Jeśli w przeciętnej polskiej diecezji mamy te, powiedzmy, 48 procent regularnie praktykujących, to trzeba zadać sobie pytanie, jakie jest to 48 procent? Niestety, często ulegamy pokusie koncentrowania się na utrzymaniu liczb. Efekt jest taki, że jako Kościół kurczymy się w sposób straszny.

Rozmowa ukazała się w kwartalniku „Więź” nr 3/2013.

Konrad Sawicki: Kiedy po raz pierwszy usłyszał Ksiądz Biskup termin „nawrócenie duszpasterskie”?

Bp Grzegorz Ryś: W ubiegłym roku. W ramach przygotowań do II Kongresu Nowej Ewangelizacji pojechałem na jeden dzień do Londynu na spotkanie liderów kursu ewangelizacyjnego Alpha. Brał w nim udział Marc de Leyritz, którego zaprosiliśmy na nasz Kongres. Chciałem z nim porozmawiać o temacie jego wystąpienia w Warszawie. Powiedział, że najchętniej mówiłby o nawróceniu duszpasterskim.

Padło tylko samo hasło, więcej wtedy na ten temat nie rozmawialiśmy. Gdy wróciłem do Polski, natychmiast sięgnąłem po dokument z Aparecidy i zacząłem zgłębiać temat. A Marc de Leyritz rzeczywiście we wrześniu tego roku na Kongres przyjechał i pięknie mówił o nawróceniu pastoralnym. Nie bez znaczenia był tu fakt, że on przez siedemnaście lat pracował w Brazylii, więc znał temat od podszewki.

Czy już wtedy – jako przewodniczący Zespołu Episkopatu ds. Nowej Ewangelizacji – poczuł Ksiądz Biskup, że to jest jego teren działania?

– Niemal od razu. Jeszcze nie czytając definicji duszpasterskiego nawrócenia w dokumencie z Aparecidy, która do mnie bardzo przemawia, już wiedziałem, że właśnie o to mi chodzi. Potem potwierdziłem tę intuicję i przekonałem się, że to jest ważny klucz.

Czy dotychczasowe prace Zespołu szły mniej więcej tym samym torem?

– Wydaje mi się, że tak. Według dokumentu z Aparecidy nawrócenie duszpasterskie dotyczy naszych wspólnot i polega na przejściu od zabiegów duszpasterskich o charakterze konserwującym (zachowawczym) do działań o charakterze misyjnym. Dokładnie o to chodzi w nowej ewangelizacji. Szukamy ludzi, którzy są ochrzczeni, ale których nie ma w naszych kościołach, w naszych zgromadzeniach, w naszych wspólnotach. Na tym polega prosta zależność między nową ewangelizacją a nawróceniem duszpasterskim. Bo jeśli w przeciętnej polskiej diecezji mamy te, powiedzmy, 48 procent regularnie praktykujących, to pojawia się pytanie, czy chcemy tylko zakonserwować ten stan, czy zwracać się też do pozostałych. Oczywiście nie chodzi o same liczby, trzeba dodatkowo zadać pytanie, co się za nimi kryje. Jakie jest to 48 procent? Niestety, prawdą jest, że często ulegamy pokusie koncentrowania się na utrzymaniu liczb. Efekt jest taki, że jako Kościół kurczymy się w sposób straszny.

ORGANIZM NIE ORGANIZACJA

Wydaje się, że właśnie od takiej diagnozy wyszli biskupi latynoamerykańscy, którzy zauważyli, że ta strategia po prostu nie działa. Wiernych ubywa, jak ubywało, co oznacza, że musimy coś zmienić. Dla mnie wiele mówiący jest fakt, że ten kurs zmiany nazwali nawróceniem.

– Nawrócenie potrzebne jest wewnątrz Kościoła. Istnieje pokusa, żeby ciągle mówić o okolicznościach zewnętrznych. Opisywać dzisiejszą kulturę czy dzisiejsze społeczeństwo i to, co się w nim dzieje, jakie niesie zagrożenia. Wtedy jednak nasza refleksja napchana jest tymi wszystkimi „izmami”: modernizmem, sekularyzmem itd. A przecież wpływ mamy przede wszystkim na samych siebie.

