Problemy dotyczące migracji i uchodźców rzutować będą na relacje między państwami członkowskimi Unii Europejskiej we wszystkich ważnych sprawach.

Czasy, kiedy jedność i spójność były uważane w Europie za świętość lub aksjomat, odchodzą w przeszłość. Nawarstwienie się problemów (euro, uchodźcy, Trump, populizm) oraz rosnąca liczba krajów sprawiających kłopoty wewnątrz Unii Europejskiej (na czele listy: Polska) spowodowały, że pragmatyzm w przezwyciężaniu kłopotów bierze górę nad pryncypiami. Jeśli UE będzie szukać dróg wyjścia z kryzysowych pułapek, to w pierwszej kolejności liczyć się będzie pytanie „jak?”; w drugiej: „kto chętny?”, a dopiero w trzeciej: „który artykuł traktatu?”.

Może się zdarzyć, że za parę lat poza wspólnym rynkiem Unia Europejska funkcjonować będzie – w rzeczywistości, nie na papierze – przede wszystkim w oparciu o kilka kręgów współpracy w paru najważniejszych dziedzinach. To w nich będą pieniądze, władza polityczna i poczucie solidarności między tworzącymi je krajami. Będzie to unia skoncentrowana na konkretnych zadaniach, a nie zapatrzona w wielką wizję federacji europejskiej lub Europy ojczyzn. Ale być może będzie bardziej sprawna w działaniu niż ta hipotetyczna będąca efektem fantazji takich czy innych ideologów. Elementem wspólnym tych wszystkich kręgów wzmocnionej współpracy będzie to, że z ich dobrodziejstw korzystać będą tylko ci, którzy będą także gotowi ponosić wspólną odpowiedzialność. Solidarność w UE przestanie być bezwarunkowa. Negocjacje nad budżetem UE na lata 2021–2027 staną się areną tego sporu.
Nie trzeba być europejskim wizjonerem, by postawić dolary przeciwko orzechom, że to strefa euro pozostanie rdzeniem i centrum decyzyjnym Unii. Popularna teza o jej nieuchronnym upadku cieszy się wzięciem od niemal dekady, lecz rzeczywistość polityczna konsekwentnie jej przeczy. W maju wzrost gospodarczy w Niemczech i we Francji był najwyższy od sześciu lat, zaś Portugalia, a nawet Grecja zbierają pochwały za bilans reform strukturalnych dających nadzieję na bardziej długofalową stabilizację. Po tym, jak Macron wygrał wybory we Francji, nastrój ostrożnego optymizmu burzy tak naprawdę tylko perspektywa wyborów we Włoszech oraz tamtejsze poważne problemy sektora bankowego i słabej produktywności kraju.

Z perspektywy politycznej ważne jest to, że w obliczu wyjścia Wielkiej Brytanii z UE waga krajów nienależących do strefy euro dramatycznie maleje. Nie oznacza to, że – niekorzystne z ich punktu widzenia – wyodrębnienie instytucjonalne i finansowe strefy euro jest przesądzone: różnice poglądów i interesów m.in. między Niemcami a Francją są zbyt duże. Ale dla Emmanuela Macrona, szykującego comeback Matteo Renziego czy przywódcy niemieckich socjaldemokratów Martina Schulza potrzeby strefy euro będą miały absolutny priorytet. Kroki takie jak utworzenie odrębnych funduszy – np. na pobudzanie koniunktury czy rekompensaty dla krajów dotkniętych szczególnie wysokim bezrobociem – nie od razu muszą przybrać ambitne rozmiary, ale wyznaczać będą nowy trend: przesuwanie się punktu ciężkości solidarności europejskiej z UE jako całości do państw strefy euro.

ABC polityki azylowej

Solidarność pozostanie też słowem kluczem (lub kością niezgody) w drugim obszarze, który dla Unii będzie miał kluczowe znaczenie, czyli polityce azylowej.

Dzisiaj zbudowana jest ona na ruchomych piaskach. Na Morzu Śródziemnym utonęło w ciągu ostatniego roku najwięcej uchodźców w historii. Włochy w dalszym ciągu w dużej mierze same muszą radzić sobie z problemem, zaś readmisja działa słabo nawet między Grecją a Turcją, choć jest kluczowym elementem fundamentalnego dla Unii porozumienia z Ankarą w sprawie zarządzania nielegalną migracją.

Mantra powtarzana przez przedstawicieli polskiego rządu i paru innych krajów – że rozwiązaniem problemu jest pomoc uchodźcom poza Europą, lepsza ochrona granic (w zeszłym roku utworzono Europejską Agencję Ochrony Granic i Straży Przybrzeżnej) oraz ścisłe stosowanie prawa europejskiego (konwencja dublińska) – jest zaklinaniem rzeczywistości. Przede wszystkim ignoruje jeden podstawowy fakt: UE jako całość nie może poradzić sobie z kwestią uchodźców, jeśli część państw pryncypialnie wykluczać będzie możliwość przyjmowania ich na swoim terytorium.

Aby być wiarygodnym aktorem w relacjach z państwami trzecimi (zwłaszcza tymi, z których pochodzą migranci i uchodźcy, oraz tymi, gdzie przebywa ich najwięcej, np. z Turcją), UE musi być gotowa do bezpośredniego przesiedlania uchodźców do Europy oraz stworzenia legalnych kanałów migracji zarobkowej. Unia musi mieć też możliwość – zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych – rozlokowywania uchodźców z krajów, w których jest ich nadmiar (Włochy, Grecja), do pozostałych państw członkowskich. To ABC przyszłej polityki azylowej UE, jeśli Europa chce zachować minimum standardów humanitarnych, wiarygodności międzynarodowej i solidarności wewnętrznej.

Ta prawda jest tak oczywista, jak oczywiste jest to, że część krajów – w tym Polska – udaje, że jej nie rozumie. Wspólna polityka w gronie 27 krajów oparta na tych zasadach jest zapewne iluzją. Zamiast tego spodziewać się należy kolejnej koalicji chętnych, która – bardziej z konieczności niż entuzjazmu – weźmie na siebie więcej odpowiedzialności za opiekę nad uchodźcami i pomoc tym krajom UE, które są najbardziej dotknięte ich napływem.

Ale konsekwencje dla umywających ręce będą niebagatelne. Propozycja Komisji Europejskiej, by nakładać horrendalnej wysokości kary finansowe za każdego nieprzyjętego uchodźcę, to tylko medialnie chwytliwa przygrywka do prawdziwej batalii, jaka rozegra się trakcie nadchodzących negocjacji budżetowych. Chodzi jednak nie tylko o pieniądze: problemy dotyczące migracji i uchodźców rzutować będą na relacje między państwami członkowskimi we wszystkich ważnych sprawach polityki europejskiej – na ich gotowość do kompromisów i konstruktywnej współpracy

To jest fragment tekstu opublikowanego w kwartalniku „Więź”, lato 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

„Więź”, lato 2017

Kwartalnik „Więź”, lato 2017: Ojczyzna europejska