Dumny jestem, że oficjalni przedstawiciele mojego Kościoła uczą polskich katolików i wszystkich Polaków, na czym polega oczyszczanie pamięci.  

Wczoraj bp Rafał Markowski przeprosił braci i siostry narodu żydowskiego za działania tych oprawców w Jedwabnem w lipcu 1941 r., którzy byli katolikami. Słowa te wieńczą proces rozpoczęty 17 lat wcześniej.

A właściwie można by sięgnąć jeszcze głębiej – i do ważnego listu Konferencji Episkopatu Polski z roku 1990, i do roku 1965, czyli uchwalenia soborowej deklaracji o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich. Tę ostatnią analogię uczynił zresztą sam przewodniczący Rady Episkopatu ds. Dialogu Religijnego, przywołując w swoim wystąpieniu fragmenty Nostra aetate o opłakiwaniu przez Kościół wszelkich przejawów antysemityzmu.

Warto więc przypomnieć te polskie, mniej dziś pamiętane, wydarzenia.

Nie oswoić barbarzyństwa

Narodowa debata o Jedwabnem wybuchła w roku 2000. Pierwszym biskupem katolickim, który zabrał głos na ten temat, był abp Józef Życiński. Poprosiliśmy go o tekst w tej sprawie dla „Więzi”. Ukazał się on pod tytułem „Banalizacja barbarzyństwa” w marcowym numerze naszego pisma w 2001 r.

27 maja 2001 r. biskupi odprawili nabożeństwo pokutne za grzechy polskich katolików wobec Żydów

Metropolita lubelski pisał: „Dramat Jedwabnego niesie gorzką lekcję prawdy o człowieku. Jest ona szczególnie gorzka dla tych, którzy chcieliby traktować barbarzyństwa nazizmu tylko jako lokalną fluktuację ludobójstwa, przerażająco obcą dla reprezentatywnej reszty rodziny ludzkiej”. Apelował: „nie poszukujmy jakichś wyimaginowanych dokumentów historycznych, które by mogły tragedię Jedwabnego zamienić w błahy epizod. Dokumenty takie nie mogą istnieć, bo śmierci niewinnych istot nie można nigdy sprowadzać do rangi epizodu”.

Abp Życiński kończył swój tekst słowami: „Dzisiaj potrzeba, byśmy modlili się za ofiary tego mordu, okazując tę solidarność ducha, której zabrakło w godzinie ich rozstania z ziemią ojców, na której żyli. Potrzeba, byśmy – w imieniu społeczności tych, którzy obojętnie patrzyli na ich śmierć – powtórzyli krótkie Dawidowe: «Zgrzeszyłem wobec Pana»; niezależnie od tego, czy jakikolwiek protest obserwatorów mógł okazać się skuteczny w tamtej sytuacji”.

Żal i skrucha

Niedługo później, 27 maja 2001 r., w warszawskim kościele Wszystkich Świętych polscy biskupi katoliccy odprawili nabożeństwo pokutne za grzechy polskich katolików wobec Żydów. Episkopat Polski zgromadził się w atmosferze pokutnej, wyrażonej przez czarne sutanny biskupów i fioletową kapę Prymasa Polski, by podjąć wysiłek oczyszczania polskiej pamięci. Uczestnicy nabożeństwa wraz z biskupami – na kolanach „przed Bogiem i ludźmi, zwłaszcza przed naszymi żydowskimi braćmi i siostrami” – wyrażali żal i skruchę za zbrodnię w Jedwabnem i w innych miejscach. „Oby nigdy nie powtórzyły się: Katyń i Auschwitz, Kołyma i obozy zagłady, ani Jedwabne…” – mówił wzruszony bp Stanisław Gądecki, ówczesny przewodniczący Rady Episkopatu Polski ds. Dialogu Religijnego, wyjaśniając sens modlitwy.

Oby nigdy nie powtórzyły się: Katyń i Auschwitz, Kołyma i obozy zagłady, ani Jedwabne – mówił bp Gądecki

Nabożeństwo miało przemyślaną, głęboką i poruszającą oprawę liturgiczną. Przywołano biblijne słowa: z Księgi Rodzaju – „Gdzie jest brat twój, Abel?” i „Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!”; z Pierwszego Listu św. Jana – „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy […] Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go [Boga] kłamcą i nie ma w nas  Jego nauki”; z Ewangelii św. Łukasza – zachętę do naśladowania miłosiernego Samarytanina: „Idź i ty czyń podobnie!”. Pozwolono jednoznacznie przemówić Słowu Bożemu – nie było kazania, nie było zbędnych słów ludzkich.