W Polsce również musimy zadać sobie pytanie, które biskupi latynoamerykańscy postawili na zgromadzeniu CELAM w Aparecidzie: czego w naszym Kościele nie ma, a być powinno. Tamtejsi biskupi przyjrzeli się wspólnotom niekatolickim, które świetnie się rozwijają: rozmaitym kościołom pentekostalnym czy też hiperwolnym, które powstały ni stąd, ni zowąd. Co tam jest tak atrakcyjnego, czego brakuje w Kościele katolickim? I odpowiadają, że przede wszystkim chodzi o doświadczenie Boga. W tamtych wspólnotach jest nacisk na przeżycie i doświadczenie, a nie tylko na intelektualne poznanie. Ich katecheza jest na wskroś biblijna oraz poparta doświadczeniem braterskiej wspólnoty. Do tego dodać trzeba niezwykle istotne doświadczenie ewangelizacji. Czyli pokazanie człowiekowi, który jest w naszej wspólnocie bądź też do niej przyszedł, że on także może być posłany, potrzebny, że również dla niego istnieje zadanie misyjne, że duchowni chcą dzielić się nim częścią odpowiedzialności. W naszym Kościele to wszystko też powinno być, a nie ma. W tym sensie nawrócenie duszpasterskie jest prawdziwym nawróceniem, bo mierzy się z pytaniem, co my możemy zmienić u siebie.

Wolę zresztą w polskim przekładzie właśnie pojęcie „nawrócenie pastoralne”. Duszpasterstwo bowiem to pojęcie węższe, natomiast w wezwaniu z Aparecidy chodzi o bardzo poważny namysł pastoralny całego Kościoła, o nowe myślenie programowe.

Do kogo w tym rozumieniu odnosi się apel o nawrócenie?

– Do każdej wspólnoty w Kościele.

Żebyśmy nie zawęzili tego tylko do kleru…

– Tak, chociaż to jest zabezpieczenie, do którego nie mam sentymentu. Chodzi o nawrócenie wspólnoty, tzn. parafii, każdej grupy w dowolnym ruchu eklezjalnym, diecezji, lokalnych Kościołów. Faktycznie, nie chodzi tylko o księży – a jednak nawrócenie księdza jest w tej kwestii kluczowe. W dokumencie z Aparecidy pojawia się nawet taka teza, że nawrócenie pastoralne jest jednym z ważniejszych wymiarów nawrócenia księdza. To, na ile on się nawraca, widać choćby w kondycji wspólnot w jego parafii.

Na spotkaniach z księżmi czy klerykami często wracam do fragmentu mówiącego o wyzwaniach, jakie stoją dziś przed kapłanem. Wymienię trzy najważniejsze, licząc od końca: celibat, wyzwania kulturowe i – przedstawione na pierwszym miejscu, jako najtrudniejsze – zmierzenie się z własną tożsamością kapłańską, tak jak jest ona opisana przez II Sobór Watykański. W soborowym dekrecie Presbyterorum ordinis tożsamość kapłana oddaje się terminem „kapłaństwo służebne”, a to znaczy, że jesteśmy na służbie wspólnoty. Gdy czyta się Presbyterorum ordinis, człowiek jest zdumiony i przez chwilę myśli, że wziął inny dokument, bo ciągle powtarza się tam „lud Boży, lud Boży, lud Boży…”, dopiero gdzieś w końcu pojawia się „ksiądz”. A to właśnie jest właściwa perspektywa, jeśli służebność kapłaństwa traktujemy serio. Nawet w wymiarze pasterskim mam władzę w Kościele nie po to, żeby przestawiać ludzi jak pionki, ona ma służyć budowaniu wspólnoty. Władza polega też na tym, że prowokuje ludzi do odkrywania własnych charyzmatów. Cieszę się, kiedy je odkrywają. Umacniam ich, żeby z nich korzystali. W ten sposób tworzy się ciało, które w istocie jest ciałem Jezusa Chrystusa – Kościołem. Wspólnota też ma swoją misję kapłańską. Ta misja, kapłaństwo powszechne, w Presbyterorum ordinis jest nazwana kapłaństwem królewskim. Natomiast kapłan jest na służbie wspólnoty.

