Tracimy jakąkolwiek pewność, czy w przyszłości zostaną zachowane nasze podstawowe wolności i prawa. Każda aktualna władza będzie mogła zignorować przepisy konstytucyjne.

„Gazeta Prawna” opublikowała rzeczowe omówienie ustaw dotyczących sądownictwa, opracowane według prostego schematu: tak jest, tak będzie, skutki, plusy, minusy, kontrowersje. Lektura tego tekstu może właściwie rozbrajać niepokoje – nie każde uregulowanie jest tak bardzo kontrowersyjne, niektóre kontrowersje mogą wydać się nie tak wielkie, niektóre rozstrzygnięcia może ktoś uznać w zasadzie za słuszne.

Sięgnijmy jednak do historii. Gdy w 1982 roku władza komunistyczna likwidowała „Solidarność”, nie podjęła żadnych formalnych decyzji dotyczących tego związku zawodowego (a tak naprawdę potężnego ruchu społecznego). Wydała po prostu nową ustawę o związkach zawodowych.

Konstytucja jasno określa długość kadencji Prezesa SN, nie można jej więc skracać zwykłą ustawą

Ustawa ta zawierała wiele szczegółowych regulacji dotyczących organizacji związków, ich funkcjonowania – regulacji niekiedy oczywistych, niekiedy zupełnie obojętnych. Nigdzie ani słowem nie wspomniano o „Solidarności”. Tylko prawie na końcu znajdował się niepozorny artykuł 59: „Rejestracje związków zawodowych dokonane przed dniem wejścia w życie ustawy tracą moc prawną”. Tak naprawdę ustawę stworzono wtedy, rzecz jasna, dla tego jednego artykułu – bo to on właśnie likwidował „Solidarność”, choć formalnie był tylko jednym z przepisów przejściowych, które w normalnych ustawach odgrywają rolę zupełnie marginalną.

To przykład niewątpliwie skrajny, ale chciałem pokazać jedną rzecz – o wartości konkretnego aktu prawnego może czasem zdecydować jeden przepis. Nie jest tak, że jeśli ustawa zawiera ileś przepisów dobrych czy obojętnych, to one „równoważą” przepisy złe. Tak naprawdę to każda, nawet najgorsza, ustawa kompleksowo regulująca jakąś dziedzinę (a takie są właśnie ustawy dotyczące ustroju sądownictwa), będzie zawierała ileś przepisów dobrych czy obojętnych. Pewne sprawy muszą być przecież zorganizowane w określony sposób, nic tutaj nie da się wymyślić, więc po prostu w każdych kolejnych ustawach regulujących jakieś zagadnienie będą przepisy podobne czy wprost powtórzone. Inne z kolei kwestie mogą być rozwiązane na różne sposoby, ale każdy będzie w istocie rzeczy równie dobry. Zatem nie każda zmiana będzie w ogóle budziła jakiekolwiek kontrowersje, wiele się skwituje stwierdzeniem: „można i tak, zobaczymy, jak to zadziała”. Te jednak, dobre czy obojętne, regulacje same w sobie nie czynią ustawy dobrą, bo o tym, jak ona będzie funkcjonować, jaką będzie odgrywać rolę – decyduje całość.

Akurat w ustawach dotyczących ustroju sądownictwa znalazłby się nie jeden, a zdecydowanie więcej przepisów, co do których można mieć poważne zastrzeżenia – co bynajmniej nie znaczy, że koniecznie trzeba krytykować bez wyjątku wszystkie. Ja jednak chciałbym powiedzieć tylko o jednej podstawowej sprawie, która budzi mój największy niepokój (by użyć enigmatycznego wyrażenia, bo nasuwają się zdecydowanie mocniejsze).

Chodzi mi o tworzenie prawa wbrew Konstytucji. Dwa tylko przykłady. Konstytucja jasno określa długość kadencji Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, wobec czego nie można jej skracać zwykłą ustawą – nawet jeśli nie pisze się o tym wprost (tak jak to było przy likwidacji „Solidarności” w 1982 r.) „Nawet moja wnuczka by to zrozumiała” – stwierdził przedwczoraj senator PIS(!) Aleksander Bobko.

