„Psim sercem” Maciej Englert po 30 latach powrócił do Bułhakowa. Przy Mokotowskiej zdarzyła się właśnie pierwsza od dawna inscenizacja na miarę największych osiągnięć tej sceny.

Dziwne miejsce. Niewielka widownia, ciasno poustawiane rzędy. Zimą gorąco, bo często grzeją jak opętani, ale latem dopiero jest piekło, gdy za oknem upały, pot spływa po człowieku, jak ryba łapię powietrze. Scena też zaprojektowana tak, aby ludziom teatru było trudniej. Płytka, nieustawna, za mała jak na główną przestrzeń grania liczącej się instytucji w wielkim mieście. Cuda, a może raczej czarodziejskie umiejętności scenografów sprawiły, że zmieściły się na niej „Mistrz i Małgorzata”, „Płatonow”, „Proces”, „Hamlet”, „Fantazy” i jeszcze wiele innych tytułów, które wpisane mają w siebie rozmach i oddech. Tu miały oddech, a i złudzeniem rozmachu udało się jakimś cudem pięknie oszukać publiczność.

Ta też jest w tym teatrze specyficzna. Na premierach od lat widzę te same twarze, ale nie celebrytów albo kolegów po piórze zmuszonych do bywania z obowiązku. Tutaj spotyka się stale mniej więcej ta sama grupa ludzi, zatem – nie znając się osobiście – jakoś się jednak znamy. Gdy przestajesz bezpośrednio zajmować się teatrem albo tracisz tak zwaną funkcję, nie wypadasz z listy zapraszanych gości. Dlatego publiczność czuje się zobowiązana do podobnej lojalności. Premier tu z różnych przyczyn nie ma wiele, ale tytuły utrzymują się na afiszu przez wiele sezonów, grane zazwyczaj po dwieście, trzysta razy.

Tworzę naprędce i po wierzchu charakterystykę Teatru Współczesnego w Warszawie, nie dotykając rzecz jasna esencji – przedstawień, repertuaru, stylu pracujących tu reżyserów, cech zespołu aktorskiego. Jednakże aura też nie jest bez znaczenia. Współczesny ma ją nie do podrobienia, bo sam siebie definiuje jako teatr dla inteligencji. Może jest tak, że rozmawiając z nią jej językiem jakoś pośrednio wchłania rany, jakie od lat inteligencja ponosi z wielorakich przyczyn i trochę ze swojej winy tracąc należną jej rangę. To na marginesie.

Teatr Współczesny ma aurę nie do podrobienia

Wracając jednak do Współczesnego – dostrzegam jego odrębność na mapie Warszawy, choć dla mnie nie był chyba nigdy sceną pierwszego wyboru. Swojego czasu bardziej czekałem na premiery Jerzego Grzegorzewskiego w Narodowym, potem nie miałem już aż tak swojego artysty, więc rozkładałem swe oczekiwania na wielu. Na Mokotowskiej bywałem i bywam, wydaje mi się to oczywiste. I chyba oczywisty jest dla wielu artystyczny profil Współczesnego, sprawiający, że nie jest to miejsce na ustach wszystkich. Niegdyś Erwin Axer właśnie tutaj otwierał okna na światową dramaturgię drugiej połowy poprzedniego wieku, a dziś oskarża się Współczesny o konserwatyzm. Czasem zarzutom można dać wiarę, bowiem rozmowa prowadzona jest ze zbyt bezpiecznych pozycji. Często jednak teatr ten cierpi za to, że programowo nie należy do zgodnego chóru innowatorów za wszelką cenę, a bywa, że i pod publiczkę.

Niejednokrotnie zwracałem uwagę, że teatr Macieja Englerta odszedł zbyt daleko od dawnego własnego stylu, obniżył zdecydowanie poprzeczkę repertuarowych poszukiwań, krok albo dwa za daleko poszedł w sprawianiu przyjemności widzom. „Napis” Sibleyrasa był sprawnie wyreżyserowaną konwersacyjną komedią z anarchistycznymi podtekstami, ale w „Tańcu albatrosa” nie można już było doszukać się niczego ponad rozrywkę średnich lotów, skrojoną przyzwoicie, ale nic ponad to.

Nie wszystkie zresztą tytuły przy Mokotowskiej reżyserował dyrektor Englert, co również sprawiało, że teatr trochę stracił wewnętrzną busolę. Cóż z tego, że wciąż postrzegana jako nowe miejsce Scena w Baraku utrzymała wspaniałą rolę Mai Komorowskiej jako Sary Bernhardt, a Jarosław Tumidajski przygotował tam z powodzeniem „Bucharest Calling”, pokazując mocne strony młodych aktorów Współczesnego z Moniką Pikułą na czele, skoro niedługo potem ten sam inscenizator wprowadził na główną scenę powierzchowny i banalny utwór Dona Taylora „Czas barbarzyńców”. Wydaje się, że uwiódł go sam tytuł sztuki i możliwość zbudowania paraleli między opisywaną tam historią a Polską dnia dzisiejszego. Trudno się było pozbyć wrażenia, że najmocniejszym punktem dramatu Taylora jest właśnie tytuł. „Czas barbarzyńców” tu i teraz mógł brzmieć i wyglądać jak „Czas apokalipsy” w wiadomych okolicznościach. Sukcesu artystycznego jednak Współczesnemu nie przyniósł.