Gdy zebrani w kościele upadli na kolana – by trwać w milczeniu, a następnie śpiewać pieśń pokutną „Przed oczy Twoje, Panie, winy nasze składamy” i odmówić spowiedź powszechną – wierzyłem, że Duch Boży jest obecny pośród nas, otwierając nowy rozdział stosunków polsko-żydowskich. Myślałem, że tak głębokie wydarzenie duchowe musi zapoczątkować prawdziwą przemianę. Jeśli tak wyraźnie dopuszczono tutaj do głosu Boży wymiar Kościoła, to rozmaite ludzkie zaniedbania i zła wola będą musiały stopniowo wobec niego kapitulować. Rzecz jasna, nie automatycznie i nie natychmiast.

Co będzie w podręcznikach szkolnych?

Ciekawe, że podobne myśli wyraził wtedy w „Gazecie Polskiej” jej ówczesny redaktor naczelny Piotr Wierzbicki: „Przeminą publicystyczne spory na temat zbrodni w Jedwabnem, spoczną na bibliotecznych półkach poświęcone tej sprawie teksty historycznych dociekań i polemik, a słowa polskich biskupów zgromadzonych 27 maja w kościele Wszystkich Świętych w Warszawie pozostaną i nawet jeśli dziś nie wszyscy jeszcze są w stanie odczytać ich znaczenie, to one prędzej czy później wejdą do szkolnych książek i uczyć się będą na nich przyszłe pokolenia Polaków”.

Słowa te jednak (na razie?) nie weszły do szkolnych książek, a kolejne pokolenia Polaków uczą się od swoich nowych autorytetów raczej kwestionowania roli naszych rodaków w tej okrutnej zbrodni niż uznania jej. Niestety, przyczynili się do tego sami biskupi. Jasne przesłanie nabożeństwa pokutnego zostało szybko częściowo podane w wątpliwość przez samych jego autorów – poprzez decyzję, że biskupi katoliccy nie wezmą udziału półtora miesiąca później w rocznicowych uroczystościach w Jedwabnem. Episkopat Polski wyrażał w maju skruchę za współudział Polaków w zbrodni, ale półtora miesiąca później żaden z księży biskupów nie mógł odmówić psalmów nad grobem ofiar w rocznicę ich śmierci…

Szczególnie bolejemy nad tymi spośród katolików, którzy przyczynili się do śmierci Żydów – pisali biskupi w 1990 r.

Przyjeżdżał potem do Jedwabnego bp Mieczysław Cisło, następca abp. Gądeckiego, a poprzednik bp. Markowskiego jako przewodniczący Rady Episkopatu Polski ds. Dialogu Religijnego. Przypominał tam słowa papieża Jana Pawła II. Konsekwentnie obchody były natomiast skrzętnie omijane przez miejscowe duchowieństwo, poczynając od biskupa łomżyńskiego i jedwabieńskiego proboszcza. Sytuacja jednak stopniowo dojrzewała. I oto w roku 2017 bp Markowski pojawił się w Jedwabnem jako oficjalny przedstawiciel przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. Padły z jego ust ważkie słowa o bólu i wyrzucie sumienia, jakim jest czynny udział katolików w tym strasznym mordzie.

Jedni będą narzekać, że tak późno można było te słowa usłyszeć. Ja zdecydowanie wolę jednak cieszyć się, że mogłem być świadkiem i uczestnikiem procesu dojrzewania naszego Kościoła do takiej deklaracji. Dlaczego właśnie teraz? Może w świecie, w którym znowu coraz łatwiej o nienawiść wobec „innych”, potrzeba gestów poruszających sumienia? Nie wiem, czy słowo „duma” jest tu odpowiednie, ale chciałbym go użyć, by dostrzec inny aspekt wynoszonej dziś na piedestał „pedagogiki dumy”. Dumny jestem, że oficjalni przedstawiciele mojego Kościoła – nawet powoli, nawet stopniowo, nawet z oporami – uczą polskich katolików i wszystkich Polaków, na czym polega oczyszczanie pamięci.

Choćby tylko jeden…

Wspomniany proces dojrzewania można zresztą pokazać i od innej strony. Biskup Markowski używał bowiem sformułowań zaczerpniętych z dotychczasowych wypowiedzi episkopatu.

