Zajmuję się pomocą humanitarną od 23 lat, ale nie jestem w stanie widzieć pozytywnie losów naszego świata – mówi Roman Majcher, kierownik biura ECHO w Tajlandii.

Bartosz Bartosik: „Zaadoptował” Pan jednego uchodźcę. Jak do tego doszło?

Roman Majcher: To Tahir, pakistański ahmadijja, czyli wyznawca nieortodoksyjnego odłamu islamu, znienawidzonego przez innych. W Pakistanie być ahmadijją jest jeszcze gorzej, niż być chrześcijaninem. Tahirowi udało się dostać do Tajlandii, gdzie został wykorzystany przez handlarzy ludźmi, z czego udało mu się po jakimś czasie wyzwolić. Następnie pracował na czarno i był wykorzystywany przez swojego pracodawcę w sposób najbardziej brutalny, jaki sobie można tylko wyobrazić.

Udało mu się w końcu trafić do biura UNHCR (Wysoki Komisarz ds. Uchodźców ONZ) i złożyć podanie o ochronę. W Tajlandii tacy jak on nie mają jednak żadnych praw, gdyż kraj ten – jak większość krajów Azji Południowo-Wschodniej – nie jest stroną konwencji genewskiej. Tahir nie może w Tajlandii pracować, nie ma dostępu do służby zdrowia ani niczego innego. Co robić, żeby przeżyć, skoro UNHCR jest tam niedofinansowany? 80-90 proc. takich osób zajmuje się prostytucją w tym mocno turystycznym kraju, a dość duża grupa ludzi kończy, handlując czymkolwiek się da, pewnie również narkotykami. Pozostali znajdują pracę na czarno i stają się nowoczesnymi niewolnikami.

Jak poznał Pan Tahira?

– Żebrał pod restauracją, w której jadłem. Widać było, że jest obcokrajowcem, podszedłem spytać się go, czy jest głodny i jak tutaj trafił. Zaprosiłem go na obiad, zaczęliśmy długo rozmawiać i tak poznałem jego historię. W wielkim skrócie: Tahir przygotowywał się do operacji wycięcia nerki, za co miał obiecane 500 dolarów. Nie wiedziałem wówczas, czy na pewno mówi prawdę, ale poszedłem zobaczyć miejsce, w którym mieszka. Warunki były potworne, mieszkał wraz z innymi ahmadijja, a mimo to było u nich bardzo czysto i przyjemnie, czym zdobyli moje zaufanie. Pomyślałem sobie, że nawet jeżeli on sobie wykalkulował, że znalazł jakiegoś naiwnego białego z pieniędzmi, to co z tego?! Nawet jeśli kłamał w sprawie tej nerki, to rzeczywiście mu się nie przelewało. Jak się później okazało, wcale nie kłamał…

Pracując w Somalii czy Sudanie, człowiek właściwie decyduje się na bycie samemu

Doszedłem do wniosku, że może nadszedł czas na to, by nie zatrzymywać się tylko na wypełnianiu swoich obowiązków służbowych, ale zaangażować się też osobiście w czyjąś historię i poczuć trochę osobistej odpowiedzialności. Nigdy nie będę miał rodziny, ponieważ pracując w Somalii czy Sudanie, człowiek właściwie decyduje się na bycie samemu. A jednak zawsze chciałem mieć swoje dzieci, pomyślałem: dlaczego nie wziąć pod swoją opiekę Tahira, który wtedy stał na skraju życia i śmierci? Miałem okazję zrobić coś dla jednej osoby i to nie ze swojego kaprysu, bo akurat miałem więcej pieniędzy, lecz dlatego, że trafiłem na człowieka w naprawdę wielkiej biedzie, któremu mogłem kompleksowo pomóc od początku do końca.

Zdarzyło się, że moja mama przyjechała do mnie z Nowego Sącza w odwiedziny. Tahir się nią opiekował, kiedy ja chodziłem do biura, co było bardzo śmieszne, ponieważ Tahir nie mówił ani słowa po polsku, ona ani słowa po angielsku. Wiązało się to z koniecznością rozmowy przez Google Translate. Po dziesięciu godzinach byli najlepszymi kumplami!

Spytałem się mamy, jak się na to zapatruje, żeby Tahir stał się częścią naszej rodziny, cokolwiek to oznacza pod względem prawnym i cokolwiek o tym ludzie powiedzą. Mama odpowiedziała, że jest stara, nie rozumie tego do końca, ale cokolwiek zrobię, będzie mnie wspierała.