Biskupi latynoamerykańscy stwierdzili, że kapłaństwo wierne takiej tożsamości jest trudniejsze nawet od życia w celibacie. Myślę, że mają rację. Kapłaństwo rozumiane jako służba naprawdę wymaga od księdza nawrócenia. Nieraz stawia się chrześcijanom pytanie: czy możesz pokazać owoce działania Boga w twoim życiu? Pokaż mi znaki twojego nawrócenia. Dla księdza całkiem niezłym znakiem nawrócenia byłoby, gdyby na przykład był w stanie pokazać, ile ma w swojej parafii wspólnot braterskich, w których wiara nie jest czymś przeżywanym w masie, tylko w konkretnej wspólnocie opartej na soborowym „trójnogu”– słowo, liturgia i koinonia.

Pokaż mi swoje wspólnoty, a pokażę ci stan twojego kapłaństwa?

– Tak, jako jeden z konkretnych wymiarów tego nawrócenia. Oczywiście można równie dużo mówić o drugiej stronie – jeśli w ogóle używać kategorii „stron” – czyli o laikacie. Przykładowo mamy w polskim Kościele całą masę katolików świeckich, którzy swoją postawą nie pomagają księżom w ich nawróceniu. Chodzi o myślenie typu: „Jeśli ksiądz coś konkretnego robi, to możemy się złożyć, żeby miał na to środki”. To jest wbrew pozorom dość częste. Z tym, że owo „robienie” najczęściej oznacza, że ksiądz jest dobrym gospodarzem,  przeprowadził remonty, ogrodził cmentarz itd. To oczywiście także wymiar odpowiedzialności za parafię i nieraz dzieje się za cenę ogromnej ofiarności ludzi. Nie zamierzam tego deprecjonować. Jednak sam model, w którym ksiądz coś robi, a wierni tylko dają mu na to pieniądze, jest co najmniej zdumiewający. Kreślę ten obraz grubą kreską, wiadomo że jest uproszczony, jedynie pokazuję tu  pewne procesy.

Mając więc na uwadze, że nawrócenie duszpasterskie dotyczy zarówno księży, jak i świeckich, co jeszcze możemy powiedzieć o charakterze tego nawrócenia?

– Samo nawrócenie jest tutaj bliżej pojęcia biblijnego. Znaczy tyle co: zmiana myślenia. To jest kluczowe. Musimy się przede wszystkim nawrócić na działanie wspólnotowe. Gdy ten etap będziemy mieli za sobą, trzeba będzie odwrócić się od zabiegów konserwujących wspólnotę, a nawrócić na działanie zdecydowanie misyjne. To jest drugi etap zmiany myślenia.

W dokumencie z Aparecidy mówi się wręcz o zmianie modelów duszpasterskich.

– Pięknie o tym mówił Marc de Leyritz na warszawskim Kongresie Nowej Ewangelizacji. Kościół nie jest strukturą i nie jest tylko organizacją. Jest organizmem. Jemu się dobrze o tym mówiło, bo jest ojcem kilkorga dzieci i widział, jak Roną dzieci. To samo musi się dziać z Kościołem, musi on rosnąć. Jeśli dziecko rośnie, to znaczy że jest zdrowe. Jeżeli nie rośnie, zaczynamy pytać, co się dzieje i idziemy do lekarza. To jest bardzo proste myślenie. Trzeba więc zapytać o przyczyny braku rozwoju. Skąd się bierze stagnacja? A skąd się bierze to, że czasami kurczymy się jako organizm?

Od kogo się uczyć?

– Marc de Leyritz postawił prostą tezę o pięciu warunkach wzrostu, a my w naszym Zespole przystosowaliśmy to do polskiego języka. Od A do E. A to jest adoracja, B to braterska wspólnota, C to caritas, D to duch uczniostwa i E – ewangelizacja.

