Dobry to znak, że prezydent USA mówi o Bogu. Ale Trump przyznaje też, że w swoje osobiste sprawy Boga specjalnie nie miesza. O przebaczenie Go nie prosi.

„My chcemy Boga”. Te słowa kilkukrotnie cytował Donald Trump podczas czwartkowego przemówienia na placu Krasińskich. Pragnienie w nich wyrażone – wskazywał nasz gość – jest wciąż obecne w narodzie polskim, narodzie amerykańskim i narodach Europy. Prezydent USA jest prezbiterianinem. Mówi o sobie, że „kocha Boga i kocha swój Kościół”. Jakiego Boga chce Donald Trump, w jakiego Boga wierzy?

Obraz Najwyższego, jaki wyłania się z wypowiedzi prezydenta USA, to przede wszystkim wizerunek obrońcy i Opatrzności. Ta wizja pojawia się w wystąpieniach Trumpa już od początku jego prezydentury. W mowie inauguracyjnej prezydent zapewniał obywateli: – Chronić nas będą wspaniali mężczyźni i kobiety z wojska i policji, a co najważniejsze – chronić nas będzie Bóg.

Podczas tegorocznego Narodowego Śniadania Modlitewnego w Waszyngtonie – spotkania z polityczną, społeczną i biznesową elitą USA – Trump tak mówił o Opatrzności: – Bóg pobłogosławił ten kraj, dając nam tak niezwykłych bohaterów i patriotów. Ameryka będzie się rozwijać, dopóki będziemy nadal wierzyć w siebie nawzajem i w Boga.

W wizji Trumpa Bóg działa na poziomie narodu, jednak prezydent tego narodu radzi sobie ze złem bez Jego pomocy

Słowa o wierze w siebie nawzajem i w Boga są z pewnością piękne i prawdziwe. Jednak należy też wskazać na pewną trudność. Bóg Trumpa w swojej Opatrzności chroni przed cierpieniem i trudnymi kolejami losu nie tylko pojedynczych ludzi, ale i cały naród. Skoro Trump mówi o Jego działaniu w kontekście żołnierzy i policjantów, oznacza to, że mowa o obronie przed zewnętrznym wrogiem.

Wpisuje się to w szerszy nurt amerykańskiej teologii narodu. Podczas Narodowego Śniadania Modlitewnego Trump wyraźnie wskazywał, że to Bóg inspiruje Amerykanów do wysyłania żołnierzy na misje w różne strony świata. Z kolei w mowie inauguracyjnej, mówiąc o Amerykanach, cytuje fragment psalmu 133. W oryginale brzmi on: „Oto jak dobrze i jak miło, gdy bracia mieszkają razem”, jednak Trump zamienia słowo „bracia” (hebr. achim) na sformułowanie „ludzie Boga” (God’s people). