W tekstach Leśmiana porządek i sens słów przeciwstawiany jest porządkowi i hierarchii ciała. Jakie konsekwencje ma dla poety wybór jednej z tych dróg?

Pierwszy raz na tekst „Rytm jako światopogląd” (1910) zwróciłem uwagę, kończąc prawo, a zaczynając zajmować się pisaniem. Bolesław Leśmian, poeta-rejent, prowadzący notariat najpierw w Hrubieszowie, potem w Zamościu, był w tej drodze pomostem.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że „Rytm…” przetnie mi drogę co najmniej dwa razy. W zupełnie innych okolicznościach i w nowym stanie wiedzy będzie on znaczył co innego. Nie przeczuwałem tego, że mieszczący się na niecałych dwóch stronach esej opowiadający o warsztacie to nie tylko tekst napisany w konwencji ars poetica. Że jest zarazem rozprawą fundamentalną.

Ciało języka

Kultura to proces. Zmieniają się nie tylko jej zarządcy, ale i hierarchie na samym Parnasie, rozumianym jako intelektualne uniwersum. W zależności od tego, na którą opinię trafimy, Bolesław Leśmian jest przedstawiany albo jako epigon po Młodej Polsce, albo jako wizjoner. Podobnie jak – nie przymierzając – Krzysztof Kamil Baczyński, emblemat Powstania Warszawskiego. O ocenę tego poety również toczy się spór: wtórny postromantyk czy wielka indywidualność? Obaj są poetami osobnymi. I przy ich ewaluacji, poza dodanymi wartościami warsztatowymi, uwzględnia się legendę osobistą, koncepcje, jakie przynieśli, oraz autonomię wobec grup twórczych i, pośrednio, wobec dominujących trendów. To z jednej strony utrudnia zaklasyfikowanie i „sławę współdzieloną”, z drugiej jednak: taki twórca może być nagle osadzony w kontekście, którego wcześniej nie przewidywano. Jego renesans może nastąpić w zaskakującym czasie i z zaskakującego powodu.

W dobie druku i internetu prymat ma komunikat i skutki, jakie wywiera. Dlatego „Rytm jako światopogląd” jest wyjątkowy, bo proponuje alternatywną hierarchię. Przywołuje i równouprawnia to, co już jest, i przede wszystkim było. Tyle że w międzyczasie utraciło swoją pierwszoplanowość.

W tym i innych tekstach Leśmiana pada wiele argumentów za pierwszorzędnością brzmienia w dziele literackim. Czyli że z jednej strony jest porządek i sens słów, z drugiej zaś – porządek zbudowany na innej niż sens harmonii. Dziś powiedzielibyśmy: harmonii ciała. Porządek ducha versus porządek ciała.

W eseju Leśmiana, co jeszcze raz przed chwilą sprawdziłem, nie ma fuzji kalos kagathos (piękna i dobra; estetyki z etyką), na której opierała się starożytność. Poprzez przemilczenie tego drugiego komponentu powstaje swoiste „albo – albo”. Więc zaczynamy podróż po swego rodzaju body studies. Wraz z Leśmianem, który po niepowodzeniach w praktyce notarialnej we wschodniej Polsce (w roku 1933) zostaje członkiem Polskiej Akademii Literatury. Okradł go wspólnik, prawnik mający poezję za nic, i Leśmian musiał spłacać nieswoje długi. Ale to temat na inną opowieść.

Studium ciała, studium nad ciałem rozumiem tutaj jako przyjrzenie się fizyczności języka, jego „seksualności” i ich uwarunkowaniom, a także wyrażanie ich w formie stereotypów (lub „stereotypów”) kulturowych. Wypowiadając w końcu to ostatnie, dochodzimy do pierwszego punktu zwrotnego tekstu, do pierwszej jego tezy: technika poetycka ma swoje przełożenie światopoglądowe. Skoro tak, to jasne staje się, dlaczego Leśmian zatytułował swój tekst „Rytm jako światopogląd”. W dosłownym odczytaniu tytułu może tkwić potencjalny klucz. Ten światopogląd jest zakorzeniony w formie? To estetyzm przeciwstawiany światopoglądowi metafizycznemu? Choć się one nie łączą, to czy są jeszcze równorzędne? Oba prowadzą do lekturowej epifanii, czyli do objawienia, do którego można dojść na różne sposoby?

Tytułowy Leśmianowski rytm i towarzyszące mu rym, akcentacja, antykadencja (intonacja rosnąca) czy kadencja (intonacja opadająca) i wiele innych zjawisk fonicznych ułatwiały na początku jedyny możliwy zapis – zapis w pamięci. W eseju „Z rozważań o poezji” Leśmian notował: „Rytm […] ułatwia wierszom wrodzoną im zdolność utrwalania się w pamięci ludzkiej. Nie w książce, lecz w pamięci ludzkiej wiersz lubi przebywać”. Kolejne odtwarzanie wierszy z pamięci sprzyjało też modyfikacjom, było w istocie przetwarzaniem. Nie było znanej później reprodukcji. Tekst jak tekstura, tkanina o gęstym splocie, był dosłownie tkany, i to przez kilkadziesiąt następujących po sobie pokoleń prząśniczek. Zmieniała się, nie zawsze na lepsze, jego melodia, struktura czy treść. Podobnie, nieco upraszczając, działo się z utworami ludowymi, które nie miały jednego autora. Ślepiec Homer być może też nie istniał. Był jedynie uosobieniem, zebraniem iluś składających się na jego fikcyjną osobę „prząśniczek”?

Dzięki wynalazkowi pisma, a potem sposobu jego masowego powielania przez Gutenberga, wobec znalezienia łatwiejszego sposobu utrwalania i rozpowszechniania, doszło do zastąpienia, wyparcia – anihilacji oralności i redukcji cech melicznych. Literatura zmieniła się. Coś zyskując, ale też coś tracąc.

Jacques Derrida w eseju „Farmakon” nawiązuje do „Fajdrosa” Platona. I do jednego z ważniejszych tekstów kultury przekazywanego przez stulecia – w różnych formach, poprzez spór między różnymi postaciami, dyskutującymi między sobą skrajnie różne punkty widzenia. Pamiętamy na przykład rozmowę egipskiego faraona i boga, który przynosi mu wynalazek pisma. Obaj rozpatrują jego wady i zalety. W „Fajdrosie” dyskusja odbywa się, symboliczne, poza miastem, drugim obok pisma tak wyraźnym symbolem cywilizacji. Nad malowniczą rzeką Illisos. Natomiast zarzuty wobec pisma współczesny nam Derrida formułuje tak:

„[…] na pozór jedynie pismo sprzyja pamięci, pomagając jej od wewnątrz, dzięki jej własnemu ruchowi, poznać prawdę. W rzeczywistości natomiast pismo jest zasadniczo złe, zewnętrzne wobec pamięci, nie tworzy wiedzy, lecz mniemanie, nie objawia prawdy, lecz pozór”.

Zgodnie z jedną z koncepcji historia wcale nie musi być linearna. Ewolucja nie zmierza wciąż ku lepszemu. Zdarza jej się paść ofiarą (ewolucyjnej) pułapki, czyli wejść na manowce lub na drogę do (samo)zagłady. Dotyczy to szeroko rozumianej historii świata. Interesującej nas literatury i poezji również.

Być może niepotrzebna więc była rezygnacja ze związku z muzyką – śpiewaniem lub melorecytacją, często przy wtórze instrumentów. Homer jest przedstawiany jako ślepiec. Nawet gdyby w jego czasach istniało czytanie i pisanie, byłoby dla niego niedostępne i musiałby polegać na pamięci. Jego przybocznym instrumentem była też nieodłączna lira. Niesłuszna może była także rezygnacja z prymarności takich aspektów jak rytm czy meliczność, które do dziś wspierają zapamiętywanie. Pamięć wsparta przez dźwięk była bardzo długo jedynym nośnikiem literatury.

A poza wszystkim, wraz z wynalazkiem pisma i sposobów coraz szybszego i coraz bardziej masowego powielania, literatura się ustabilizowała. Zyskała autora jako takiego. Utraciła natomiast dynamikę i kształtowanie poprzez kolejnych odtwarzających ją jedynie z pamięci. Utraciła elastyczność.

To jest fragment tekstu opublikowanego w kwartalniku „Więź”, lato 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

„Więź”, lato 2017