Jak dziś wygląda sytuacja Tahira?

– Przeprowadziliśmy go do mnie do domu w Bangkoku, gdzie mieszka i mi pomaga. Ma zabezpieczone wszystkie potrzeby życiowe, dostał oficjalnie status uchodźcy, w związku z czym jest uznany za osobę, która potrzebuje międzynarodowej pomocy ze względu na prześladowania religijne. Ze względu na wspomniane wcześniej kwestie krajem udzielającym tej pomocy nie może być Tajlandia, dlatego jako rodzina staramy się mu znaleźć inne, bezpieczne miejsce do życia.

Nawet jeśli on sobie wykalkulował, że znalazł naiwnego białego z forsą, to co z tego?

Chcieliśmy, żeby przyjechał do Polski, bo mamy tu dla niego dom. Nie chcę mówić o inicjatywach, które ze znajomymi i różnymi organizacjami podjęliśmy, żeby go tutaj sprowadzić. Wszelkie próby zakończyły się jednak zdecydowanym „nie” ze strony polskiej administracji, pomimo tego, że Tahir ma tutaj mieszkanie, mamy dla niego załatwioną pracę… Byliśmy gotowi przejść przez wszystkie procedury dla sprawdzenia jego przeszłości, ale słyszeliśmy ciągle tylko „nie”, bez żadnych wyjaśnień.

Czy to jakoś wpłynęło na Pański stosunek do Polski?

– Poczułem się odrzucony przez własny kraj. No bo skoro jego przedstawiciele mówią mi, że nie chcą tutaj widzieć osoby, którą – niezależnie co inni o tym myślą – uważam za członka mojej rodziny, to jak ja mogę się tutaj czuć dobrze?

Dlatego podjęliśmy próbę relokacji Tahira do innych krajów, najbliżej jest mu w tym momencie do Kanady. Moi kanadyjscy przyjaciele zgodzili się na bycie jego oficjalnymi sponsorami w kraju. Jeszcze długa droga do sukcesu, ale do skutku będziemy się starali zapewnić Tahirowi bezpieczne miejsce do godnego życia.

Czym jest ECHO, której przedstawicielem jest Pan w Bangkoku?

– Zgodnie ze swoją nazwą, ECHO (European Civil Protection and Humanitarian Aid Operations) zajmuje się ochroną ludności i pomocą humanitarną z ramienia Komisji Europejskiej. Jesteśmy jakby niezależnym ministerstwem Komisji Europejskiej, którego celem działania są interwencje humanitarne. Funkcjonowanie ECHO opiera się na Europejskim Konsensusie Humanitarnym, którego sygnatariuszami są wszystkie kraje UE i niektóre spoza Unii. Dokument ten mówi, że pomoc humanitarna należy się niezależnie od politycznych interesów, od religii i kraju pochodzenia osoby wspieranej.

Działamy na niemal całym świecie. Zajmujemy się tylko i wyłącznie pomocą humanitarną, nie rozwojową. Pomoc humanitarna ratuje życie, ewentualnie dobytek ludzki – zarówno wskutek kryzysu naturalnego, trzęsienia ziemi, suszy, wybuchu wulkanu, jak i w przypadku kryzysu wywołanego działalnością ludzką. To mogą być zmiany klimatu, wojny, konflikty itd.

Długo zajmuje się Pan pomocą humanitarną?

– W ECHO pracuję od 6 lat. Obecnie jako ekspert humanitarny jestem szefem biura i kierownikiem projektów w niektórych krajach Azji Południowo-Wschodniej. Ale pomocą humanitarną zajmuje się już od 23 lat. Pracowałem głównie w Afryce i w Azji.

Czy przy tak długim stażu pracy jest takie miejsce, które najbardziej zapadło Panu w pamięć?

– Było wiele takich miejsc i wydarzeń, ale najbardziej chyba Sudan Południowy, ponieważ jest on historią wielkiej społecznej euforii…

… i wielkiego, niewykorzystywanego potencjału naturalnego.

– No właśnie, a kiedy Sudan Południowy powstawał w 2011 roku – ciężko było nie poddać się euforii społecznej, która ogarnęła cały kraj i sięgała także poza jego granice. Niestety, od początku było także widać, że ta niepodległość nie była przygotowana pod żadnym względem: politycznym, finansowym, administracyjnym i przede wszystkim społecznym. Ogromne podziały na grupy etniczne, w pewnym stopniu także religijne, były tak oczywiste, że nikt się tym nie zajmował, ówczesna euforia była ewidentnie na wyrost. Przestrzegaliśmy przed tym, podpowiadaliśmy politykom, że trzeba na to uważać. Nic w tych sprawach nie zrobiono i sytuacja potoczyła się według najgorszego możliwego scenariusza.