Wracając do pytania o zmianę modelów duszpasterskich, widać, że to (od A do E) wcale nie są rzeczy nowe. Czy ktoś w Kościele broni innym skupić się na adoracji? A jednak ze strony duchownych padają nieraz śmieszne argumenty typu: nie mogę zostawić kościoła otwartego, bo go okradną. Wiem, że udostępnienie świątyni przez wiele godzin w ciągu dnia w praktyce stwarza trudności, ale jest to trud, który warto podjąć. Braterska wspólnota, czyli konkretna, odczuwalna – nihil noviCaritas – jaka to nowość? Jedna czwarta pieniędzy w Kościele starożytnym szła na dzieła caritas i Kościół rozwijał się dynamicznie. Warto dodać, że dokładnie tyle samo wydawano na caritas, co na budowę kościołów i utrzymanie duchownych – jedną czwartą. Duch uczniostwa to niesamowicie ważny obszar ciągłej katechezy dorosłych. W Polsce duch uczniostwa kończy się jeszcze na etapie gimnazjum, ewentualnie szkoły średniej. A Kościół będzie rósł, jeżeli  uda się obudzić głód wiedzy u ludzi dorosłych. Co innego katechizować dziecko w szkole podstawowej czy młodzież w gimnazjum, a co innego przygotować katechezę dla ojca, matki, rodziny, dziadka lub wdowca. To są zupełnie inne sytuacje.

Te pięć punktów nie tworzy nowego modelu. W każdej wspólnocie potrzebna jest realizacja wszystkich pięciu warunków wzrostu, one powinny współistnieć w harmonii.

Będzie więc Ksiądz Biskup zaszczepiał na polskim gruncie ideę nawrócenia duszpasterskiego?

– I przed Kongresem, i po nim w kilku miejscach w Polsce też mówiłem o nawróceniu duszpasterskim, na przykład do księży w Koszalinie, podczas dniach katechetycznych w Lublinie czy na kongresie ruchów w Gliwicach. Jest to pojęcie, które natychmiast do słuchaczy trafia. Ludzie przecież widzą, że doszliśmy do pewnej ściany, że stan, w jakim znajduje się nasz Kościół – nie zadowala. Dokument z Aparecidy przywołuje bardzo mocną wypowiedź kardynała Ratzingera, chyba z roku 1997. Mówił on, że nasza codzienna rzeczywistość eklezjalna jest szara. Pozornie wszystko działa. Jesteśmy w kancelarii, w konfesjonale, na ambonie, przechodzimy kolejne etapy roku liturgicznego. My to umiemy robić. A jednocześnie mamy do czynienia z zamieraniem wiary, z zanikiem poczucia sensu wiary.

Aby to duszpasterskie nawrócenie zaczęło działać, potrzebna jest ostra diagnoza stanu aktualnego. Użył Ksiądz Biskup sformułowania „doszliśmy do ściany”. Czy przekazując taką diagnozę w Kościele – księżom, biskupom – spotyka się Ksiądz Biskup z oporem? Nie brakuje przecież opinii, że nasz Kościół jest wręcz wzorcowo zdrowy.

– Różnie z tym bywa, zasadniczo jednak potrzeba nawrócenia duszpasterskiego to nie tylko moja diagnoza. To jest w tej chwili diagnoza Kościoła powszechnego. Na naszym polskim gruncie o poczuciu dojścia do ściany mówią również na przykład proboszczowie dużych parafii, którzy robią, co mogą, a i tak nie ma efektu. To nie są księża, którzy się nudzą. Bardzo się starają i to, co robią, jest na odpowiednim poziomie. Głoszą przyzwoite kazania, traktują poważnie ludzi w posłudze sakramentów itp., a jednocześnie nie mają doświadczenia wzrostu. To właśnie oni mówią, że z tymi metodami pracy, które znają, których ich nauczono w seminariach, czują, że doszli do jakiejś granicy. Przejść dalej można tylko sięgając po inną metodę. Nie ma przecież w Kościele innych środków. Środki będą te same – sakramenty. Natomiast jest pytanie o nowy język, o nowe metody, nowy zapał. Całe szczęście, są też gdzieniegdzie miejsca, w których – można by powiedzieć – od tej ściany udało się już odbić i zacząć nowy etap. Tym właśnie mam być nawrócenie pastoralne.

Czy te działania Księdza Biskupa i Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji będą miały przełożenie na działania Episkopatu, choćby jakiś dokument? Cokolwiek, co dałoby jakiś ogólnopolski impuls do zrobienia czegoś w tym względzie?

