„Ptaki śpiewają w Kigali” to film napiętnowany śmiercią – nie tylko miliona ofiar rzezi, ale też odejściem ludzi, którym polskie kino wiele zawdzięcza.

6 kwietnia 1994 roku nad Kigali, stolicą Rwandy, zestrzelono samolot prezydencki z głową państwa na pokładzie. Do zamachu nikt się nie przyznał, ale podejrzewa się, że to dzieło ekstremistów z rządzącego wówczas plemienia Hutu, którzy nie mogli pogodzić się z  dopuszczeniem do władzy przedstawicieli plemienia Tutsi – zmianą wymuszoną przez ONZ, a przewidzianą w porozumieniu z Aruszy, kończącym kolejną wojnę domową.

Wkrótce po katastrofie bojówki Hutu wdarły się do rezydencji premier Rwandy i dokonały mordu na niej, jej rodzinie i belgijskich komandosach z obstawy. W ciągu godziny milionowa stolica i cały kraj, o powierzchni mniej więcej województwa wielkopolskiego, został przegrodzony tysiącami zapór i barier.

Zaczęła się rzeź Tutsi, świetnie zaplanowana i wręcz powszechna, łatwa, każdy bowiem w swoim dowodzie tożsamości miał wpisaną przynależność plemienną, pozostałość po belgijskiej kolonizacji. W sto dni wymordowano około miliona osób, dziesiątą część populacji, a stało się to przy niemal całkowitej bierności państw zachodnich i ONZ, która nie zdecydowała się na rozszerzenie mandatu stacjonujących w kraju sił pokojowych.

To był największy blamaż organizacji w historii. Dopiero pod koniec czerwca do Rwandy wkroczyli Francuzi i zaprowadzili porządek. Władzę w Kigali przejęli Tutsi i wzięli odwet, w efekcie którego rozpoczęła się masowa emigracja milionów Hutu do krajów sąsiednich, co z kolei doprowadziło do eskalacji tamtejszych konfliktów etnicznych. Trwały one aż do wybuchu dwóch wojen domowych (1996-2005) w ówczesnym Zairze, obecnie Kongu, zakończonych upadkiem dyktatora Mobutu Sese Seko, ale i śmiercią blisko 6 mln ludzi.

Jak widać z tego pobieżnego przeglądu wydarzeń, zignorowane przez świat zachodni ludobójstwo w Rwandzie miało poważne międzynarodowe reperkusje, trwające zresztą do dziś. To wynik nie tylko kolonializmu, ale i nieumiejętnie prowadzonej polityki postkolonialnej – zarówno przez dawne metropolie, jak i ścierające się siły na kontynencie afrykańskim.

Rwanda zasługuje na swoją elegię, lament, a może wręcz rapsod, a na pewno na swoje „Pola śmierci”, które – jak film Rolanda Joffé w przypadku Kambodży – wbiłyby w społeczną świadomość tragedię nie tyle małego kraju w środku Afryki, ile całej ludzkości.

Choć ludobójstwo jest przewodnim wątkiem filmu, nie ma w nim obrazu rzezi

Być może taki zamysł kierował Krzysztofem Krauze i Joanną Kos-Krauze, kiedy przystępowali do realizacji filmu „Ptaki śpiewają w Kigali”. To miała być międzynarodowa koprodukcja z udziałem Nicka Nolte, który wprawdzie już zagrał w ikonicznym filmie o tamtej tragedii, „Hotel Rwanda” (2004), ale wkrótce po premierze okazało się, że Paul Rosesabagina – hotelarz Hutu, który miał uratować od zagłady około tysiąca Tutsi, i bohater filmu – jest postacią nie tak kryształową, jak wynikało z jego relacji.

Jeśli nawet taki zamysł przyświecał małżonkom Krauze, to w swej wersji ostatecznej ich film jest inny. Przede wszystkim dlatego, że mamy do czynienia z filmowym obrazem napiętnowanym śmiercią. Nie tylko milionem ofiar rzezi, ale dwoma odejściami ludzi, którym kinematografia polska wiele zawdzięcza.

„Ptaki” miały być rodzajem terapii dla zmagającego się z nowotworem Krzysztofa Krauzego – znane są przypadki, kiedy twórcze wzmożenie pozwalało zapanować nad chorobą i doprowadzić dzieło do końca. Ale nie tym razem: podobno zawieziony na plan Krauze nagle poczuł się gorzej – jakby wyczuł, że nie podoła zamierzeniu. Nadal jednak walczył o ten film, prawdopodobnie umowę na pieniądze z PISF udało się sfinalizować na dwa dni przed jego śmiercią, w grudniu 2014 roku.

