Przyjaciele Hioba, którzy spieszą z „pociechą” i wyjaśnieniem, mają się dobrze. Już wiedzą, dlaczego zło uderzyło właśnie w mieszkańców Barcelony.

Ta rozmowa miała miejsce przed kilkoma dniami. W zakrystii kościoła, w którym odprawiam poranną Mszę św., rozmawiamy – jak to często ostatnio bywa – o pogodzie. Nie bez przyczyny, bo Zielona Góra tego lata przeżyła niejedno oberwanie chmury. Mówię, że zapowiadali w nocy burzę, ale nic nie słyszałem. – Była – słyszę w odpowiedzi. – Nie przestanie nas zalewać, dopóki z miasta nie zostanie usunięty bałwan – dopowiada mój rozmówca. Pytam, jaki bałwan? – Bachus – słyszę w odpowiedzi. W drodze do domu zastanawiałem się, co to za myślenie. Przecież niewiele ma to wspólnego z wiarą. To – co najwyżej – pozostałości jakiejś naturalnej religijności, która opiera się na prostej zasadzie, że nie ma żadnego zła bez przyczyny. Przecież kataklizmy nie zdarzają się ot tak sobie. Są karą za grzechy. Trzeba tylko znaleźć winnego. Wiadomo, Bachus, którego pomnik stoi w centrum Zielonej Góry, to jedynie symbol opanowującej to miasto rozwiązłości, szczególnie podczas Winobrania. I już wszystko wiadomo. Żaden efekt cieplarniany czy planetarne zmiany klimatyczne. Trzeba obalić idole, a wtedy wróci pogoda.

To myślenie nie jest nowe. Taki był mechanizm polowania na czarownice i bluźnierców. Pisałem o tym szeroko w moim „Bluźnierstwie”. W XVI-wiecznym podręczniku poświęconym czarom można przeczytać, że „w ten sposób Bóg zsyła zarazy, wojny i okresy głodu za pośrednictwem złych duchów, wykonawców Jego sprawiedliwości, […] przede wszystkim wtedy, gdy bluźni się imieniu Boga”. Powszechnym było przekonanie, że Bóg zsyła choroby, klęski żywiołowe czy też najazdy wojsk nieprzyjacielskich jako karę za obrazę Swego majestatu. Ktoś musiał być winny. Kroniki pokazują, że na przykład we Francji, im bardziej krytyczna była sytuacja społeczna, tym więcej wydawano edyktów dotyczących bluźnierstwa. Jedynym sposobem uśmierzenia gniewu Boga było wymierzenie sprawiedliwej kary bluźniercom i czarownicom.

Kara mogła jednak nie wystarczać. Czyż gniew Boga nie domaga się ofiary? Kto czytał „Klątwę” Wyspiańskiego ten wie, że i takie myślenie drzemie w ludziach. Susza, która nawiedzała wieś, musiała mieć swoją nadprzyrodzoną przyczynę: „Gniew snadź Boży na lud niesforny, lud niezbożny śle swe klątwy” – mówił Ksiądz u Wyspiańskiego, który jednak w oczach ludu sam był powodem kary Bożej poprzez swój grzeszny związek z Młodą. „Rola schnie się, gleba pęka, Kłos bujny mdleje – Bożych Sądów groźna ręka; serce truchleje”. Ostatecznie Młoda ginie pod gradem kamieni rzucanych w nią przez mieszkańców wsi. Dla nich to „Strzyga! Diablica!!”, którą „wiara stara” każe przynajmniej wygnać, jeśli nie zabić.

A cóż jeśli nawet da się usunąć Bachusa z mego miasta (sam zresztą nie jestem fanem tego wątpliwej estetyki pomnika), a ulewne deszcze nie ustąpią? Czy trzeba będzie szukać nowego idola? Nowego winnego? Kto będzie następny? A jakiegoż to idola czcili mieszkańcy Rytla zrównanego bez mała z ziemią? Ktoś ma odwagę iść i pomiędzy zburzonymi domami szukać diabła? A co powiedzieć tym harcerzom z lasu, którzy ledwo uszli z życiem, choć – jak wiemy – niestety nie wszyscy? Może nieopacznie tańczyli wokół ognia niczym czarownice z Salem?

Miałem nadzieję, że to jednak dzisiaj myślenie odosobnione. Dzisiaj po liście „Salvifici doloris”, w którym Jan Paweł II wyraźnie pisze, że nie można łączyć jednostkowego cierpienia z grzechem. Dzisiaj, po tylu homiliach, listach i dokumentach poświęconych boskiej ekonomii miłosierdzia. A przede wszystkim po Hiobie, którego los już na zawsze bierze w nawias tajemnicy każde cierpienie. I po tych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloe, a którzy – jak te dwie harcerki w Suszku – wcale nie byli większymi grzesznikami niż inni. I po tym niewidomym, który nie zgrzeszył, ani też jego rodzice zgrzeszyli – jak to uczniom uprzytamniał sam Jezus.

Ale – jak się okazuje – „wiara stara” ma się chyba dobrze, skoro można dzisiaj głosić takie oto słowa o przyczynach niedawnego ataku terrorystycznego w Barcelonie: – Jednym z powodów ataków jest obrzydzenie niektórymi nurtami subkultury zachodniej, zwłaszcza rozwiązłości. Jeżeli mielibyśmy szukać najbardziej rozwiązłego miasta w Hiszpanii, to ja bym wskazywał na Barcelonę.

Jak widać, przyjaciele Hioba, którzy spieszą z „pociechą” i wyjaśnieniem, mają się dobrze i są w dobrej kondycji. Już wiedzą, dlaczego zło uderzyło w miasto. Kto wie, czy to nie byli wykonawcy Bożej sprawiedliwości. Tylko dlaczego uderzyli w niewinnych ludzi? Czy przyjaciele Hioba mają odpowiedź na to pytanie? Czy nie lepiej by było, by zamilkli? Oto pojawia się jakaś nowa kategoria „zła sprowokowanego”, a przez to jakby choć trochę usprawiedliwionego, zrozumiałego. Można by to nazwać „współwiną ofiary”. Coś jak ta zgwałcona dziewczyna, która w kusej spódnicy poszła z nieznajomym i wypiła ofiarowanego drinka z wiadomą tabletką. Bo co? Bo ona „złą kobietą była”? I przez to gwałciciel mniej winny? Winny jest tylko jeden: zamachowiec, morderca, gwałciciel. I niczym nie wolno go usprawiedliwiać.

„Stara wiara” jest religią prostych odpowiedzi, które dają poczucie pewności w tym niepewnym świecie. Ona jest zawsze pokusą, bo pozwala wytłumaczyć wszystko i znaleźć powód dla każdego cierpienia. Na przykład rozwiązłość. Ale z prawdziwą wiarą nie ma ona nic wspólnego. Ta bowiem wobec cierpienia milczy.

Embed from Getty Images