Konstytucja mówi również o nieusuwalności sędziów. Jest oczywiście przepis, który pozwala przenosić sędziego w „razie zmiany ustroju sądów lub granic okręgów sądowych” (art. 180 ust. 5). Jest on jednak przepisem wyjątkowym – podstawową zasadę określa art. 180 ust. 1, który mówi o nieusuwalności sędziów – wobec czego należy go stosować w naprawdę wyjątkowych sytuacjach i w sposób pozwalający maksymalnie zachować tę podstawową zasadę. Przepis ten przecież jest stworzony przede wszystkim na sytuacje, gdy większy sąd dzieli się na mniejsze (co się w Polsce w ostatnich latach działo całkiem sporo razy) albo gdy jakiś sąd jest likwidowany  – i trzeba w związku z tym przenieść dotychczasowych sędziów do nowych sądów.

Najistotniejszy jest podstawowy przekaz tej ustawy: można ignorować zapisy Konstytucji

Możliwość przeniesienia w stan spoczynku jest stworzona tak naprawdę w interesie sędziów z likwidowanych sądów – by jeśli nie chcą, nie musieli dojeżdżać (gdy sąd w ich miejscowości jest likwidowany). Tworząc więc nową ustawę o Sądzie Najwyższym – jeśli rzeczywiście zaistniałaby potrzeba kompletnej przebudowy całego ustroju tego sądu – należało jako zasadę wprowadzić pozostanie dotychczasowych sędziów, a jako wyjątki ich przeniesienie, przy czym te wyjątki powinny być precyzyjnie określone. Czyniąc z wyjątku zasadę, regulacja przyjęta w ustawie o Sądzie Najwyższym narusza Konstytucję.

Pierwsza sprawa ma charakter bardziej może formalny – w końcu kadencja Prezesa Sądu Najwyższego mogłaby mieć teoretycznie różną długość. Druga sprawa ma bardzo konkretne konsekwencje. Oto sędziowie (wszyscy) dostają jasny komunikat – jeśli będziecie orzekać nie po naszej myśli, to pozbawimy was prawa do orzekania i żaden zapis Konstytucji nam w tym nie przeszkodzi. Komunikat tym jaśniejszy, że w uzasadnieniu ustawy wskazano konkretne orzeczenia Sądu Najwyższego, które się obecnej władzy nie podobały. Jednak najistotniejszy jest podstawowy przekaz, jaki płynie przez tę ustawę: można ignorować zapisy Konstytucji.

Tworzenie prawa wbrew Konstytucji sprawia, że tracimy jakąkolwiek pewność co do tego, co może nas spotkać, czy w przyszłości zostaną zachowane nasze podstawowe wolności i prawa. Możemy właściwie zapomnieć o wpisaniu do Konstytucji postulatu ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci – bo taki zapis każda aktualna władza będzie mogła zignorować. Zapisanie małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny niczego nie zapewni – dostajemy jasny komunikat, że zapisy Konstytucji są nieistotne.

A wolność wyznania? Niedawno w Rosji zakazano działalności Świadków Jehowy. Protestował przeciwko temu Kościół katolicki, słusznie wskazując, że on sam może stać się następnym przedmiotem takiego zakazu. Kto zabroni jakiejś kolejnej władzy – jeśli będzie antyklerykalna –wprowadzenia takiego zakazu również w Polsce? Konstytucja? Już nie.

Wskazałem zaledwie dwie regulacje w nowej ustawie o Sądzie Najwyższym. Już one wystarczają, by uznać, że ta ustawa niszczy fundamenty polskiego prawa i państwa. Choćby wszystkie inne jej przepisy były najlepsze (a nie są), nie byłyby w stanie zrównoważyć skutków tych dwóch zapisów.