Po raz kolejny rozpędzona machina musiała się zatrzymać w sierpniu 2016 roku, kiedy zmarł operator Krzysztof Ptak. Joanna Kos-Krauze wyreżyserowała film sama (jakkolwiek w napisach Krzysztof pozostaje współreżyserem), zaś operatora zastąpiła najpierw Józefina Gocman, która Ptakowi szwenkowała (prowadziła kamerę), a następnie Wojciech Staroń – autor zdjęć równie zasłużony dla polskiego kina, lecz o odmiennej niż Ptak wrażliwości.

Fabułę filmu „Ptaki śpiewają w Kigali” można streścić w kilku zdaniach. Polska ornitolog Anna prowadzi w Rwandzie badania nad kurczeniem się tamtejszej populacji sępów. Nadchodzi kwiecień 1994 roku, zaczyna się czas ludobójstwa. Kobieta pakuje się do podróży powrotnej. W jednej ze skrzyń znajduje Claudine, dorosłą córkę swego rwandyjskiego współpracownika z plemienia Tutsi. Ryzykując życie, wywozi dziewczynę do Polski. Claudine wybiera ośrodek dla uchodźców, ale po kilku miesiącach trafia do domu Anny – kobiety samotnej, opiekującej się umierającym ojcem. Wkrótce staje się jasne, że trzeba wrócić do Rwandy, by dokonać rozrachunku z przeszłością, wygasić traumę Claudine, ale także Anny.

Jakkolwiek ludobójstwo jest przewodnim wątkiem filmu, nie ma w nim – w przeciwieństwie do wspomnianego „Hotelu Rwanda” – obrazu rzezi. Jest za to mnóstwo symboli: masowe groby, zdesakralizowany kościół, wypełniony ubraniami zamordowanych w nim ludzi, więzienie pełne morderców z plemienia Hutu, których w żywność muszą zaopatrzyć rodziny. Najokrutniejszą sceną – jedyną tak drastyczną, ale powracającą co chwila – jest widok sępów szarpiących truchło dogorywającego zwierzęcia. Masakra Tutsi (i opowiadających się za porozumieniem Hutu, o czym dziś łatwo się zapomina) spowodowała, że populacja rwandyjskich sępów odrodziła się – do tego stopnia, że ptaszyska przegoniły inne ptaki. Tytuł filmu jest symboliczny: gdy ludzie znów usłyszą w Kigali śpiew ptaków, będzie to oznaczało, że do kraju powróciła normalność.

Ale w miarę rozwoju filmu wątek Rwandy coraz bardziej schodzi na drugi plan. Tak naprawdę chodzi tu o umiejętność radzenia sobie ze stratą – w wymiarze społecznym, ale i jednostkowym. Pokonać traumę odejścia osób najbliższych muszą obie bohaterki, ale też autorka filmu. Nie ma na to uniwersalnego sposobu, dlatego „Ptaki śpiewają w Kigali” pełne są niedopowiedzeń. Nie znamy ani ceny, jaką Anna musiała zapłacić za wywiezienie Claudine (i nie chodzi tu wyłącznie o cenę biletu), ani też powodu, dla którego zdecydowała się na tak ryzykowny krok (wyjaśnienie, jakie otrzymamy pod koniec filmu, nie jest bynajmniej do końca jasne). Tak naprawdę niewiele o Annie wiemy, poza tym, że jest ornitologiem. Nie możemy być pewni, czy realizuje własną pasję (jej ojciec kolekcjonował głosy ptaków). Ma córkę, która jednak z nią nie mieszka, ma przyjaciół gotowych jej pomóc, ale na co dzień stroni od ludzi. Aż trudno się powstrzymać od uwagi, że ze wzajemnością.

Czyżby główna bohaterka filmu była alter ego Kos-Krauze?

W zasadzie nic też nie wiemy o Claudine poza tym, że jest córką ornitologa, ma wyższe wykształcenie i w ludobójczej rzezi straciła niemal całą rodzinę. Pojawia się w życiu Anny jak wyrzut sumienia. Dopuszczalna jest nawet interpretacja, że nie jest osobą fizyczną, a jedynie wytworem wyobraźni, zmuszającym kobietę do przepracowania dręczącej ją traumy, do powrotu do Rwandy i zarzuconych badań.

Czyżby więc Anna stawała się wraz z rozwojem akcji filmu alter ego Joanny Kos-Krauze? Podobnie jak jej bohaterka, reżyserka filmu nasiąkła wiedzą o Rwandzie i skutkach rzezi, dotknęła jej, obcując na planie z ofiarami i świadkami ludobójstwa, gotowa jest się dzielić wiedzą z innymi – ku przestrodze całemu światu. Wcześniej jednak musi pokonać własną traumę, spowodowaną odejściem męża i najbliższego współpracownika, i odpowiedzieć sobie na mnóstwo pytań – o sens życia, o to, jaką drogą pójść dalej.

Otrzymana przez Annę koperta z zapisem głosów ptaków z Kigali nie cieszy, to ledwie znak słuszności obranego kierunku. Odpowiedź na pytanie „co dalej?” jeszcze nie nadeszła.