Faszyzmu i nazizmu nie da się ograć, nie da się nimi posłużyć w politycznych rozgrywkach, bo ostatecznie sromotnie się z nimi przegra. Jeśli rząd ich nie potępi, sam stanie się ich ofiarą, a Polskę doprowadzi na skraj przepaści.

W okrzykach i na transparentach uczestników Marszu Niepodległości były takie hasła jak: „Sieg Heil”, „Czysta krew, trzeźwy umysł”, „Biała Europa braterskich narodów”, „Biała siła, Ku Klux Klan”, „Europa będzie biała albo bezludna”. Gotuje się w człowieku. Jak się ma nie gotować, skoro doskonale wie, co takie hasła przynosiły w przeszłości i co przynoszą dzisiaj: nienawiść, pogardę i śmierć. I to wszystko na ulicach Warszawy, która poznała, co się za takimi hasłami kryje. W ich (i im podobnych) imię w zaledwie pięć lat wymordowano większość mieszkańców, dziś one wracają, i to w towarzystwie biało-czerwonych flag.

Czy można bardziej znieważyć ofiary II wojny światowej?

W mediach – przede wszystkim społecznościowych, ale nie tylko – zawrzało. Twitter, Facebook, polskie i zagraniczne media („Wall Street Journal”, BBC, „Guardian”, „Telegraph” i wiele innych) zapełniły się określeniami typu „faszyzm”, „rasizm”, „nazizm”. Ponieważ w Marszu wzięło udział nawet do 60 tysięcy osób, szybko rozniosła się też zbitka „marsz 60 tysięcy faszystów w Warszawie”, zapoczątkował ją prawdopodobnie Jesse Lehrich, były rzecznik Hilary Clinton ds. międzynarodowych. To określenie, które rodzi liczne problemy.

Pierwszy z nich jest taki, że nazywanie wszystkich uczestników Marszu Niepodległości „faszystami” jest wierutną bzdurą (zaraz wyjaśnię dlaczego). Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że pisanie o bzdurności takich doniesień może budzić w czytelniku poczucie, że autor – nie potępiając z góry całego wydarzenia – przyzwala na rasizm lub faszyzm. Otóż nie przyzwalam i potępiam. Rzecz w tym, że nasze gromy i potępienia na nic się nie zdadzą, jeśli będziemy nimi ciskali w niewłaściwe grupy.

Słowem „faszyzm” posługujemy się jak przestarzałą magiczną formułą, która utraciła swoją moc

60 tysięcy uczestników Marszu Niepodległości to nie 60 tysięcy faszystów. Wystarczy spojrzeć na Twittera i Facebooka, na profile znajomych lub anonimowych osób, które szły w Marszu – ich motywacją była chęć wyrażenia dumy z tego, że żyją w wolnej Polsce. Część mieszkańców Polski pragnie świętować 11 listopada w anturażu biało-czerwonych flag, ze swoimi przyjaciółmi, znajomymi oraz wszystkimi, którzy podzielają te pragnienia. I nie powinniśmy ich za to potępiać (choć ich przekonanie o neutralności światopoglądowej Marszu należy uznać za bardzo naiwne), nawet jeśli sami tej potrzeby nie podzielamy, czy też jej nie rozumiemy. Próba wypchnięcia ich poza akceptowalne spektrum społeczno-polityczne byłaby wodą na młyn dla tych radykalistów, którzy chcieliby kierować takim rzędem dusz. Swoją drogą, nam, którym Marsz Niepodległości od lat wydaje się małym laboratorium faszystowskim, może nie przyjść do głowy, że wielu uczestników Marszu z całej Polski jest zupełnie nieświadomych tego, że idą ramię w ramię z faszystami. Wiem to bezpośrednio od znajomych, którzy rasizmu nie akceptują, a jednak przyjechali do Warszawy specjalnie na Marsz.

