Polski Kościół jest głęboko dotknięty chorobą klerykalizmu. Oznacza to dworskie zależności służbowe i personalny układ.

Gdy półtora roku temu przeżywaliśmy niedoszły ingres arcybiskupa Wielgusa, miałem wrażenie, że jestem na Titaniku, który wpłynął na górę lodową. Spodziewałem się zresztą, że historia potoczy się podobnie jak w przypadku słynnego zderzenia: mimo że woda zaczęła konsekwentnie zalewać niższe piętra statku, wszystko jak gdyby wróciło do normy – orkiestra dalej grała, a pary obracały się w rytmie walca.

Dziś wprawdzie nie wiem, czy miałem wówczas rację i czy porównanie jest trafne, jedno jednak jest pewne: orkiestra naszego Kościoła gra dalej, jak gdyby nic się nie stało. Kryzys, który przeżyliśmy, nie doczekał się – czy coś naprawdę ważnego przeoczyłem? – poważnego rozliczenia. Sytuacja Kościoła w Polsce nie została wieloaspektowo i dogłębnie przeanalizowana. Poniższy tekst nie ma oczywiście ambicji podjąć zadania, które mogłoby wypełnić wyłącznie całe środowisko, ma być jedynie głosem w sprawie. Dla księdza, którym jestem, to zresztą sprawa najważniejsza.

Przyszłość Kościoła w Polsce będzie zależeć od tego, czy weźmie on udział w procesie modernizacji

Ostatnie lata upływają nam pod znakiem prób modernizacji państwa i społeczeństwa oraz niekończących się dyskusji na ten temat. Trudno się temu dziwić: nowe możliwości, które zostały przed nami otwarte przez członkostwo w NATO i Unii Europejskiej, powinny zostać jak najlepiej wykorzystane. Unowocześnianie wzbudza dużo emocji: szczególnie młodsze pokolenie zdaje sobie sprawę, że stoi przed szansą cywilizacyjnego skoku, który może pomóc nam dogonić zarówno pod względem materialnym, jak i co do procedur działania społeczeństwa obywatelskiego, grupę najlepiej rozwiniętych krajów świata. Oznacza to, że przyszłość Kościoła w Polsce będzie zależeć w dużej mierze od tego, czy i w jakim charakterze będzie potrafił on wziąć udział w procesie modernizacji. Najmłodsze pokolenie precyzyjnie i bezwzględnie rozliczy Kościół pod tym względem.

Kościół – lekarz czy hamulcowy?

Modernizacja podejmowana wewnątrz Unii nie jest projektem światopoglądowo całkowicie neutralnym. Wyrasta z oświeceniowych ideałów, które, jak wiadomo, instytucjom konfesyjnym nadzwyczaj przychylne nie są. Jeśli pokusić się o przekucie majaczącej w tle ideologii na prosty slogan, stosunek do religii można byłoby dość adekwatnie podsumować: „rozum zamiast autorytetu” (wiary).

Co ciekawe, Kościół katolicki ma wobec takiego podejścia bardzo dojrzałą odpowiedź. Charles Journet jeszcze przed ostatnim Soborem ujął ją zwięźle: „rozum nie jest po to, by się adorować, ale by się ofiarować”. Ludzka racjonalność może spełnić się wyłącznie wtedy, gdy odrzuci narcystyczną samowystarczalność i pozostanie otwarta na „coś więcej”. Przy tym jednak –  tu dochodzę do sprawy kluczowej – nie chodzi, broń Boże, o odrzucenie lub zanegowanie rozumu! Jest on przecież największym wśród naturalnych darów, które otrzymaliśmy od Stwórcy. Chodzi o współpracę i wzajemną inspirację między rozumem a wiarą religijną. Encyklika „Fides et ratio” Jana Pawła II wyraziła to za pomocą obrazu dwóch skrzydeł, które są potrzebne, by ludzki duch mógł wznieść się do kontemplacji prawdy.

Oświeceniowe „rozum zamiast autorytetu” znajduje więc w Kościele korektę w postaci koniunkcji „rozum i autorytet”. Propozycja wyrasta z  wielowiekowej refleksji. Ma jednak jednocześnie swoją aktualność: może być lekarstwem na ponowoczesne niepokoje i zagubienie. Epoka nowożytna nauczyła nas bowiem, że rozum pozostawiony sam sobie nie wystarczy – jest albo tyranem, który zachowuje się niesłychanie okrutnie, albo niepewnym siebie Hamletem, nieustannie rozważającym samobójstwo i pozostawienie nas na pastwę niekontrolowanej w żaden sposób irracjonalności.

