Mogła to być fascynująca opowieść. Ale za artyzmem w sferze wizualnej nie nadąża poetyka prowadzenia narracji.

„Pierwsza pełnometrażowa animacja malarska”, „W projekcie wzięło udział 125 malarzy z całego świata”, „Stworzenie sekundy filmu wymagało kilku godzin pracy”. Wszystko to już wiemy, jeśli wpadła nam w rękę i w oko jakakolwiek wzmianka o filmie „Twój Vincent”. Czy za tą techniczną doniosłością idzie jednak coś więcej?

Scenariusz, w którego konstruowaniu brał udział Jacek Dehnel, został zbudowany wokół postaci Armanda Roulina, syna zaprzyjaźnionego z van Goghiem listonosza. Rok po śmierci malarza Armand otrzymuje od ojca polecenie, by dostarczyć ostatni list Vincenta do jego brata Theo. Ten, jak się szybko okazuje, również od kilku miesięcy nie żyje. Proste przekazanie listu zamienia się w swego rodzaju śledztwo w sprawie samobójczej (czy na pewno?) śmierci artysty.

Armand wysłuchuje kolejnych osób, które poznały Vincenta i mogą rzucić światło na tę zagadkę. Wszystkie te postaci namalowane zostały w stylu typowym dla van Gogha i klatka po klatce wprowadzone w ruch (scenariusz napisano tak, by pojawiały się w nim tylko osoby, które van Gogh kiedyś namalował).

Techniczną stronę tego przedsięwzięcia Dorota Kobiela, współreżyserka filmu, syntetycznie opisała w rozmowie w „Gościem Niedzielnym” (nr 40/2017): „Aktorzy zagrali pełnowymiarowe role, oczywiście w kostiumach. Później poszczególne ujęcia zostały przyporządkowane malarzom, którzy otrzymali je podzielone na klatki. Każda klatka to jedna dwunasta sekundy. Malarz wyświetlał  sobie taką klatkę na monitorze, który miał obok sztalugi, i malując, patrzył na tę klatkę. To coś podobnego do malowania portretów ze zdjęć. Po ukończeniu obrazu robił zdjęcie, część ścierał szpachelką i zaczynał od nowa, ale z malutkim przesunięciem”.

Na świat filmowy patrzymy zatem oczami van Gogha, prawie przez cały czas mamy przed oczami jego pulsujące, rozedrgane obrazy. „Prawie cały”, bo retrospekcje przedstawiono już w innym stylu malarskim, bardzo realistycznym, odległym od techniki van Gogha.

Swój punkt widzenia prezentują kolejne gadające głowy

I tu wielki zgrzyt: właśnie te fragmenty, w których oglądamy życie Vincenta, potraktowane zostały w ten malarsko płaski, mało ciekawy sposób. Z przyczyn technicznych – przy obranym przez twórców sposobie opowiadania – to zrozumiałe. Partie te wymagały wprowadzenia postaci, których artysta nigdy nie przedstawił na swoich obrazach. Pytanie jednak, czy wobec tego wybrano narrację odpowiednią do uchwycenia skomplikowanej osobowości van Gogha. W efekcie zbliżamy się do quasi-dokumentalnej recepty na opowieść; swój punkt widzenia prezentują kolejne gadające głowy.

Sprzedawca farb odnotuje fenomen tkwiący w tym, że chwytający za pędzel dopiero w wieku 28 lat van Gogh w krótkim czasie zmienił się w wielkiego malarza. Gosposia doktora postrzega go jako odstręczającego wariata o złym spojrzeniu, który bluźnierczego aktu samobójstwa ośmielił się dokonać w niedzielę. Córka właścicieli zajazdu wspomina go z kolei jako człowieka niezwykle spokojnego i zorganizowanego, który do malowania zabierał się w tak regularnych porach, jakby wypełniał pracę etatową. Dziwne może tylko, że kiedy wszyscy chronili się przed burzą, on wybiegał ze sztalugami i malował w strugach deszczu.

Mogłaby ułożyć się z tego fascynująca opowieść o zależnościach (może pozornych) miedzy geniuszem a nadwrażliwością czy wręcz szaleństwem, o reakcjach społeczności na jednostkę wybitną, o jej samotności (pierwszemu z tych zagadnień Dorota Kobiela poświęciła zresztą swoją pracę magisterską). Twórcy filmu woleli jednak pójść w kierunku sensacyjnym, w centrum stawiając okoliczności śmierci van Gogha. Co nieco o samym życiu artysty udaje się przy tym powiedzieć, proporcja i stopień pogłębienia wypadają jednak tak, że wymownie brzmią słowa jednej z bohaterek filmu: „Jego śmierć tak bardzo cię interesuje, a co wiesz o jego życiu?”.

Dziwi m.in. marginalne potraktowanie relacji z Paulem Gauguinem, z której w filmie pozostaje niewiele poza głośnym skandalem z obciętym uchem. A przecież właśnie okres zamieszkiwania obu malarzy razem, który dla Vincenta miał być realizacją marzenia o stworzeniu wspólnoty artystów, oraz rozbicie tej wizji i burzliwe rozstanie miały ogromny wpływ na psychikę van Gogha w ostatnich latach jego życia. Nie powinni tego epizodu przeoczyć ci, którzy pragną przyjrzeć się drodze prowadzącej do przedwczesnej śmierci malarza.

„Morderca uciekł” – krzyczały litery na kawałku gazety, który Vincent oderwał i dał Gauguinowi, kiedy usłyszał o jego planowanej wyprowadzce ze wspólnego domu. Człowiek, z którym związał nadzieje i dla którego zmienił nawet swój sposób malowania, postanowił odejść, zabijając jedyne marzenie napędzające Vincenta – o grupie artystów razem podbijających świat sztuki.

Życie van Gogha dostarcza scen, które pozwalają chwytać emocje w poetyckim skrócie. Do sytuacji z gazetą dodać można choćby dwa obrazy, na których Vincent przedstawił osobno puste krzesła, swoje i Gauguina. Przejmująca metafora samotności. Po tego typu środki twórcy filmu jednak nie sięgają – za artyzmem w sferze wizualnej nie nadąża poetyka prowadzenia narracji.

„Może ten film wyszedł taki, bo jest przeznaczony dla szerokiej publiczności” – podsunął mi znajomy, z którym dzieliłam się swoim niepełnym zadowoleniem. Pozostaje więc życzyć twórcom filmu, by ich „Vincent” przyciągnął do sal kinowych tłumy i by poza zachwytem nad techniką wykonania pozostało w odbiorcach poruszenie historią człowieka, którego malarstwo pozostawało niedostrzeżone (spośród ośmiuset obrazów, za jego życia kupiono tylko jeden). Może przerodzi się to w pragnienie, by dowiedzieć się więcej nie tylko o jego śmierci i nie tylko o życiu, ale także o sztuce, naznaczonej wpływami impresjonizmu, ekspresjonizmu i drzeworytu japońskiego, ale przy tym zachowującej absolutnie własny rdzeń.