Englert nie czyni z „Psiego serca” doraźnej politycznej interwencji

Maciej Englert zrealizował u siebie ostatnio „Fantazego”, a wcześniej łatwe do obsadzenia wybitnymi aktorami błahostki – nieszczęsny „Taniec albatrosa”, zgrabny „Księżyc i magnolie”, „Skarpetki opus 124”, „Napis”. Mierzył się z „Hamletem” w wersji kanonicznej, niemal bez skrótów, przedstawienie obroniło się dzięki tytułowej kreacji Borysa Szyca, który ukazał duńskiego księcia jako współczesnego, pełnego wątpliwości i rozterek inteligenta. Englert z sukcesem adaptował „Proces” Kafki. Jego inscenizacje, nawet wówczas gdy na to zasługiwały („Proces” jako reakcja na pierwsze rządy ministra Ziobry – rzecz o urojonym poczuciu sprawiedliwości), nie zyskiwały należytego rozgłosu.

Zestawiam bilans ostatnich lat Współczesnego trochę po to, by zakrzyknąć, że co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, gdyż przy Mokotowskiej zdarzyła się właśnie pierwsza od dawna inscenizacja na miarę największych osiągnięć tej sceny. Niemal dokładnie trzydzieści lat po oszałamiającym sukcesie „Mistrza i Małgorzaty” Maciej Englert powrócił do Bułhakowa, tym razem przygotowując „Psie serce”. Mówił przed premierą, że właśnie to opowiadanie zdawało mu się na dziś szczególnie przejmujące i profetyczne.

Oto opowieść o Rosji i Moskwie, na których kładzie się cień bolszewików. W śniegu i mrozie – znów wspaniała iluzja scenografa Marcina Stajewskiego – tuła się pies Szarik (Borys Szyc). Ten go kopnie, tamten zdzieli przez kark, z rzadka ogrzeje się pod schodami. Jego los zmienia się, gdy trafia pod skrzydła profesora Preobrażeńskiego (Krzysztof Wakuliński). Postanawia on przeprowadzić na zwierzęciu eksperyment naukowy. Jak zwykle w podobnych razach bywa, wymyka się on spod kontroli i w drugiej części spektaklu pies Szarik zamienia się w obywatela Szarikowa. Szarikow staje się człowiekiem nowej generacji, tępym i brutalnym wyrazicielem woli większości, gotowym nie cofnąć się przed niczym. Edek z „Tanga” Mrożka to przy Szarikowie uosobienie subtelności.

Trzeba powiedzieć, że „Psie serce” wtedy działa, gdy Szarikow przejmuje grozą. Być może w kreacji Borysa Szyca zdarza się to zbyt rzadko, ale się zdarza. Dla mnie wystarczy, by uznać występ Szyca za wydarzenie.

Maciej Englert nie czyni z „Psiego serca” doraźnej politycznej interwencji, nie każe czytać Bułhakowa wprost w odniesieniu do dzisiejszej Polski. W fenomenalnym dużymi partiami przedstawieniu łączy groteskową formę (wielkie brawa dla Krzysztofa Wakulińskiego!) z wielką metaforą, ogarniającą mechanizmy historii i współczesności. Czyta opowiadanie Bułhakowa z imponującą przenikliwością i wystawia tak, jakby w założeniach autora było zagranie go w teatrze.

Reżyser zmienia też układ sił w zespole Współczesnego, dając znaczące zadania nowym nabytkom – Mariuszowi Jakusowi z Łodzi i Szymonowi Mysłakowskiemu z Poznania. Nie zdziwię się, jeśli szybko staną się oni w ansamblu z Mokotowskiej wyjątkowymi postaciami. Obok na przykład Barbary Wypych – młodziutkiej, a jednak próbowanej w tym miejscu w bardzo odmiennych od siebie rolach.

W „Psim sercu” Szyc udowadnia, że jest aktorem o niebywałej zdolności do transformacji

Najistotniejsza jest jednak przy „Psim sercu” współpraca Macieja Englerta z Borysem Szycem. Stary mistrz i wciąż młody aktor z najściślejszego teatralnego i filmowego topu spotykają się przy pracy. Zaczęli „Prucznikiem z Inshmoore” MacDonagha, gdzie Englert udowodnił, ze czuje nawet język nowych brutalistów. Niczym nie zapisały się spotkania przy „Transferze” Kuroczkina i „Udając ofiarę” Presniakowów, ale już Józef K. w „Procesie” – zagrany kompletnie wbrew warunkom – był wielkim osiągnięciem aktora. Podobnie jak rozedrgany, trawiony wewnętrzną gorączką Hamlet. Wraz z Płatonowem w przedstawieniu Agnieszki Glińskiej „Sztuka bez tytułu” te dwie role stanowią punkt odniesienia dla pracy Szyca we Współczesnym.

W „Psim sercu” Szyc udowadnia, że jest aktorem o niebywałej zdolności do transformacji. Potrafi przeistoczyć się w mgnieniu oka i zmiana ta nie dotyczy jedynie zewnętrzności, lecz przede wszystkim tego, co w środku. Jako Szarik wzrusza i nie pozwala na łatwe współczucie, w roli Szarikowa przeraża. Jest coś poruszającego w porozumieniu, jakie muszą osiągać raz za razem Englert i Szyc. Są ulepieni z całkiem innej gliny, przynależą do trochę innych światów. A jednak – tak przypuszczam – Szyc wygasza Szyca i wchodzi w pracę jak najgłębiej się da, bez trzymanki i bez bezpieczników. Dlatego potem widzimy aktora bez reszty stopionego z rolą, wobec którego reżyser musi mieć największą wdzięczność. I vice versa, bo dzięki przeglądaniu się w wizjach Macieja Englerta Borys Szyc może fundować sobie raz na jakiś czas symboliczne i prawdziwe powroty do domu. Teatr Współczesny jest dla niego podstawową bazą, o którą aktor dba i o niej nie zapomina.

„Psie serce” – trzydzieści lat po „Mistrzu i Małgorzacie” – wygląda jak koda w dorobku Macieja Englerta. A jednak mam dziwną pewność, że wraz z Szycem jeszcze nieraz nas zaskoczą.