Pistolet pozwoli odzyskać samosterowność, niezależność, wolność. Mężczyzna z bronią znów będzie mężczyzną – sugerują środowiska postulujące liberalizację dostępu do broni w Polsce.

Czy wiedzą Państwo, że liberalizacja dostępu do broni wydatnie zmniejszy statystyki wypadków drogowych? Już nawet niewielki rewolwer w schowku – nie wspominając o AK-47 w bagażniku – zbuduje nam społeczeństwo ludzi praworządnych, bo przecież nikt nie zaryzykuje jazdy na czerwonym świetle, jeśli będzie mu za to groziło odebranie licencji na ukochaną „klamkę”. I nie są to niestety jakieś moje fanaberie, tylko słowa założyciela Firearms United, jednej z organizacji lobbujących za zmianą przepisów o dostępie do broni. Lobbujących, dodajmy, bardzo skutecznie, bo projekt ustawy grupy posłów Kukiz’15 – wprowadzający m.in. nowe kategorie pozwolenia na broń, w tym obywatelską kartę broni – przeszedł pod koniec września pierwsze czytanie w Sejmie i został skierowany do dalszych prac w komisjach parlamentarnych.

Jeżeli nowe przepisy zostaną uchwalone w proponowanym kształcie, uzyskanie pozwolenia na broń stanie się czystą formalnością. Wystarczy, że zgłosimy się do urzędu powiatowego albo urzędu miasta z zaświadczeniem od lekarza pierwszego kontaktu i informacją o niekaralności z Krajowego Rejestru Karnego. Nikt nie będzie od nas wymagał ani badania psychologicznego, ani wywiadu środowiskowego, a upoważniony organ wyda nam pozwolenie na wypadek potencjalnego zagrożenia miru domowego, nietykalności cielesnej czy w celach kolekcjonerskich.

Czy pozwolenie na broń należy wręczać szybciej i chętniej niż prawo jazdy?

Łatwiej będą mieli także czynni entuzjaści rekonstrukcji historycznych oraz – jak czytamy w projekcie ustawy – „innych przedsięwzięć o charakterze artystycznym”. Zmiana odbywa się pod hasłem „wzmożenia nastrojów patriotycznych”, obrony integralności granic (dajmy obywatelom spluwy, będzie większa armia) i walki z przestępczością. Kiedy jednak przyjrzymy się, kto dokładnie za ustawą stoi, kwestia obecnej „gorączki rewolwerowej” stanie się dla nas bardziej zrozumiała. Nie chodzi bowiem wyłącznie o odmieniany przez wszystkie przypadki patriotyzm, ale także – a pewnie nawet przede wszystkim – o zwiększony obrót bronią i większą liczbę konsumentów amunicji na strzelnicach. Projekt pisali i konsultowali użytkownicy, producenci i handlarze, a jego głównym „architektem” jest Jarosław Lewandowski, redaktor naczelny magazynu Strzał.pl, współzałożyciel Ruchu Obywatelskiego Miłośników Broni oraz – jak sam o sobie mówi – gunwriter, czyli dziennikarz piszący o broni. Jest to więc środowisko świetnie zorientowane w temacie, ale także niespecjalnie kryjące się z własną, bardzo jednoznaczną wizją człowieka i sfery publicznej. Jej integralną częścią jest ultraliberalna maksyma: „Jak najmniej państwa w państwie”.

Antykomunizm i dostęp do broni

Wystarczy tylko przeczytać jeden z wywiadów z Lewandowskim albo poszperać trochę na forach, blogach czy witrynach organizacji zrzeszających miłośników broni, żeby zobaczyć, na czym mniej więcej stoimy (polecam również artykuł Adama Bartkiewicza z „Rzeczpospolitej” – „Czy dać Polakom broń?” – mocno „pro-gun’owy”, ale zbierający wiele rzeczy do kupy). Otóż postulowana – jak nazywają to zwolennicy zmian – „normalizacja” dostępu do broni ma być spełnieniem nostalgicznego marzenia o powrocie do sielskich lat 20. i 30., kiedy to szanowano honor, mężczyzna był mężczyzną, a pozwolenia na „klamki” władza rozdawała na prawo i lewo (co jest zresztą dalekie od prawdy), bo wierzyła w zdolność obywateli do skutecznej samoobrony.