Rozum i wiara mają się nawzajem wspierać i prowadzić

Cierpliwe przypominanie, że rozum i autorytet mają się nawzajem wspierać i prowadzić, jest drogą wyjścia ze ślepej uliczki, w którą zabrnęła nowożytność. Co więcej, to właśnie wspomniana katolicka koniunkcja może dać metafizyczną podstawę dla projektu modernizacji, który przecież od końca epoki nowożytnej stracił swoje ideowe uzasadnienie i toczy się dalej głównie siłą rozpędu.

Niestety, przedstawiony styl myślenia – choć konsekwentnie potwierdzany przez najważniejsze dokumenty Kościoła, należący do istoty katolickiej tożsamości – pozostaje wciąż martwą literą. Styl działania polskiego Kościoła dużo trafniej opisywałaby formuła „autorytet zamiast rozumu” niż wspomniana niosąca zdrowie koniunkcja. Odnosząc się do oświeceniowej ideologii, Kościół wciąż wchodzi w postawę adwersarza, choć bynajmniej prostym oponentem wobec Oświecenia nie jest. Prowadzi to w konsekwencji do obsadzania się w roli „hamulcowego” modernizacji, podczas gdy można byłoby w niej odegrać rolę dużo bardziej aktywną i twórczą.

Rozum, czyli miałkość refleksji

Rodzi się pytanie: jeśli moja diagnoza jest słuszna, jeśli stan faktyczny zgadza się z przedstawionym opisem, to dlaczego Kościół w Polsce nie potrafi uruchomić potencjału, którym dysponuje?

Spotkanie z racjonalnością programowo nieufną wobec wiary stawia kościelnej refleksji poprzeczkę bardzo wysoko. W ciągu ostatnich wieków teologowie musieli naprawdę uwijać się jak w ukropie, by zmierzyć się z pytaniami obudzonymi przez nowe podejście do religii. świadomość pluralizmu religijnego i złożonej historii wszelkich wierzeń, nowe wymagania w podejściu do tekstu biblijnego, brak harmonii – przynajmniej dla powierzchownego obserwatora – między wynikami nauk empirycznych a nauczaniem wiary to tylko niektóre z problemów, które trzeba było ogarnąć poważnym i dogłębnym badaniem. Jeśli dodać do tych rzeczywistych wyzwań agresywną i hałaśliwą kontestację, trudno się dziwić, że z zachowaniem spokoju w reakcjach miała kłopot nawet Stolica Apostolska, odnosząc się czasem do krytyk i nowych propozycji zbyt nerwowo – pomyślmy choćby o próbach zażegnania kryzysu modernistycznego.

Kościół polski był wobec światopoglądowych sporów po II wojnie światowej w sytuacji dość szczególnej. Z jednej strony ideologia programowo laickiego państwa stwarzała potrzebę apologetyki i obrony wiary za pomocą racjonalnych argumentów. Z drugiej jednak strony ideowy spór w naszym kontekście nie miał przede wszystkim racjonalnego charakteru. Kościół stał się w PRL przestrzenią wolności i jako jej obrońca zyskał społeczną życzliwość. Bez wątpienia zresztą zdał w ten sposób swój dziejowy egzamin.

Kościół po 1989 roku uległ pokusie odcinania kuponów od przeszłości

Niestety, po 1989 roku pojawiła się pokusa odcinania kuponów od przeszłości i Kościół jej uległ – nie zabrał się dostatecznie szybko i konsekwentnie do budowania intelektualnej tradycji, która byłaby w stanie zmierzyć się z prądami ideowymi nowożytnego i ponowożytnego świata. Wprawdzie powstało wiele nowych wydziałów teologii, ale paradoksalnie skutek ich działalności nie jest na krótki dystans pozytywny: mocne ośrodki uległy osłabieniu, a akademicka oferta Kościoła prowincjonalizacji.

Musi to mieć przełożenie na katechezę i sposób głoszenia. Polski inteligent wychodzi po niedzielnej Eucharystii (o ile się w ogóle na nią wybierze) często sfrustrowany. Ewangelia nieskonfrontowana z ogniem nowożytnej krytyki może mu wydać się naiwną bajeczką, którą miło było wyznawać w dobrej – ale niestety już dla naszego pokolenia bezpowrotnie zamkniętej – epoce, gdy zaangażowanie religijne otrzymywało się z mlekiem matki, a kościół stał na najwyższej górce. Ktoś, kto dziś musi nieustannie zdobywać się na wybór wiary, rzadko w naszych kościołach może liczyć na intelektualną pomoc.

