystów już tak chętnie nie wspomina), że tego rodzaju strategię komunikacji przez lata stosowali przywódcy – i obozy polityczne – słynący z autorytaryzmu i sceptycyzmu wobec podmiotowej roli społeczeństwa. Nie odwołując się już do przykładów z poprzednich epok i ustrojów (choć można byłoby to uczynić bez problemu), warto zatrzymać się choćby na całkiem jeszcze świeżych przykładach z naszego regionu. W latach dziewięćdziesiątych przywódcy Serbii i Słowacji – posługujący się nałogowo pojęciami zdrady i obcej agentury – przez dłuższy czas utrzymywali duże poparcie społeczne, nie mając, jak się to kolokwialnie mówi, z kim wygrać.

Sukcesom tym towarzyszyło jednak pogarszanie się pozycji ich kraju na arenie międzynarodowej. Tym większa była postępująca izolacja państwa, im bardziej komunikacja władzy ze społeczeństwem osuwała się w przepaść narracji znanej z dyktatury. Po jakimś czasie, poparcie dla władzy, która „dba o suwerenność i stale broni nas przed wrogami” pękało jak bańka mydlana. Pozostawiło za sobą zgliszcza w postaci poważnego osłabienia kultury politycznej i zaufania społecznego, które praktycznie trzeba było budować w ich krajach od początku.

Złe przykłady z południa

W filmie dokumentalnym „Taka mała propaganda” zrealizowanym przed kilkunastu laty przez słowackiego dokumentalistę Marka Kuboša przedstawiono fragmenty wieczornych dzienników telewizyjnych ówczesnej telewizji państwowej na Słowacji – STV. Emitowane były w ostatnim roku rządów premiera Vladimira Mečiara, polityka słynącego z autorytarnych metod sprawowania władzy, za którego rządów Słowacja praktycznie wypadła z grona kandydatów do członkostwa we wspólnocie euroatlantyckiej. Wszystkie te przekazy realizowane były według jednego schematu. Ukazywał on rząd jako silne i dbające o wszechstronny rozwój kraju kierownictwo, zapewniające suwerenność i niepodległość. Opozycja była portretowana wyłącznie jako wykorzeniona narodowo i wyalienowana od reszty „normalnego społeczeństwa” grupa zbankrutowanych, awanturniczych polityków, spełniających posłusznie wszystkie zalecenia Zachodu. Sam Mečiar w swoich publicznych wystąpieniach prezentował rywali jako grupę „antysłowackich durniów i sprzedawczyków Ojczyzny”.

Podobny model komunikacji informacyjnej stosowano w Serbii za czasów rządów Slobodana Miloševicia. W państwowej telewizji RTS rządząca większość była wyjęta spod jakiejkolwiek, nawet najłagodniejszej krytyki i przedstawiana jako gwarant fizycznej egzystencji narodu, otoczonego przez nienawidzący świat zewnętrzny. Opozycję przez lata przedstawiano w tej telewizji jako zachodnich agentów i zdrajców, finansowanych przez obce wywiady. Gdy w 1996 roku w Belgradzie trwały masowe demonstracje po sfałszowaniu przez władze wyborów samorządowych, Milošević w czasie zwołanej prorządowej kontrdemonstracji stwierdził, że „suwerenna i niezależna Serbia jest nie w smak wielkim zagranicznych potęgom”.

Znak słabości

Nie należy oczywiście stawiać znaku równości między Serbią i Słowacją w latach dziewięćdziesiątych a Polską w roku 2017. Wysoce toksyczny stosunek wielu polityków obozu rządowego i jego mediów do politycznych rywali i krytyków ma na szczęście u nas posmak bardziej teatralny niż realny. Oskarżonych o najgorsze możliwe przewiny nie dotykają kary i represje, jakich spodziewać by się można w przypadku „zdrady Ojczyzny” i „puczu” oraz „działania na rzecz likwidacji suwerenności”.

W polityce nie da się jednak w pełni uciec od porównań historycznych. Przykłady krajów z regionu, które w poprzednich dekadach zdecydowały się na budowę modelu nazywanego przez politologów tyrannical majority (rządząca większość marginalizuje w nim opozycję, a inne krytyczne środowiska przedstawia jako obcych agentów wpływu lub wręcz zdrajców), nie są budującym przykładem prowadzenia mądrej i racjonalnej polityki – opartej na filarach dialogu, konsensusu i poszanowania godności człowieka.

Rację mają ci, którzy wskazują, że posługiwanie się językiem nienawiści z argumentami o zdradzie, zaprzaństwie i Targowicy nie jest wcale dowodem siły rządzących, ale przeciwnie – świadectwem ich słabości i lęku przed zwyczajną, nieraz może mało efektowną medialnie polityką normalnego w demokracji sporu między różnymi wizjami rozwoju państwa.

Z pewnością łatwiej jest wciąż demaskować „antypolski spisek” w strukturach Unii, niż prowadzić mozolną politykę budowania sojuszy w skomplikowanych ramach organizacji międzynarodowych, przekonywać do swoich racji i tam, gdzie to potrzebne, iść na kompromisy i proponować twórcze rozwiązania. Nie schodząc ze ścieżki nienawistnej retoryki kierowanej do odbiorców w kraju i poza jego granicami, działamy na rzecz dewastacji i tak wątłej już debaty publicznej i budujemy klimat przyzwolenia na agresję słowną, która łatwo i niepostrzeżenie może przynieść nieprzewidywalne i groźne konsekwencje.

A może jednak warto odwołać się do głosu z zupełnie odmiennej epoki i okoliczności politycznych?

Podczas sejmowej dyskusji w miesiąc po wydarzeniach marcowych w 1968 roku Jerzy Zawieyski z koła poselskiego „Znak” odpowiadając na wystąpienie Zenona Kliszki, który oskarżał protestujących studentów o „prowokację wymierzoną w spokój ludowej Ojczyzny”, stwierdził, że podstawą dialogu politycznego powinna być „postawa szacunku dla cudzej odmienności, chęć zrozumienia cudzej racji, swoista transcendencja na drugiego człowieka, którego nie chce się pochłonąć, zagarnąć, przeinaczyć, lecz z którym chce się wspólnie czegoś szukać”. (cyt. za: Roszkowski W., „Historia Polski 1918-1991”, PWN 1992, s. 291).

Gdy Zawieyski wypowiadał te słowa, tego rodzaju wizja polityki była niemożliwa do pełnego zrealizowania i wydawała się postulatem utopijnym. Dziś, mimo wszystko, żyjemy w innych okolicznościach i tę idealistyczną wizję można podjąć – choćby w części. Pytanie tylko, kto ma do tego odwagę.