Liberalną utopię międzywojnia przerwała dopiero „komuna” z monopolem państwa na przemoc – od tej pory każdy „porządny obywatel” stał się w kwestii posiadania własnej spluwy „niewolnikiem” zależnym od „łaski bądź niełaski” milicjanta. To „jedynowładztwo (obcych) centrów decyzyjnych” ma swoją kontynuację w III RP, gdzie policja – bezpośredni spadkobierca milicji – wciąż przyznaje sobie prawo do arbitralnego decydowania o bezpieczeństwie obywatela, który przecież sam najlepiej wie, jak i kiedy się bronić (ze strony Strzal.pl: „Prawdziwie polski będzie dopiero ten rząd naszego kraju, który tę odebraną broń nam zwróci”). W dyskusjach retoryka antykomunistyczna płynnie przechodzi w antysystemową – skoro policjant to taki sam człowiek jak ja, nie lepszy i nie gorszy – to dlaczego on może nosić spluwę, a ja nie? A no pewnie dlatego, żeby mógł nieuzbrojonego obywatela pałować na komisariacie, razić paralizatorem i wtłaczać do głowy „lewackie bzdury”.

Badania pokazują, że zamachowców częściej powstrzymują obywatele bez rewolweru za pazuchą

Scedowanie decyzyjności z policji na organy samorządu terytorialnego ma więc w założeniu ograniczyć monopol państwa na posiadanie i używanie broni, tyle że trudno z tego postulatu wyczytać jakąś wielką miłość – albo chociaż szacunek – do idei samorządności czy obywatelskości. Nawoływanie do obywatelskiej samoobrony więcej ma wspólnego z żelazną libertariańską regułą współżycia społecznego – „człowiek człowiekowi wilkiem” – która głosi, że prywatną przestrzeń wolności reguluje zasięg mojego rewolweru: sam jestem sobie drogowskazem, sterem i policjantem.

Jeśli przyjrzymy się, jakie grupy w USA najgłośniej optują za powszechnym i nieograniczonym dostępem do broni palnej, dostrzeżemy uderzające podobieństwa z naszymi „pro-gunowcami” – to dokładnie ci sami faceci, którzy boją się, że rząd centralny zamknie ich w okowach poprawności politycznej albo zamieni w kobiety; i którzy są skłonni barykadować się na swoich farmach w imię obrony praw obywatelskich. „Współczesny mężczyzna zatracił przyrodzoną siłę pozwalającą mu w krytycznym momencie zareagować adekwatnie do zagrożenia” – przekonuje Michał Bednarczyk, zwolennik liberalizacji i młody reżyser, który jeszcze do niedawna na portalu Polakpotrfi.pl zbierał pieniądze (z sukcesem) na film dokumentalny o posiadaczach broni „Para Bellum”. Pistolet pozwoli więc odzyskać samosterowność, niezależność, wolność – od władzy, poprawności politycznej, czasami od nielubianego sąsiada czy obcego na ulicy. Mężczyzna z bronią znów będzie mężczyzną, a nie popychadłem gejów i feministek.

Patrząc na to wszystko przez pryzmat idei silnego państwa, naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego Prawo i Sprawiedliwość – partia dążąca do maksymalnej centralizacji władzy i opierająca swoje rządy na odgórnym sterowaniu policją, prokuraturą i sądami –  zdecydowała się dalej procedować nad projektem Kukizowców.

Co na to szef MSWiA Mariusz Błaszczak? Czy nie boi się, że daleko idąca liberalizacja dostępu do broni spowoduje, iż dotychczasowi sojusznicy władzy – np. kibole czy prawicowi ekstremiści – zaczną mierzyć do ulicznych patroli z nowo zakupionych giwer albo strzelać „na wiwat” podczas meczów piłki nożnej czy na marszach niepodległości? A może zwyciężyło jednak rozpoznanie „potrzeb i emocji suwerena”, który nie tylko masowo obwiesza się patriotycznymi gadżetami, ale także spędza wolny czas na strzelnicach (czemu rząd chce pójść w sukurs, planując postawić strzelnicę w każdym powiecie) i jest gotowy bronić polskich granic własnym portfelem, inwestując w kastety i pistolety?

Bo w końcu, jak czytamy w uzasadnieniu projektu, „dostęp Polaków do broni jest wprost wpisany w pojęcie polskiego patriotyzmu. Zawsze, gdy w Polsce odradzał się patriotyzm, powodowało to wzrost zainteresowania bronią – sytuację taką obserwujemy obecnie”. I nic z tego, że hurraoptymistycznemu obrazowi nakreślonemu przez „pro-gunowców” stają na przeszkodzie rzeczywiste nastroje społeczne (a te, według sondażu Wirtualnej Polski, zdecydowanie nie sprzyjają pomysłowi Kukiz ’15 – Polacy obawiają się liberalizacji dostępu do broni), skoro na „patriotycznych emocjach” i tak można świetnie zarobić.

