„Lem. Życie nie z tej Ziemi” to fantastyczna i pasjonująca książka. Jedna z najlepszych w tym roku.

Nie ma co ukrywać. Lem był w polskim świecie literatury zjawiskiem absolutnie wyjątkowym. Jeden z najważniejszych twórców w gatunku, w którym Polacy nie mieli niemal żadnych znaczących tradycji. Człowiek z kraju za żelazną kurtyną, który zrobił światową karierę. Wojciech Orliński w swojej biografii „Lem. Życie nie z tej ziemi” próbuje rozwikłać zagadkę, skąd wziął się ten pisarski fenomen.

Zacznę od osobistego wyznania – nie jestem i nigdy nie byłem wielkim fanem Stanisława Lema. Lata temu przeczytałem „Solaris”, „Powrót z gwiazd”, „Dzienniki gwiazdowe”, „Opowieści o pilocie Pirxie” i może jeszcze jedną lub dwie książki. Podobały mi się. Zrobiły wrażenie, ale nie oszołomiły. Mimo to biografię Lema pochłonąłem przez niecałą dobę. To powinno wystarczyć za rekomendację każdemu, kto zastanawia się, czy warto po nią sięgnąć.

Orliński wykonał kawał dobrej, reporterskiej roboty. Krok po kroku odtworzył życiorys Stanisława Lema, który na pierwszy rzut oka wydawał się być dość zwyczajny, wręcz nudny. Jakby wszystkie tragiczne wydarzenia polskiej historii XX wieku przeszły obok największego twórcy polskiej fantastyki, ledwo go dotykając. On sam zaś chętnie, wydawałoby się, dzielił się swoimi przeżyciami. Napisał autobiograficzny „Wysoki Zamek” i był bohaterem dwóch wywiadów rzek (autorstwa Stanisława Beresia i Tomasza Fijałkowskiego).

Powstaje w ten sposób obraz pisarza o tyle wyjątkowego, że wybiegającego niemal całą swoją twórczością (jest w końcu chociażby „Szpital przemienienia”) poza polskie doświadczenie. W XX wieku definiowała je bowiem długa walka o niepodległość, krótkie i gwałtowne (teraz idealizowane) dwudziestolecie, a potem koszmar wojny, Holokaust i brutalne lata stalinizmu, po których nastąpił przaśny, ale przecież ciągle potrafiący odsłonić swoją potworną twarz, PRL. Gdzie tu miejsce na loty kosmiczne? Skąd miałyby się wziąć u nas marzenia o międzygwiezdnych przygodach? Gdzie tu opowieści o pierwszym kontakcie?

Lem był więc prawdziwym unikatem. Co więcej, działał na niwie literackiej, w której w Polsce nie było właściwie żadnych, znaczących tradycji, na których mógłby się oprzeć i do których mógłby się odwoływać. Miał też bardzo utrudniony dostęp do dokonań twórców zagranicznych. Wreszcie, ostatnia rzecz, absolutnie wyjątkowa. Mimo tych wszystkich przeciwieństw Lem osiągnął sukces światowy. Dołączył do tych kilku zaledwie polskich twórców, którzy faktycznie byli szeroko znani za granicą. I wszędzie jest uznawany za klasyka gatunku. Jak to możliwe?

Lem był prawdziwym unikatem

Orliński w swojej książce stawia mocną hipotezę. Według niego Stanisław Lem, twórca, wydawałoby się wyraźnie osobny, tak naprawdę wyrasta z polskiej historii. Gdyby nie ona, gdyby nie kolejne polskie tragedie, tego Lema, którego znamy, w ogóle by nie było. Byłby jakichś inny. Może naukowiec. Może znany na całym świecie wynalazca (pisarza fascynowały urządzenia elektryczne i mechaniczne, planował studia na politechnice). A może jeszcze ktoś zupełnie inny. Dostaliśmy pisarza, który przez całe swoje życie z uporem ukrywał okupacyjne losy i samotnie przez lata przeżywał ówczesne traumy. Twórcę docenionego w RFN i Austrii, który pomstował, że pomimo przegranej wojny i popełnionych zbrodni tamtejsze społeczeństwa „mają tak dobrze”. Człowieka, który z pełną świadomością unikał rozmów o wojennych przeżyciach i żałował zawsze, kiedy przesadnie się odsłonił. Wreszcie twórcę, który wszystko to, świadomie lub nie, przelał na karty swoich książek. Być może opowieści o gwiezdnych podróżach miały być dla pisarza formą eskapizmu. Jeśli tak, pozostała ona nieudana. Autor biografii pokazuje, jak lwowskie lata okupacji ukształtowały i twórczość, i dalsze życie twórcy „Solaris”. Pisze o tym, w jaki sposób cień tamtych wydarzeń wpływał na podejmowane przez Lema wybory, np. ograniczone zaangażowanie w działalność politycznej opozycji czy emigrację po 1981 r., która wcale formalnie emigracją nie była.

Orliński sporo miejsca poświęca też codziennym zmaganiom Lema z rzeczywistością PRL-u. Pisarz był wielkim miłośnikiem motoryzacji, ale miał też ogromne kłopoty z zakupem samochodu. Jak już mu się udało, to spadały na niego plagi usterek i awarii, o przesłanie części zamiennych musiał prosić swojego zagranicznego agenta. Jeszcze większym problemem była budowa domu. A właściwie remont już kupionego. Tylko, że ten nadawał się już tylko do wyburzenia. Opisane zostało też zaskoczenie Lema podczas jego pierwszej wizyty w zachodnim hotelu i zachwyty nad balsamem do ciała i miękkim papierem toaletowym. Wszystko to wspaniale pokazuje prawdziwe oblicze PRL-u, gospodarki wiecznego niedoboru, ciągle potykającego się o własne nogi.

Jest też obraz Lema twórcy. To nie tajemnica, że miał on ambiwalentny stosunek do fantastyki. Zdecydowanej większości nie poważał. Chwalił nielicznych autorów. Ale także o swojej twórczości często wypowiadał się w dość lekceważący sposób. Pisał ją, jak wynikało z przytoczonych przez Orlińskiego listów, głównie dla pieniędzy. Faktem jest, że jedne z najważniejszych książek (mowa o „Solaris”, „Powrocie z Gwiazd” i „Pamiętniku znalezionym w wannie”) napisał dlatego, że nabrał zaliczek na wspomniany remont domu. W chwili podpisywania umów nie wiedział jeszcze, o czym będą same powieści!

I wreszcie ostatnia twarz Lema jako twórcy, twarz osoby wiecznie niezadowolonej z recepcji własnych książek. Kogoś, komu wydaje się, że jego praca nie ma niemalże żadnego znaczenia.

Wojciech Orliński jest ostrożnym biografem, z czego trudno czynić mu zarzut. Wielokrotnie daje do zrozumienia, że więcej wie lub domyśla się, niż pisze. Potwierdza to zresztą w przynajmniej jednym wywiadzie. Woli napisać jedno słowo mniej niż dwa za dużo. Rozumiem takie podejście. Na miejscu Orlińskiego zapewne postąpiłbym identycznie. Ale u mnie jako czytelnika pozostawia to uczucie pewnego, słusznego lub nie, niespełnienia. Niemniej, to jedyna krytyczna uwaga, jaką mogę mieć do biografii pisarza. „Lem. Życie nie z tej Ziemi” to fantastyczna i pasjonująca książka. Jedna z najlepszych w tym roku.