Dwa tygodnie temu w Brukseli policja wyprowadziła z katedry grupę młodych odmawiających protestacyjnie różaniec. Przed Marszem Niepodległości w Warszawie z kościoła św. Barbary wyprowadzono kobietę, która rozwinęła transparent z antyrasistowskim cytatem z Jana Pawła II. W każdym akcie usuwania kogoś z kościoła jest coś niezwykle bolesnego.

Wyprowadzanie siłą z kościoła? Czasami się zdarza. Pod koniec października w sieci pojawił się filmowy zapis wydarzeń z katolickiej katedry św. Michała i św. Guduli w Brukseli. Doszło tam do zakłócenia nabożeństwa ekumenicznego przez grupę niespełna dziesięciu chłopaków, którzy klęcząc odmawiali głośno różaniec. Robili to w proteście przeciwko świętowaniu w katolickiej świątyni pięćsetnej rocznicy Reformacji. Ponieważ perswazja nie przynosiła efektu i zaproszony pastor nie mógł zacząć kazania, poproszono o interwencję policję. Rośli funkcjonariusze bez trudu rozerwali łańcuch recytujących Pozdrowienie Anielskie i pojedynczo wyprowadzili ich z kościoła.

Kilkanaście dni później, 11 listopada, w Polsce, w warszawskim kościele pw. św. Barbary podczas Mszy św. poprzedzającej Marsz Niepodległości jedna z kobiet obecnych w świątyni rozwinęła transparent, którego treść nie spodobała się innym uczestnikom zgromadzenia. Tym razem nie wzywano policji. Kobietę wyprowadziło na zewnątrz kilka osób biorących udział w uroczystości.

W obydwu opisanych przypadkach doszło do nadużycia. Dla większości osób (także dla niewierzących) nie stanowi problemu zaakceptowanie faktu, że świątynia, jej konsekrowana przestrzeń, nie jest miejscem na demonstrowanie własnych poglądów, a uroczystości religijne to nie czas na spektakularne protesty, zakłócające ich przebieg. Niezależnie od kwestii, której dotyczą. Prawo do ochrony sfery sacrum przed tego typu naruszeniami raczej nie budzi wątpliwości. To coś znacznie więcej niż ochrona miru domowego, która też uznawana jest za coś oczywistego. To prawo narusza każdy, kto świętą przestrzeń i odbywające się w niej zgromadzenie wierzących traktuje instrumentalnie, wykorzystując je do prezentowania swego zdania w dowolnej sprawie, a nie do  oddawania czci Bogu indywidualnie i we wspólnocie oraz do szczerej modlitwy.

Kościół rozumiał potrzebę ochrony miejsca świętych zgromadzeń i powoływał niektórych wiernych do pełnienia funkcji ostiariuszy, którzy kontynuowali wśród chrześcijan znaną ze Starego Testamentu posługę stróżów świątyni. Do zadań ostiariuszy zależało m.in. dbanie o bezpieczeństwo uczestników liturgii, a także troska, by w zgromadzeniu nie brali udziału nieochrzczeni, pokutnicy ani osoby zagrażające spokojnemu przebiegowi obrzędów. Przez długi czas ostiariusze otrzymywali w Kościele niższe święcenia. Zniósł je dopiero Paweł VI w roku 1972. Można czasami usłyszeć głosy sugerujące przywrócenie tego typu funkcji w Kościele, po prostu ze względów praktycznych. Wsparte są one argumentacją, że każde zgromadzenie potrzebuje osób dbających o porządek i bezpieczeństwo uczestników, a praktyka Kościoła, który zwłaszcza w czasie większych uroczystości ad hoc organizuje rozmaite służby i straże, to potwierdza.

Jest jednak w każdym akcie usuwania kogoś z kościoła, ze świątyni, ze świętego zgromadzenia, z sakralnej przestrzeni i wspólnoty, coś niezwykle bolesnego. To wyjątkowo czytelny akt wykluczania (zwykle czasowego, ale jednak). Działanie to, chociaż wydaje się w niektórych sytuacjach bezdyskusyjnie konieczne, zawsze jest w swej istocie przejawem bezradności wobec czyjegoś nadużycia, czy wręcz agresji. Każda tego rodzaju sytuacja pokazuje, jak trudne bywa pogodzenie otwartości z ochroną nie tylko własnych wartości, ale również po prostu spokoju i bezpieczeństwa. Reagowanie na nadużycia sfery sacrum każdorazowo wymaga roztropności, odwagi i… miłosierdzia.

Użycie przemocy, nawet w bardzo okrojonej i „delikatnej” formie, najczęściej okazuje się w jakimś stopniu klęską zarówno tego, wobec kogo jest stosowana, jak i tego, kto poczuł się zmuszony do tego, by się do niej odwołać.