Nie wystarczy blokowanie pochodów i wieców. Reakcją na postępującą widzialność faszyzmu musi być wrzask niezgody: tak głośny, żeby szczerbiec i falanga ze strachem uciekły do ciemnych piwnic.

„W sobotni poranek, otoczeni przez uzbrojonych w broń automatyczną członków cywilnych milicji, biali suprematyści zgromadzili się w Parku McIntire – ze swastykami i flagami Konfederacji na pełnym widoku. Był wśród nich David Duke [w latach 1974-1979/1980 Wielki Mistrz Ku Klux Klanu – przyp. M.S.], byli również inni prominentni członkowie KKK” – relacjonowała na łamach „New Yorkera” Jia Tolentino.

Widzialność nacjonalizmu

W Charlottesville w stanie Wirginia skrajna prawica maszerowała i pikietowała przeciwko usunięciu pomnika Roberta E. Lee – decyzją rady miasta wizerunek jednego z dowódców sił konfederacji w wojnie secesyjnej ma lada dzień zniknąć z Parku Emancypacji. Sam park – i to także jeden z głównych punktów sporu o, jak lubi podkreślać prawica, „lewackie przepisywanie historii” – do czerwca b.r. nosił imię generała-konfederaty. Wszyscy znamy tragiczny finał tej historii – niedługo po rozwiązaniu zgromadzenia przez gubernatora jeden z uczestników marszu wjechał rozpędzonym samochodem w grupę kontrdemonstrantów, zabijając Heather Heyer – aktywistkę praw człowieka i członkinię Demokratycznych Socjalistów Ameryki – i raniąc blisko dwadzieścia osób.

Prawicowy ekstremizm rośnie w siłę i sięga po coraz bardziej radykalne środki nacisku – wzorując się zresztą na metodach szeroko kojarzonych z islamskim terroryzmem – zachęcony postawą i wypowiedziami populistów w rodzaju Donalda Trumpa. Klimat przyzwolenia skutkuje tym, co Tolentino nazwała w swoim tekście „pełną widzialnością” – ekstremiści z KKK nie zasłaniają już twarzy białymi kapturami, za to wynoszą z piwnic te symbole, które, nawet jeśli nie były wcześniej zakazane przez prawo, otaczał nimb społecznego wstydu i grozy.

Bo w istocie główną stawką rozgrywającej się na naszych oczach walki o przestrzeń publiczną – nie tylko na ulicach Charlottesville, także na ulicach Warszawy i innych polskich miast – jest właśnie dostęp rasizmu, faszyzmu, ksenofobii itd. do demokratycznej sfery przejawiania się: „uwidocznienie” określonej, nacjonalistycznej wersji historii, legitymizacja – dzięki odsłonięciu i zademonstrowaniu ich rzekomej „zwyczajności” – postaw głęboko antydemokratycznych i antyhumanistycznych. W miejsce „Nie zastąpicie nas” – hasła skandowanego przez skrajną prawicę w Charlottesville – można z powodzeniem wstawić: „Nie zepchniecie nas z powrotem do piwnicy”.

Odpowiedź wszystkich – najszerzej pojętych – sił prodemokratycznych powinna zostać sformułowana jasno i dobitnie: owszem, traficie dokładnie tam, gdzie wasze miejsce. Nie do populistycznej wirówki – gdzie zło i ideologiczną przemoc można do woli relatywizować i na powrót włączać w ramy legalnej polityki – ale na śmietnik historii.

Co robimy w ciemnościach

W artykule Tolentino – i w ogóle w amerykańskiej publicystyce poświęconej sukcesom tzw. alt-prawicy (niejednorodnemu ruchowi nowej prawicy, która odrzuca liczne postulaty konserwatyzmu głównego nurtu i używa retoryki rasistowskiej oraz nacjonalistycznej) i Donalda Trumpa – jak bumerang powraca kwestia historycznego i społecznego podglebia obecnej radykalizacji. Chodzi już nie tylko o wałkowany przez media temat sfrustrowanych białych mężczyzn z robotniczego regionu Pasa rdzy – w szczycie rozwoju tamtejszego przemysłu nazywanego Pasem stali, z którego dziś pozostała symboliczna rdza – ale także o refleksję nad zawartością amerykańskich piwnic i strychów – choćby o historyczne związki lokalnych społeczności Południa z Ku Klux Klanem.