Wiąże się z tym jeszcze jedna obserwacja – nasz język traci swoją wartość. Nazywając wszystkich po kolei „faszystami”, nie potrafiąc odróżnić patriotów od nacjonalistów, odmawiając prawicowcom prawa do publicznej manifestacji poglądów, nie tylko paradoksalnie przyczyniamy się do wzrostu radykalizmu, ale równocześnie niszczymy to bezcenne dobro, jakim jest nasz język. W Polsce używamy określenia „faszyzm” w stosunku do zbyt wielkiej grupy – prawdziwych faszystów wciąż jeszcze jest w Polsce niewielu (na szczęście!). Ale jeśli słowo „faszyzm” zupełnie straci swoją moc wykluczającą na skutek określania nim wszystkiego, co prawicowe i andymodernistyczne – możemy być pewni, że liczba faszystów będzie szybko przyrastała. Podobne zjawisko widać w Stanach Zjednoczonych, gdzie szafuje się pojęciem „białego, rasistowskiego suprematyzmu”. Używamy tych formuł, żeby wyrazić swoje obrzydzenie wobec tego, czego się boimy. Ale jednocześnie podskórnie czujemy, że one odstraszają coraz mniej osób, coraz bardziej posługujemy się nimi jak przestarzałymi magicznymi formułami, które utraciły swoją moc i nie mogą nas ochronić.

Czy nie musimy się zatem dziś w Polsce obawiać powrotu faszyzmu? Niestety musimy. Cytowane na początku tekstu hasła nieprzypadkowo pojawiły się na Marszu Niepodległości, gdyż w tak licznej rzeszy łatwiej ukryć się radykalistom, którzy może nie mają posłuchu wśród większości, ale stanowią olbrzymie zagrożenie dla wszystkich. Adolf Hitler doszedł w Niemczech do władzy w wyniku politycznej rozgrywki prawicowych polityków. Jego NSDAP rozwijała się w cieniu tradycyjnych partii, które przyzwalały na jej istnienie.

Rasizm jako podstawa ideologii nazistowskiej nie ma prawa w Polsce istnieć

Pojawienie się faszystowskich i rasistowskich haseł na – patriotycznym z założenia, choć nacjonalistycznym w treści – marszu jest naszą wspólną, Polaków, tragedią i powodem do wstydu. Ale to przede wszystkim polska prawica musi zdać sobie sprawę, w jakim dziejowym momencie swojego istnienia się znalazła. Faszyzmu i nazizmu nie da się ograć, nie da się nimi posłużyć w politycznych rozgrywkach, bo ostatecznie sromotnie się z nimi przegra. Wyraźnie zresztą widać, że te obrzydliwe hasła są podzielane coraz chętniej przez mainstream prawicowych organizacji, skoro rzecznik Młodzieży Wszechpolskiej bez skrępowania mówi w wywiadzie dla „DoRzeczy”: „jesteśmy separatystami rasowymi” (darujmy sobie to czarowanie, że „separatyzm rasowy” to co innego niż rasizm). Jesteście rasistami, panie rzeczniku, to prawda. A rasizm, jako podstawa ideologii nazistowskiej, nie ma prawa w Polsce istnieć.

Wszystkie oczy zatem powinny być zwrócone na rząd. Krzysztof Bosak, wiceprzewodniczący Ruchu Narodowego, już podzielił się na Twitterze obserwacją swojego partyjnego kolegi, że Prawo i Sprawiedliwość przygotowuje grunt pod przejęcie władzy przez narodowców, polskich faszystów. Rząd musi potępić pełzający faszyzm, bo jeśli tego nie zrobi, to sam stanie się jego ofiarą (wraz z całą polską prawicą), a Polskę doprowadzi na skraj przepaści. Jak na razie niestety usłyszeliśmy kolejną żenującą wypowiedź ministra Mariusza Błaszczaka, który – zapytany o rasizm na Marszu Niepodległości – odpowiedział: „Proszę nie ulegać takim skojarzeniom jednoznacznym (…) ważne jest, żeby wszystkiego nie przyrównywać do tezy i nie przyporządkowywać temu zdarzeń i zjawisk. (…) Na tym polega wolność, że możemy analizować te przypadki w sposób zupełnie otwarty i swobodny, bez żadnych przywiązań do skojarzeń”. Minister Błaszczak jest od skojarzeń wolny, bo okrzyk „sieg heil” nie musi mu się z niczym kojarzyć. Ach, ten nieszczęsny dar wolności…

Z faszyzmem i nazizmem nie wygramy, o ile nie damy zwyczajnym polskim patriotom szansy do wyemancypowania się z sideł tych ideologii. Innymi słowy, żeby wykluczyć ze społecznego spektrum zło w postaci faszyzmu, musimy najpierw włączać do wspólnoty obywatelskiej (a nie wypychać z niej) tych uczestników Marszu Niepodległości, którzy sami doskonale czują, że największą obrazą dla polskiego patrioty są rasistowskie hasła.