Film Macieja Sobieszczańskiego otwiera w polskim kinie temat traktowany przez okres PRL jako tabu.

Obiektów takich, jak filmowy obóz Zgoda, a właściwie obóz pracy w Świętochłowicach Zgodzie, jednej z dzielnic miasta, w tużpowojennej Polsce było ponad dwieście. Internowano w nich (choć tego sformułowania oficjalnie nie używano) rdzennych Niemców, Polaków, którzy podpisali volkslistę, Ślązaków, ludzi, których siłą wcielono do Wehrmachtu, a także dezerterów z armii niemieckiej, którzy przeszli na stronę Andersa, a z czasem tych, którym nie odpowiadał nowy ustrój Polski.

Zakładając, że przez każdy z tych obozów przeszło około 4,5–5 tys. ludzi, zyskujemy liczbę miliona, może 800 tys. więźniów. Ilu z nich przeżyło? Nie ma miarodajnych liczb. W bardziej znanych od Zgody Łambinowicach, liczbę ofiar oblicza się na 1,5 tys., obóz działał od lipca 1945 do października następnego roku. W Świętochłowicach od lutego do listopada 1945 roku zginęło około 2,5 tys. osób, z czego znaczną część pochłonęła epidemia tyfusu. Warunki były tak straszne, że komisja z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego ukarała komendanta obozu aresztem domowym i obniżeniem poborów o połowę. Nie przeszkodziło to jednak Samuelowi Morelowi w karierze więzienniczej, którą zakończył w 1968 roku w stopniu pułkownika.

Morel, którego nazwisko w filmie nie pada, otwarcie przyznawał się do narodowości żydowskiej, twierdził też publicznie, że przeżył Auschwitz (jakkolwiek nigdy w obozie koncentracyjnym nie był). Miało to usprawiedliwić gwałty i akty przemocy, do jakich dochodziło w obozie, łącznie z przywołaną na ekranie piramidą, czyli układaniem więźniów warstwami, jedna na drugiej, i bicie ich pałkami. Zdarzały się wypadki zakatowania ofiar podczas brutalnych przesłuchań i strzelania do uciekinierów. Mimo głodowych racji żywnościowych, wycieńczonych więźniów zmuszano do pracy w kopalniach. Obóz zlikwidowano nagle, pod koniec listopada 1945 roku, zwalniając niemal wszystkich do domu, żądając jednak – pod groźbą wieloletniego więzienia – dochowania tajemnicy na temat tego, co się w Zgodzie działo.

Film Macieja Sobieszczańskiego otwiera w polskim kinie temat traktowany przez okres PRL jako tabu, a który do dziś ma określone konotacje: wszak wystarczy zakrzyknąć coś o „dziadku z Wehrmachtu”, by zagrozić karierze czołowego polityka. Chodzi o kwestię określenia tożsamości narodowej ludzi, którzy – jakkolwiek żyją w Polsce – deklarują przynależność do mniejszości etnicznych, zwłaszcza Ślązaków czy Kaszubów. Jak bolesny to temat, wystarczy wspomnieć kilka artykułów z okresu, kiedy Instytut Pamięci Narodowej publikował dokumenty i relacje dotyczące Zgody. Charakterystyczne wydają się wspomnienia reżysera, gdy gromadził dokumentację do filmu, a starzy ludzie, uczestnicy zdarzeń, przełamywali barierę milczenia, by – często łykając łzy – opowiedzieć swoje przeżycia.

Sobieszczański nie próbuje odwzorowywać prawdy materialnej

Z szacunku do tych wspomnień Sobieszczański nie próbuje odwzorowywać prawdy materialnej. Nie buduje konkretnego obozu, ale jego desygnat: baraki, męski i kobiecy, plac apelowy, łaźnia, lazaret, komendantura, drut kolczasty. Do opisu używa taśmy barwnej, ale kolory zostają znacznie wygaszone, obraz przypomina „barwne” czasopisma sprzed lat, z dominantą sepii bądź ciemnej zieleni, uzupełnionej wyblakłą czerwienią. Niemal wszystkie sceny fotografowane są w jednym ujęciu („montaż to forma manipulacji” – wyjaśnia reżyser, a tym wypadku czystość przekazu ma fundamentalne znaczenie). Sobieszczański niemal obywa się bez słońca: obraz jest ponury, często zamazany deszczem, dominuje mrok zakamarków, ciasnota baraków, środek nocy. Każde ujęcie staje się wysmakowaną, mimo ograniczonych środków, zamkniętą kompozycją plastyczną.

Na ten świat, jednoznacznie nawiązujący do głośnego, oscarowego „Syna Szawła” Laszlo Nemesa, nakłada się opowieść o trójce nierozłącznych przyjaciół sprzed wojny. Ich wspólna fotografia jest symbolem tragedii tamtego pokolenia, dorastającego na Śląsku. Dwóch chłopców i dziewczyna – trzy różne życiorysy, trzy różne wojenne doświadczenia i wspólnota emocji. Dziewczyna, Polka, trafia do obozu, za nią idzie Ślązak – zgłasza się do milicji, by zostać obozowym strażnikiem i wyprowadzić ją z piekła. Ale w obozie jest jeszcze ten trzeci, Niemiec, niegdyś przyjaciel, dziś już rywal Ślązaka, wszak minęło parę lat i niewinna dziecięca jeszcze przyjaźń ewoluowała w młodzieńcze zauroczenie.

I jeden, i drugi próbują uwolnić dziewczynę – niepostrzeżenie przekraczając granicę zła. Jak się okaże – niepotrzebnie: działania są tyleż naiwne, co daremne. Młodzi, dotykając niemal tragedii antycznej, nie potrafią wznieść się ponad płytką zazdrość i niepogodzenie się z odrzuceniem. Opamiętanie przychodzi za późno. Takie rozwiązanie wpisuje „Zgodę” w kino artystyczne, lecz nie zadowoli przeciętnego widza, oczekującego bardziej „filmowych” emocji.

Bolesny problem podejmowany przez Sobieszczańskiego wymaga bardziej popularnej formy, by poprzez kino wbić go w świadomość powszechną. Wątpliwe jednak, by w obecnych okolicznościach i przy użytkowo traktowanej polityce historycznej w ogóle powrót do tematu był możliwy.