Integracja z bronią w ręku

Nie mówię oczywiście, że o obowiązujących regulacjach dostępu do broni – ich zaletach i wadach – nie należy dyskutować i do tych dyskusji zapraszać środowisk najlepiej zorientowanych w temacie. Trudno polemizować z faktem, że Polska jest jednym z najbardziej rozbrojonych krajów Europy. Jak podaje „Tygodnik Powszechny” za Komendą Główną Policji – na 1000 mieszkańców przypada u nas 13 sztuk broni, a np. w Niemczech 303 sztuki, w Szwajcarii aż 457. Jakiś rodzaj poluzowania prawa może więc okazać się w pewnym momencie nieunikniony, zwłaszcza, że polskie domowe arsenały powiększyły się w ciągu dwóch lat o 43 tys. pistoletów, strzelb i karabinów, wydano również o 40 proc. więcej licencji sportowych i o 340 proc. więcej pozwoleń kolekcjonerskich. W kontekście tych danych argumenty o spektakularnym rozlewie krwi, który miałby nastąpić po „uwolnieniu” dostępu do „klamek”, mogą wydawać się nie tylko nietrafione, ale także całkowicie absurdalne. W końcu w Czechach (163 sztuki na 1000 mieszkańców) masakry z użyciem broni palnej nie zdarzają się codziennie.

Jednak ultraliberalna idea „spluwy na zawołanie” bez obowiązkowych badań psychologicznych i wywiadów środowiskowych pod kątem przemocy domowej, alkoholizmu, używania narkotyków – to już droga w kierunku anarchii i ignorowanie praktyki dojrzałych demokracji, przede wszystkim USA, które od lat na własnej skórze testują plusy i minusy powszechnie uzbrojonych obywateli. W uzasadnieniu do projektu Kukizowców znajdziemy fragmenty zupełnie z tego punktu widzenia kuriozalne, np. powracający jak bumerang argument pozytywnego wpływu broni na społeczeństwo obywatelskie. Liberalizacja prawa ma doprowadzić do „społecznej aktywizacji” Polaków, czemu „będą sprzyjały kluby i stowarzyszenia strzeleckie oraz kolekcjonerskie”. Integracja, samorządność, aktywizm – tak, ale nie w dyskusyjnych klubach książki, na świetlicach dla ubogich czy w komitetach lokatorskich, tylko przy wspólnym pruciu do tarczy.

Pomijam już, jaki model społeczeństwa obywatelskiego próbuje się nam tutaj sprzedawać (zamiast debaty i protestu celowanie do oponenta politycznego z magnum?). Zdecydowanie ważniejsze jest, w jak olbrzymim stopniu fantazjom „pro-gunowców” o „praworządnym obywatelu z pistoletem” przeczą twarde dane ze Stanów, które, mimo lobby National Riffle Association i cięć budżetowych, wciąż pozostają liderem w badaniach nad społecznymi skutkami łatwego dostępu do broni (porządną syntezę, z linkami do artykułów omawiających wyniki badań, o których piszę dalej, znajdą Państwo tutaj).

Próbuje się uszczęśliwiać Polaków mieszanką ideologii, półprawd i braku rzetelności

I tak, odpuszczając sobie oczywistości w rodzaju „więcej broni równa się więcej zabójstw i wyższe wskaźniki przestępczości”, okazuje się, że nasz kierowca z rewolwerem w schowku wcale nie będzie jeździł spokojniej, za to zwiększy się ryzyko brawurowych zachowań i awantur z użyciem wyzwisk i przemocy. Nie obronimy także skuteczniej naszej własności prywatnej, bo wzrośnie prawdopodobieństwo śmierci w wyniku zwyczajnej sąsiedzkiej sprzeczki. Przemocowi mężowie łatwiej pozbędą się znienawidzonych żon – myląc je np. z rabusiami – a dzieci, dzięki pistoletom z szuflad ojców i matek, pobawią się w prawdziwą wojnę, a nie w udawanych „policjantów i złodziei”.

Muszę też zmartwić tych z Państwa, którzy wierzą, że obywatel z bronią to skuteczny młot na terrorystów – badania pokazują, że zamachowców częściej powstrzymują obywatele bez rewolweru za pazuchą. Jedyne, czego póki co nie da się sprawdzić empirycznie, to wpływ zliberalizowanego prawa o broni na możliwości obronne państwa. Ale to też już niedługo będzie do zbadania, bo – jak czytamy w projekcie – w Polsce „taki stan [brak zagrożenia ze strony sąsiadów] nie będzie trwał wiecznie, a jak uczy historia, nie wolno popełniać grzechu bezczynności”. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że autorzy ustawy mniej mają na myśli Rosję Putina, a bardziej „eurokomunę” i Niemcy Angeli Merkel – rządy „lewactwa”, które sprowadziły nam na głowę „terrorystów i gwałcicieli”.