Warto tu przypomnieć zwłaszcza przełomowy list pasterski Konferencji Episkopatu Polski, przyjęty w roku 1990, a odczytywany w polskich kościołach 20 stycznia 1991 r. W jego części historycznej biskupi napisali: „Szczególnie bolejemy nad tymi spośród katolików, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do śmierci Żydów. Pozostaną oni na zawsze wyrzutem sumienia także w wymiarze społecznym. Choćby tylko jeden chrześcijanin mógł pomóc, a nie podał pomocnej ręki Żydowi w czasie zagrożenia lub przyczynił się do jego śmierci, każe to nam prosić nasze Siostry i Braci Żydów o przebaczenie” [podkr. moje – ZN].

Użyto tu formuły warunkowej: „Choćby tylko jeden chrześcijanin mógł pomóc…”. Od powstania tego listu minęło już ponad ćwierć wieku. Badania naukowców w wolnej Polsce odsłoniły, niestety, dużo więcej niż jeden przypadek, w którym polski chrześcijanin „mógł pomóc, a nie podał pomocnej ręki Żydowi w czasie zagrożenia lub przyczynił się do jego śmierci”. Zdawali sobie z tego sprawę polscy biskupi. W kolejnym liście pasterskim, w roku 2000, napisali: „obok szlachetnych postaw ratowania wielu istnień żydowskich przez Polaków, istnieją też nasze grzechy z czasów Zagłady: obojętność czy wrogość wobec Żydów” [podkr. moje – ZN]. A kard. Józef Glemp w roku 2000, w ramach rachunku sumienia Kościoła w Polsce, publicznie prosił Boga o „przebaczenie za postawę tych spośród nas, którzy lekceważą osoby innych wyznań lub tolerują antysemityzm”.

Ostatnie kilkanaście lat przyniosło jednak wiele kolejnych odkryć. Z przeszłości wyłaniają się i piękne karty (jak nieznani Sprawiedliwi, co w naszym serwisie przypomniał niedawno prof. Antoni Sułek), i fakty mroczne. Wiadomo już, że do grzechów „obojętności i wrogości”, na których skupiali się biskupi 17 lat temu, trzeba niestety dodać nie tylko szmalcownictwo, ale także bezpośrednie „przyczynienie się do śmierci Żydów” przez świadomy (nawet jeśli czasem sprowokowany) udział w okrutnych mordach. Potrzeba tu więc innych słów niż te używane poprzednio. I zdobył się na nie biskup Rafał Markowski, przemawiając w imieniu Konferencji Episkopatu Polski.

Bez moralnego outsourcingu

Warto też na koniec podkreślić, że w Jedwabnem było w tym roku prawie tak jak być powinno. 10 lipca 2017 r. pod pomnikiem ofiar znaleźli się nie tylko organizatorzy ceremonii z Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie i osoby z nią związane, oraz partnerzy Gminy z Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Obok naczelnego rabina Polski i katolickiego przewodniczącego Rady Episkopatu ds. Dialogu Religijnego stanęli także duchowni trzech wyznań chrześcijańskich, którzy współprzewodniczyli modlitwom (w tym przyjeżdżający co roku w to miejsce ks. Wojciech Lemański).

W miejscu stodoły, gdzie spłonęły ofiary, obecni byli tym razem także wysokiej rangi przedstawiciele urzędów państwowych: Kancelarii Prezydenta (kolejny już raz minister Wojciech Kolarski), Kancelarii Premiera (Paweł Szrot) i dr Mateusz Szpytma, wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej (wcześniej: twórca Muzeum im. Rodziny Ulmów w Markowej). Tak być powinno. Ta rocznica nie może być tylko wewnętrzną sprawą polskich Żydów – jest bowiem wspólną sprawą wszystkich Polaków.

Mieszkańców Jedwabnego trzeba nie piętnować, lecz otaczać życzliwą i wytrwałą pomocą

Pisałem tu kilkanaście dni temu: „Tak jak wspólnie jesteśmy dumni z polskich Sprawiedliwych, tak samo wspólnie powinniśmy opłakiwać ofiary mordu w Jedwabnem” – zwłaszcza że w tej podlaskiej miejscowości (i w kilku okolicznych) polscy obywatele, jak się wówczas mówiło, wyznania mojżeszowego, zginęli z rąk innych polskich obywateli. I jest to faktem bezspornym, niezależnie od odradzającej się dyskusji na temat skali inspiracji ze strony niemieckich okupantów.