Weźmy choćby takie liberalne, spokojne Charlottesville, które w 1921 roku hucznie świętowało powstanie lokalnych struktur KKK, rasistowska organizacja była też jednym z hojnych darczyńców stanowego uniwersytetu. Profesor Nicholas Mirzoeff – wybitny badacz amerykańskiej kultury wizualnej – przypomina też, że pomnik konny generała Lee – wzniesiony w dzisiejszym Parku Emancypacji w 1924 r. – najprawdopodobniej został ufundowany przez KKK, a już na pewno powstał z inspiracji członków Klanu. Tak jak setki podobnych pomników na całym Południu – widzialnych znaków dumy z konfederackiej przeszłości, w której – obok wartość takich jak wolności i niezależności – pomieścić trzeba afirmację niewolnictwa, terror skierowany w afroamerykańskich robotników już po abolicji i rekonstrukcji, segregację rasową, lincze i morderstwa z nienawiści.

Wspomniana batalia o widzialność rozgrywa się w więc na przynajmniej dwóch frontach: z jednej strony chodzi o zdjęcie kapturów i zainfekowanie przestrzeni publicznej jawnością rasistowskich symboli. Z drugiej – o wyniesienie na światło dzienne zbrodniczej historii – latami dyskretnie „zapominanej” przez „lokalsów” – jednak nie po to, żeby poddać ją krytycznej refleksji, ale żeby na jej podstawie budować „odrodzoną” narodową tożsamość.

Jest to przestroga także dla polskich demokratów. Dokładnie taką samą strategią posługują się przecież nasi narodowcy: zagarniają kolejne oficjalne rocznice, żeby – pod bezpiecznym płaszczykiem wspólnotowych emocji – eksponować w przestrzeni publicznej brunatną symbolikę. Dzięki jawności i długotrwałej widzialności oswoić i „opatrzeć” Polaków ze szczerbcem, falangą, krzyżem celtyckim i salutem rzymskim, aż do – obyśmy nigdy nie doczekali tych czasów – całkowitej naturalizacji znaków dyskryminacji i nienawiści, ich spowszednienia i wtopienia się w – już w takim przypadku nie demokratyczne – polityczne tło.

Widzialność bronią obosieczną

Ale – jak pokazuje przykład Charlottesville – żądanie widzialności jest bronią obosieczną. Amerykańska skrajna prawica – domagając się poszanowania dla „białej dumy” – nieumyślnie zwróciła uwagę na te wątki z lokalnej historii, które albo pozostawały całkowicie niewidzialne, albo lokowały się gdzieś na marginesach widzialności – jako przedmiot refleksji akademickiej. I nie chodzi wyłącznie o to, że pod szkiełkiem liberalnych mediów znalazła się sprawa związków konfederackich monumentów z działalnością KKK. Istotne okazało się również ujawnienie – żeby posłużyć się kategoriami z pism Mirzoeffa – do jakiego „porządku wizualnego” owe monumenty przynależą i jaką „publiczną wizualność” wytwarzają. Także: jaką wersję historii i stosunków społecznych „wizualizuje” – a więc także: legitymizuje jako „nasze narodowe dziedzictwo” – to, co dla wielu Amerykanów pozostawało niemym, przezroczystym elementem przestrzeni publicznej. Ledwie tłem codziennych wycieczek do supermarketu.

Za pozornie niewinnym klasycyzującym pomnikiem konnym kryje się przecież – oczywiście biorąc pod uwagę kontekst ludowych dziejów USA – długi ciąg obrazów i wizualnych skojarzeń, które w prostej linii prowadzą do historii białej supremacji i ją aktualizują. Dość powiedzieć, że to właśnie przedstawienia klasycznego piękna z grecko-rzymskiej tradycji umieszczano w podręcznikach do antropologii fizycznej – ryciny, zestawiane z karykaturalnymi wizerunkami Afrykanów o wielkich wargach i małych czaszkach, miały dowodzić naturalnej wyższości białej rasy nad zdegenerowaną rasą czarną.