Wola, czyli choroba klerykalizmu

Niestety, przedstawiona sytuacja nie jest wynikiem zaniedbań wyłącznie  intelektualnych. Postawa „autorytet zamiast rozumu” ma swoje przyczyny także, a może przede wszystkim, w podejściu do sprawowania władzy. Nietrudno się przecież domyślić, jaki model jest wygodniejszy dla przełożonych. Konfrontacja z postoświeceniową ideologią staje się dość wygodnym usprawiedliwieniem stosunków zależności, które z Ewangelią często niewiele mają wspólnego.

Polski Kościół jest głęboko dotknięty chorobą klerykalizmu. Oznacza to dworskie zależności służbowe i personalny układ. Dworski model sprawowania władzy charakteryzuje się budowaniem przepaści między przełożonym, od którego wszystko zależy, a podwładnymi, którzy mają doń dostęp bardzo ograniczony.

W naszym Kościele istnieją zresztą dwie takie przepaści: zarówno między duchowieństwem wyższym (biskupi) a niższym (kapłani), jak i – druga przepaść w jakiejś mierze kopiuje pierwszą – między duchownymi a świeckimi. Rola dworu polega na troszczeniu się o to, by sprawujący władzę spełniał jej oczekiwania i był zadowolony – dzięki selekcji informacji, które doń dochodzą i przez wskazywanie właściwej perspektywy interpretacji rzeczywistości, która pozwala podtrzymywać pożądany obraz. Funkcje te dwór spełnia dzięki personalnemu układowi. Ten zaś dobrze znamy: koledzy z kolegami kolegom… Zamiast kompetencji decydują znajomości.

Ewangeliczną drogą reform jest nawrócenie

Oczywiście, Kościół nie ma monopolu na tak rozumiany układ zależności. Nie brak także miejsc w polskim Kościele, które na szczęście nie mają nic wspólnego z przedstawionym opisem. Obawiam się jednak, że oddaje on wciąż trafnie sytuację niejednej diecezji bądź parafii. Indolencja władz kościelnych w reakcji na nadużycia poznańskiego hierarchy, traumatyczny styczeń ubiegłego roku w Warszawie, czy brak reakcji szczecińskiej kurii na sygnały o molestowaniu nieletnich są egzemplifikacjami patologicznych zależności aż nazbyt dosadnymi i bolesnymi. Trzeba więc zacząć odważnie o tym problemie mówić. Także dlatego, że hierarchiczna struktura władzy w Kościele pozwala łatwo sankcjonować klerykalne stosunki i utrudnia z nimi walkę. Wszelką krytykę można bez nadzwyczajnego wysiłku przedstawiać jako niewierność Kościołowi, poddawanie się wpływom mediów i szarganie świętości.

Chciałbym przy tym zaznaczyć, że kluczem do rozwiązania problemu klerykalizmu nie są, moim zdaniem, reformy strukturalne. Pomysł prostego przekalkowania Monteskiuszowego trójpodziału władzy do zorganizowania życia Kościoła nie uwzględnia sakramentalnego charakteru władzy biskupa, czy szerzej – każdego pasterza. Hierarchia oznacza dosłownie „święte źródło”. Absolutne pierwszeństwo biskupa i zakres jego władzy mają głęboko symboliczne znaczenie: przypominają, że jesteśmy zaproszeni do wejścia w przestrzeń, która nie jest przez nas wygenerowana, która była i jest „przed nami” i zostaje nam – niezależnie od naszych wysiłków i pomysłów – podarowana.

Ewangelia ma inną drogę reform. Jest nią nawrócenie. Nie chodzi przy tym bynajmniej wyłącznie o nawrócenie pasterzy, ale o nawrócenie każdego chrześcijanina. Gdybyśmy bowiem potrafili trochę mężniej stawiać sobie nawzajem wymagania, bardziej jednoznacznie i w sposób bardziej stanowczy reagować na arogancję i zaniedbania – na przykład nie godzić się na trywializację i infantylizację naszych kontaktów z biskupami, albo choćby lepiej wykorzystać kolędową wizytę, dzieląc się swoimi uwagami krytycznymi z odwiedzającym nas kapłanem – jest całkiem prawdopodobne, że ten tekst w ogóle nie byłby potrzebny.