Napisałem jednak: „było prawie tak jak być powinno”. Bo brakowało przedstawicieli lokalnych władz i miejscowego duchowieństwa. Część mediów powtarza też stwierdzenia, jakoby całkowicie bojkotowali tę uroczystość sami dzisiejsi mieszkańcy Jedwabnego. Ta sprawa jest najbardziej skomplikowana. Tym ludziom najtrudniej bowiem ustosunkować się do rzeczywistości. Jedwabne to mała miejscowość, więc dla większości mieszkańców ten problem to nie tylko zła sława miasteczka, ale też kwestia dotykająca bardzo boleśnie i bezpośrednio; wręcz „sprawa rodzinna” – jak powiedziała kilka dni temu Bogdanowi Białkowi jedna z mieszkanek po projekcji w jedwabieńskim Gminnym Ośrodku Kultury filmu „Przy Planty 7/9” o pracy nad pamięcią o pogromie wykonanej w Kielcach.

Przemawiając przy pomniku ofiar w imieniu Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, Białek poskreślał, że jednak indywidualne osoby pochodzące z Jedwabnego i związane z tą miejscowością od lat biorą udział w uroczystościach. A także osoby z okolicznych wsi, mający jedwabieńskich krewnych, czasem rodziców, dziadków. Białek wyjaśniał później na FB: „Mówiłem, jak bolesną i okrutną raną jest dla nich ta zbrodnia. Że nawet mówić o niej nie umieją. Nie wiedzą, jak się mogą lub powinni zachować w miejscu kaźni. Nie wiedzą, jak stosownie się ubrać. Nie radzą sobie ze snami. Nie potrafią pojąć, co się wydarzyło i jak to «coś» mogło się wydarzyć”.

Rocznica w Jedwabnem nie może być wewnętrzną sprawą polskich Żydów – jest wspólną sprawą wszystkich Polaków

W wydanej niedawno książce „Pamięć – dialog – pojednanie, Duchowe wymiary przebaczenia” Bogdan Białek zamieścił poruszający epilog zatytułowany „Wokół Jedwabnego: przestańmy na siebie wrzeszczeć”. Ubolewa w nim, że „dyskusja w Polsce wokół Jedwabnego czy Kielc dotyczy przede wszystkim odmierzania winy – polemiści z pasją podejmują problem odpowiedzialności, szukają odpowiedzi na pytania, kto winien, a kto nie, kto winien bardziej, a kto mniej. Być może także dlatego, że część dyskutantów zbyt łatwo odwołuje się do swoistego «outsourcingu moralnego» – i wskazuje z dużą pewnością siebie tych, którzy powinni coś zrobić ze swoimi sumieniami, znaleźć jakąś formę ekspiacji i ją upublicznić, Przy czym własne sumienia zachowują w stanie nienaruszonym”. Tak się dalej nie da, chyba że komuś chodzi o definiowanie w ten sposób oponenta politycznego.

Dlatego nie jest właściwą drogą nieustanne oskarżanie jedwabian – także przez media media – że sobie nie radzą z pamięcią. Piętnowanie miasteczka i jego mieszkańców do niczego dobrego nie doprowadzi. Oni potrzebują raczej życzliwej, wytrwałej i cierpliwej pomocy – zwłaszcza ze strony Kościoła i społeczności żydowskiej. Pedagogika sumień – a jej najbardziej potrzeba w miejscach takich jak Jedwabne – wymaga przede wszystkim cierpliwości. Dzięki temu przyjdzie wreszcie czas, gdy 10 lipca pod pomnik w Jedwabnem przyjdą i burmistrz, i proboszcz, i biskup łomżyński.

A kieruję te słowa o wytrwałości także do siebie, bo sam przyjeżdżam tam zdecydowanie za rzadko. Choć już 16 lat temu pisałem w „Więzi”: „Okrutna zbrodnia w Jedwabnem dokonała się w czwartek. Wcześniejsze o kilka dni podobne tragiczne wydarzenia w Wąsoszy i Radziłowie ­– miały miejsce w sobotę i poniedziałek. A to oznacza, że mordercy, jak również bierni świadkowie tych okrucieństw – a przynajmniej znaczna ich część – dzień przed mordem, dzień po, albo w trzy dni później brali udział w niedzielnej Mszy świętej. Nie dowiemy się już, co myśleli, co czuli. Nie usłyszymy słów, jakie oni słyszeli wówczas podczas kazania. Nie poznamy tajemnic konfesjonałów ziemi łomżyńskiej… Możemy natomiast dokonać wysiłku oczyszczenia pamięci”.