Sam generał Lee  – obok innych konfederatów na cokołach – pojawia się w przestrzeni publicznej w takiej formie, która pośrednio wizualizuje niewolniczy system pracy – techniki sprawowania władzy na polu bitwy (generał na koniu) i na XIX-wiecznych plantacjach bawełny były praktycznie identyczne: w obu przypadkach nadzorca-jeździec obserwował z pobliskiego wzniesienia swoich „żołnierzy”, wydawał rozkazy i wymierzał kary. Teraz w podobny sposób „nadzoruje” przestrzeń, w której jeszcze kilkadziesiąt lat temu dla czarnych obywateli wydzielano osobne ławki w parkach, osobne toalety i osobne miejsca w komunikacji publicznej.

Te znaczenia – m.in. za sprawą „białego terroru” z Charlottesville – stają się widzialne i przenikają do mediów głównego nurtu, prowokując nie tylko teoretyczną refleksję i komentarze, ale również zupełnie namacalny gniew. W poniedziałek 14 sierpnia – nie mogąc się doczekać działań miejscowych władz – aktywiści z Durham w Północnej Karolinie zrzucili z cokołu pomnik żołnierza Konfederacji.

Ten radykalny ikonoklazm spod znaku „bierzemy sprawy w swoje ręce” może z naszej perspektywy wyglądać na sankcjonowanie barbarzyństwa i wpisywać się w niechlubną tradycję samosądów. Kiedy jednak uświadomimy sobie, że za tym, co widzialne, kryje się historia bestialskiej przemocy, a potomkowie tych, którzy cierpieli, wciąż doświadczają dyskryminacji i prześladowań – mało tego również ci, którzy prześladują i odmawiają godności, żądają miejsca dla własnych „białych bożków” w oficjalnym narodowym panteonie – łatwiej będzie nam zrozumieć obecną erupcję kolektywnego gniewu. Zdecydowanie lepiej, jeśli ten gniew kanalizują reprezentacje i symbole, a nie przeciwnicy polityczni z krwi i kości. Skrajna prawica – jak zdążyła udowodnić w Charlottesville – jest na te subtelności całkowicie impregnowana: nie widzi już większej różnicy między wizerunkiem a żywym człowiekiem. Przelewa krew, a nie kruszy marmury.

***

Z doświadczenia Charlottesville płynie więc dla nas jasna lekcja. W Stanach część prawicy – w tym prezydent Trump – przedstawia usuwanie pomników Konfederacji z przestrzeni publicznej jako walkę z historią i narodowym dziedzictwem. Podobnie w Polsce – powrót faszystowskiej symboliki na ulice bagatelizuje się mówieniem o różnorodnych patriotycznych „tradycjach” i różnych formach wyrazu „dumnej polskości”. Reakcją na postępującą widzialność faszyzmu musi być więc wrzask niezgody: tak głośny, żeby szczerbiec i falanga ze strachem uciekły do swoich ciemnych piwnic.

Nie wystarczy sam czynny opór – blokowanie pochodów i wieców. Potrzeba nam jeszcze głośnego mówienia o historii i – chociaż wiąże się to nader często z protekcjonalnym potraktowaniem słuchaczy – jej szczegółowego objaśniania. Denaturalizacja nacjonalistycznej „wizualności” – przedstawienie jej jako ciągu obrazów odnoszących się w pierwszej kolejności do historii przemocy, nienawiści i cierpienia – powinna przywrócić społeczne odium: faszyzm musi ponownie związać się ze wstydem i grozą. Zohydzanie – to strategia na dziś i na jutro. Inaczej ani się obejrzymy, a biały terror – wcale nie powszechnie demonizowany islamski fundamentalizm – zagości także pod naszymi swojskimi strzechami.