– Po pierwsze, to nie jest prywatna inicjatywa. Jestem przewodniczącym gremium, które jest zespołem Konferencji Episkopatu Polski. Jest nawet odwrotnie niż sugeruje pytanie, bo to przecież Konferencja Episkopatu Polski stworzyła tę strukturę – prawdopodobnie pierwszą tego typu w episkopatach europejskich, a nie wiem czy nawet nie szerzej. Przy czym, oczywiście, zainteresowanie biskupów może być raz większe, raz mniejsze.

Czy tematem któregoś spotkania Konferencji Episkopatu Polski było nawrócenie pastoralne?

– Nie, ale teraz jako Zespół przygotowujemy wydanie polskiego tłumaczenia dokumentu z Aparecidy. Spróbujemy do niego dodać ciekawsze wystąpienia z naszego Kongresu. To będzie spory materiał i tę książkę ofiarujemy wszystkim polskim biskupom. Poza tym, jeśli mówimy o popularyzowaniu hasła, to nie zawsze musi być to rozmowa na poziomie Konferencji Episkopatu. Niemalże w każdej polskiej diecezji jest wyznaczona przez biskupa osoba desygnowana do nowej ewangelizacji. Z tymi ludźmi jako Zespół mamy regularne spotkania, przynajmniej dwa razy w roku. To są spotkania robocze, które trwają nie jedną godzinę czy dwie, tylko dwa dni. Tą drogą idzie najważniejszy przekaz i co więcej, jest on dwustronny.

Rozumiem to i doceniam. Ale jako wierny i osoba zainteresowana chciałbym usłyszeć wyraźny głos przewodniczącego czy sekretarza Episkopatu, który podczas konferencji prasowej mówi o nawróceniu duszpasterskim, deklaruje, że jest to projekt, którym Kościół w Polsce będzie się teraz zajmował. Że mamy określoną diagnozę naszej aktualnej sytuacji i jakąś formę planu działań na najbliższą przyszłość.

– Ja nie mam takich tęsknot. Uważam, że życie dzieje się od dołu, nie od góry. W Polsce jest potężne środowisko ludzi, których charyzmatem jest nowa ewangelizacja i to środowisko ma doświadczenie jedności. Ci ludzie mają przełożenie na życie w swoich wspólnotach, diecezjach. Raz większe, raz mniejsze, ale mają. To życie rośnie od dołu, spokojnie.

Czy nie spotkał się Ksiądz Biskup z krytycznym podejściem do idei nawrócenia duszpasterskiego? To jest jednak idea przywieziona z Ameryki Południowej, ze świata nam obcego.

– Spotkałem się z zastrzeżeniami wobec tej idei, wypowiadanymi nawet ostrzej: co nas tu tacy będą pouczać? Naturalnie, możemy zapraszać biskupów z Niemiec. Będą opowiadać, jak dokonuje się kurczenie Kościoła i jak nie są w stanie tego zatrzymać. Próbują co najwyżej ten proces uładzić. To jest optyka bardzo eurocentryczna, czy euroatlantycka. Od koga zatem mamy się uczyć? W tej chwili wszędzie poza Europą Kościół przeżywa wzrost. Przed rokiem przeglądałem dane dotyczące powołań do kapłaństwa. Tylko w Europie te liczby maleją, poza Europą wszędzie rosną. A właśnie liczba powołań – czy ktoś chce, czy nie – jest miarą żywotności wiary w danym środowisku. To chyba ważne, żebym pytał o radę kogoś, kto ma doświadczenie wzrostu. Mamy w tej chwili – chwalić Pana Boga – papieża z Argentyny. Ile już wniósł do Kościoła świeżości, nowości!

ZACHWYT

Od zawsze się mówi, że parafia jest podstawowym miejscem duszpasterstwa i ewangelizacji. Czy teraz, gdy mówimy o duszpasterskim nawróceniu, coś się zmieni?

– Nie, akurat tu ważna jest refleksja Jana Pawła II. Był taki moment za jego pontyfikatu, kiedy próbowano zastąpić parafię innego rodzaju wspólnotami w Kościele. A sam papież był zdania, że byłaby to duża pomyłka. Trzeba jednak zapytać: jak my pojmujemy parafię? Nie można jej rozumieć tylko w kategoriach struktury (są diecezje, które dzielimy na dekanaty, a te dzielimy na parafie). Parafia to wspólnota sprawująca Eucharystię! Tak Jan Paweł II definiował parafię. Jeśli w taki sposób pojmujemy parafię, jesteśmy blisko pojęć nowej ewangelizacji i nawrócenia duszpasterskiego.