I to taką mieszanką ideologii, półprawd i braku rzetelności próbuje się na siłę uszczęśliwiać polskie społeczeństwo. Prawo do broni przedstawia się jako nieodzowną – i dotychczas łamaną, a przynajmniej nierespektowaną w należytym stopniu – część uniwersalnych praw człowieka i obywatela, którą, według Ruchu Obywatelskiego Miłośników Broni, należy wpisać do konstytucji. To gigantyczne nadużycie, podobnie jak kuriozalna wydaje się argumentacja formułowana na potrzeby proeuropejskiej części opinii publicznej. W projekcie broń pojawia się jako „naturalny przedmiot związany z rozwojem cywilizacji” i „element tożsamości europejskiej”. Ową „naturalność” powinniśmy w ogóle pominąć milczeniem. Ciekawy i nie mniej problematyczny/kontrowersyjny jest za to to postulat oparcia europejskiej tożsamości na roli, jaką w historii kontynentu odegrały wynalazki służące do siania śmierci.

Dlaczego mielibyśmy traktować śmierć i wojnę jako pozytywne elementy dziedzictwa i uzasadnić w ten sposób powrót do starych, dawno skompromitowanych praktyk? Czy aby jeszcze do niedawna elementem „pozytywnej europejskiej tożsamości” nie była także „naturalna” wyższość białego człowieka, jego przyrodzone prawo do panowania nad „prymitywnymi kulturami”, a więc ideologia, która dała nam podboje kolonialne, wyzysk i niewolnictwo? Czy to przypadkiem nie dzięki broni Europa z łatwością podporządkowała sobie „obcych” – tych samych, których teraz tak panicznie się boi – i rozpoczęła bezprecedensową w dziejach świata akumulację kapitału, czego wymiernym skutkiem jest współczesny zachodni dobrobyt i bezpieczeństwo? Zachód lepiej lub gorzej, ale jednak próbuje się z tej swojej niewygodnej historii podbojów i oręża rozliczać, choćby symbolicznie. Według „pro-gunowców” jest odwrotnie: w ich wizji „europejska spuścizna broni” powinna być dla Polaków-Europejczyków powodem do dumy.

Ustawa stara się więc to, w czym dojrzałe demokracje widzą własną kolektywną winę i liczne traumy do przepracowania, zredefiniować i przedstawić jako część pozytywnej ponadnarodowej tożsamości. Trudno jednak w szerszej perspektywie patrzeć na broń inaczej, niż przez pryzmat roli, jaką odegrała i niestety wciąż odgrywa w globalnej historii cierpienia i wyzysku. I nie zmieni tego nawet jej rzekoma „naturalność” czy związek z etycznego punktu widzenia bardzo wątpliwy z „rozwojem cywilizacji”. Owszem, Europejczycy przywieźli światło „archaicznym, zacofanym ludom”, ale był to rozbłysk podpalanego prochu.

Dlatego autorzy projektu najuczciwsi pozostają tam, gdzie bez ogródek piszą o kapitale, gospodarce i produkcji – o „odtworzeniu polskiego przemysłu wytwarzania broni strzeleckiej oraz amunicji, który miał piękne tradycje przedwojenne”. Za fasadą z patriotyzmu i tradycji skrywa się sojusz nacjonalistycznej nostalgii i neoliberalnej wolności gospodarczej. Pytanie tylko, czy Polacy na pewno chcą zostać zakładnikami takiego paktu ideologii i biznesu.

Istnieje bowiem realne zagrożenie, że jutro czy pojutrze obudzimy się w kraju, który pozwolenie na broń wręcza szybciej i chętniej niż prawo jazdy. I od tego, kto po nie sięgnie, będzie zależało – trochę jak w USA – jaki klimat emocjonalny zdominuje sferę publiczną. Na razie w Polsce i bez łatwego dostępu do broni mamy wystarczająco dużo wzajemnej nieufności, podziałów i ksenofobii. A nasze bezpieczeństwo wciąż zależy w przeważającej mierze od mądrych prawodawców, a nie od spluwy za pasem. Dobrego prawa – i przyjaznego państwa – nie zapewni nam ani rewolwer w schowku, ani AK-47 w bagażniku. Jeśli zauważymy, że coś się pod tym względem zmieniło – cóż, wtedy zapewne nie będzie już demokracji.