Co szczególnie zapamiętał Pan z okresu pracy w Sudanie Południowym?

– Byłem tam m.in. w 2014 roku, w samym środku wojny. To był najgorszy rok mojego życia. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu zmieniałem miejsca, w których byłem. A w każdym z nich – to samo. Trafiałem do kolejnych miejscowości ze spalonymi kościołami, meczetami, każde miasteczko pokryte było masowymi grobami. Oglądałem to codziennie w poczucie kompletnej bezsilności – nie miało znaczenia, czy miałeś do rozdysponowania 300 milionów czy 3 miliardy euro, bo tym ludziom już nie można było pomóc.

Sytuacja w Sudanie Południowym to wielki wyrzut sumienia dla współczesnego świata

Gdziekolwiek się ruszyłem, napotykałem nienawiść, brak nadziei na to, że w najbliższych latach sytuacja się poprawi, ludzie po wszystkich stronach konfliktu przekroczyli Rubikon, nie mogą się już wycofać ze strategii mordów i okrucieństw. Odwiedziłem między innymi obóz dla uchodźców wewnętrznych. W warunkach, które – o ile piekło istnieje – można nazwać piekłem na ziemi, było tam 40 stopni, na niecałym kilometrze kwadratowym ścieśniło się 20 tysięcy ludzi. Jedni na drugich, bez wody i prądu, w miejscu, gdzie co 10 minut wybucha jakaś nowa awantura, bo jest zbyt dużo ludzi, gdzie jest malaria, cholera, gdzie są gwałty wewnątrz i na zewnątrz. I nic z tym nie można zrobić…

A był Pan tam wysłany jako przedstawiciel tego „lepszego świata”, bogatego i cywilizowanego. Jak Pan się z tym czuł?

– Cokolwiek tam się zrobi, to nic nie znaczy. Pomożesz pięciu, dziesięciu, a może piętnastu osobom, czasem nawet tysiącu się pomoże… Ale na dziś 40 proc. Sudańczyków z Południa jest skrajnie wyczerpanych z głodu – oni w ciągu najbliższych 2-3 lat prawdopodobnie umrą z głodu, to jest jakieś 5-6 milionów ludzi. I to tylko w tym jednym kraju! Cokolwiek teraz zrobimy, czy uratujemy 500, czy 600 osób – to już jest za późno. Sytuacja w Sudanie Południowym to wielki wyrzut sumienia dla współczesnego świata. My po prostu, jako ludzie, daliśmy plamę. Większej nie mogliśmy dać.

W czasie, gdy tam byłem, zaczęły się straszne komentarze ze świata, z którego pochodzę – nie tylko z Polski, nazwijmy to ogólnie „światem zachodnim” – że ci ludzie są sami sobie winni, że są leniwi, bo są czarni i nie chcą się uczyć… Jak nigdy wcześniej odczułem wtedy dysonans między deklarowanymi wartościami „świata zachodniego” a praktyką.

Osobiście dało to u mnie początek czemuś, co nazwałbym zwątpieniem, z którym do dziś nie mogę sobie poradzić. Nawet jeśli jestem dziś w bezpieczniejszym miejscu, nawet jeśli nie widuję tak potwornych rzeczy jak wtedy, to tamten czas zapoczątkował moją własną degenerację. Sudanu nie zapomnę, pod wieloma względami. Spędziłem tam ok. 10 lat, on został w moim sercu, jest częścią mnie. Gdy widzę, że dziś jest tam jeszcze gorzej, przeszywa mnie dreszcz. Dodaj do tego wydarzenia z innych krajów świata: z Jemenu, z Syrii, Mjanmy i sytuacji Rohingów – których problem jest bardzo skomplikowany – to jest potworna porażka.

Byłem niedawno w Bangladeszu, gdzie na powierzchni kilku polskich województw mieszka 180 milionów ludzi. Z tego biednego kraju, położonego w depresji geograficznej – która w przeciągu kilkudziesięciu lat zostanie w wielkiej mierze zalana przez morze – ok. 30 milionów ludzi będzie musiało się przesiedlić. A my dziś mamy w Europie kłopot z milionem… Naprawdę nie jestem w stanie widzieć pozytywnie losów naszego świata.