To oznacza również, że w tym rozumieniu duszpasterstwo powinno poszerzyć krąg zainteresowania. Jeżeli nie skupiamy się tylko na zachowywaniu tego co mamy, wówczas duszpasterstwo parafialne czy diecezjalne winno wyjść poza tych, którzy do nas przychodzą, a starać się dotrzeć również do tych, którzy do nas nie docierają.

– Parafia musi być właśnie tą wspólnotą, która przeżywa nawrócenie duszpasterskie. I to dotyczy całej parafii, a więc nie tylko proboszcza, lecz także tych, którzy tworzą tę wspólnotę i są w niej aktywni. To oni muszą zadać sobie pytanie, dlaczego nie wychodzą do tych, którzy pozostają z dala od Kościoła. Bardzo pięknie mówił o tym bp Andrzej Czaja rok temu, podczas I Kongresu Nowej Ewangelizacji, chociaż wówczas nie używaliśmy jeszcze pojęcia nawrócenia duszpasterskiego. Podkreślał, że jeśli mamy w Polsce czterdzieści kilka procent praktykujących katolików, to znaczy, że powinniśmy mieć czterdzieści kilka procent ewangelizatorów. Jeśli ktoś przeżywa Eucharystię w sposób dogłębny, to znaczy, że jest posłany. Na każdej Eucharystii słyszy: „Idźcie!”. Ma iść nie kiedyś, ale teraz: do swego rodzinnego domu, do sąsiadów, do zakładu pracy, do grupy na studiach, do klasy w liceum i być człowiekiem, który potrafi przyprowadzić ludzi stamtąd do wspólnoty.

Ci, którzy pozostają w domu i nie przychodzą, często mówią, że czują się odepchnięci od Kościoła. Przykładowo dotyczy to osób rozwiedzionych i żyjących w ponownych związkach, które nie mogą przystępować do Komunii. Tacy znajdą się dziś pewnie w niemal każdej parafii.

– Zawarcie drugiego małżeństwa nie oznacza ekskomuniki, nie oznacza wykluczenia z Kościoła, nie oznacza osądu w stosunku do człowieka. To są bardzo rozmaite sytuacje, każda jest indywidualna. Ten człowiek nie może w pełni uczestniczyć w sakramentalnym życiu Kościoła, ale nikt nie powiedział, że porządek sakramentalny jest jedynym porządkiem modlitwy i że jest jedynym porządkiem łaski w Kościele. W Krakowie mamy człowieka, który zajmuje się duszpasterstwem ludzi w cywilnych związkach niesakramentalnych. Opowiadał na przykład, jak z tą wspólnotą jechał do Ziemi Świętej. Nieraz zdarzało się, że sprawowali wspólnie Eucharystię z trzema czy czterema innymi grupami i tamte grupy gremialnie szły do Komunii, a tych czterdzieści osób w trakcie Komunii klęczało z tyłu, nie mogąc do niej podejść i odmawiali na głos modlitwę, która była wielką prośbą do Chrystusa o duchowe z Nim zjednoczenie. To było wielkim przeżyciem nie tylko dla nich, ale i dla tych, którzy do Komunii przystępowali. Odkrywali nagle potężną wartość tego, czego oni dostępują, co robią być może nie w pełni świadomie, bo automatycznie. Decyzja o życiu w związku niesakramentalnym nie wyrzuca nikogo poza obręb Kościoła. Czyli musimy takim ludziom dalej pokazywać drogę ku Chrystusowi.

Oprócz nich są jeszcze pary żyjące razem bez żadnej legalizacji związku. Czy to oznacza, że każda wspólnota parafialna powinna jakąś część swojej energii poświęcić również tym ludziom?