Uczucia, czyli potrzeba wroga

Istnieje jeszcze trzeci powód, ze względu na który formuła „autorytet zamiast rozumu” często bardziej nam odpowiada. Otóż, człowiek po prostu potrzebuje emocji. A emocje łatwiej generuje się za pomocą tez jednostronnych. Tylko takie prowokują i wywołują reakcję. Dlatego nauczanie Kościoła, które domaga się wyważenia racji, rozróżniania i cieniowania, łatwo staje się łupem manipulatorów – zresztą bardzo różnie usytuowanych, jeśli chodzi o wyznawane poglądy i zajmowaną pozycję – którzy gotowi są zamienić mozolne poszukiwanie prawdy w mniej lub bardziej efektowne spory dopasowane do potrzeb medialnego spektaklu.

Zaskakuje mnie i niepokoi, że tak łatwo daje się z pasterzy czy katolickich publicystów wydobyć agresję i postawy niechęci. Czyżbyśmy nie potrafili budować własnej tożsamości bez pożywki negatywnych emocji? Sposób traktowania niektórych uczestników publicznej debaty w katolickich mediach (nie myślę bynajmniej wyłącznie o Radiu Maryja) sprawia wrażenie, jak gdyby wypowiadający się czasem zapominali, że prawda Ewangelii jest adresowana za ich pośrednictwem także do adwersarzy Kościoła i nie wolno im – jako chrześcijanom – ani na moment o tym zapomnieć.

Rozpolemizowanie dyskusji sprawia także, że niektóre ważne racje muszą pozostać całkowicie poza zasięgiem refleksji. O ile bowiem „twardy” spór pozwala tworzyć precyzyjne protokoły rozbieżności, o tyle „miękkie” debaty są szansą na bardzo potrzebną podróż w głąb dyskutowanych zagadnień. Zdaję sobie sprawę, że „miękka” wersja wymiany poglądów nie budzi entuzjazmu mediów. Od tego jednak, na ile uda nam się przekonująco i atrakcyjnie zaproponować właśnie taki sposób intelektualnych poszukiwań, zależy głębia i poziom światopoglądowych dyskusji, które bez wątpienia czekają nas w najbliższym czasie.

Wspólnota małej łodzi

Kościół w Polsce nie przeżywa dziś z pewnością spektakularnej katastrofy. Dokonujące się procesy mają charakter długofalowy, trudno je też jednoznacznie zaklasyfikować. Nie powinno to jednak usypiać naszej czujności, stawać się wymówką od rzetelnej i – tam, gdzie trzeba, także bolesnej – analizy.

Dyskusja światopoglądowa, która już się rozpoczęła w związku z modernizacją społeczną z pewnością w ciągu najbliższych lat będzie nabierać rozpędu. Jest ona dla Kościoła wyzwaniem, ale i wielką szansą. Pozwala wyzwolić nową energię – przypomnieć całemu społeczeństwu o najbardziej fundamentalnych elementach chrześcijańskiego stylu życia i postrzegania rzeczywistości. Nie uda się jednak tej szansy wykorzystać, jeśli biorąc w niej udział, nie odnajdziemy w sobie właściwej postawy.

Dyskusja światopoglądowa jest dla Kościoła wielką szansą

W poszukiwaniach takiej postawy nie pomaga nam spotykane często wśród duchownych przeświadczenie, że jesteśmy największym i najwspanialszym z europejskich Kościołów lokalnych, który świetnie sobie radzi i do którego inne „córy” Kościoła powinny przybywać wyłącznie po nauki. Za bardzo przypomina to dobre samopoczucie pasażerów Titanika.

Dużo bardziej odpowiednie jest podejście, które proponował ongiś Joseph Ratzinger. Jak wiadomo, jednym z określeń, do których lubił się odwoływać dla wyjaśnienia, czym jest Kościół, w jakiej jest sytuacji i jakich wyzwań winien się spodziewać, jest „wspólnota małej łodzi”. Im prędzej dostrzeżemy, że to naprawdę znacznie lepszy obraz dla budowania tożsamości Kościoła – tym skuteczniej stawimy czoło nadciągającej wysokiej fali. Małe łodzie są przecież dużo bardziej sterowne.

Tekst ukazał się w miesięczniku Więź”, nr 6/2008.