– Tak, i to w sposób poważny. Dużo się mówi o młodych ludziach, którzy żyją bez związku sakramentalnego, i to nieraz latami. Mówi się, że to dramat rodziców, którzy nieraz zarzucają sobie klęskę wychowawczą, że nie przekazali wiary. Ale jak zdiagnozować tę sytuację? Co tu jest problemem? Dlaczego te osoby się nie pobierają, skoro nie mają przeszkód do zawarcia małżeństwa? Otóż nie wystarczy nie mieć przeszkód, żeby się pobrać. Tu trzeba zapytać o ich  wiarę. Czy oni mają jakiekolwiek rozumienie tego, że związek sakramentalny jest czymś innym niż związek cywilny? A jeśli tej wiedzy nie mają, to kto jest za to odpowiedzialny?

Te sprawy najwidoczniej leżą na sercu obecnemu papieżowi. Zwołał na najbliższe dwa lata dwa synody poświęcone rodzinie. Abp Bruno Forte, sekretarz zgromadzenia, powiedział, że będą to synody o rodzinach chrześcijańskich, ale również o rodzinach zranionych.

– W Kościele mówimy, że podstawowa ewangelizacja idzie przez rodzinę. Taki jest ideał. Co jednak zrobić w sytuacji, kiedy rodzina nie istnieje albo istnieje w wersji patologicznej czy dysfunkcyjnej? Dotyczy to wszystkich środowisk, nawet najpobożniejszych. W tej sytuacji istnieje nagląca potrzeba rzeczywistej chrześcijańskiej katechezy o miłości i o rodzinie. Trzeba wracać do tego, co Jan Paweł II mówił o rodzinie i pokazać, że treścią katolickiego nauczania o o małżeństwie, o miłości, o życiu erotycznym, rodzinie jest zachwyt nad mężczyzną i kobietą! Taki zachwyt, jaki odczuwał Adam, kiedy zobaczył Ewę. Nie chodzi o to, żeby ciągle się spierać i wytykać palcami – ci nie mają racji, ci nas zniszczą. Zajmijmy się raczej pokazywaniem, czym jest rodzina w planie Bożym. To najlepsze, co możemy zrobić. Dla młodych Polaków – pokazują to wszystkie badania socjologiczne – najważniejszą wartością jest rodzina. Rodzina jest przed wiarą i przed Kościołem. Wyjdźmy naprzeciw temu wyczuciu młodych ludzi. W fascynujący, ale i realistyczny sposób opiszmy to, co w sobie noszą i za czym tęsknią.

Ideę nawrócenia duszpasterskiego przywiózł nam zza oceanu Franciszek. Jak Ksiądz Biskup ocenia rolę papieża w jej realizacji?

– Na ocenę jest jeszcze za wcześnie. Ale zachęta Franciszka do wychodzenia na zewnątrz, na peryferie jest uderzająca. On sam wychodzi. Ostatnio słyszałem, jak zachowuje się rząd włoski w sprawie uchodźców na wyspie Lampedusa. Gdyby nie papieskie zaangażowanie w tę sprawę, nie byłoby tych działań. Widać już jasno, że te znaki, nieraz prowokacyjne, okazują się skuteczne. I chwała Bogu! Podczas spotkania z biskupami w Brazylii Franciszek mówił o nawróceniu duszpasterskim i wskazał na fakt, że powinno ono prowadzić do macierzyńskiego modelu Kościoła. Aparecida to przecież sanktuarium maryjne. A wymiar macierzyński jest w Kościele pierwotny, wcześniejszy niż wszystkie inne urzędy. Ewangelizacja dotyczy wymiaru indywidualnego, koncentruje się na pojedynczej osobie, i to jest bardzo macierzyńskie. Męskie natomiast jest opisywanie świata przy pomocy struktur. Strukturyzowanie dobra, planowanie działań, programowanie – to jest bardzo męskie. Mężczyzna chce porządkować świat. Natomiast w macierzyństwie jest koncentracja na osobie. Także – a może przede wszystkim – na osobie, która jest słabsza.

Papież Franciszek często wiąże ten rys macierzyński Kościoła z miłosierdziem matki, która wybacza swoim zagubionym dzieciom.

– Matka jest skoncentrowana na tym dziecku, które jest słabsze. W normalnej rodzinie nikt do niej nie ma o to pretensji.

Rozmowa ukazała się w kwartalniku „Więź” nr 3/2013.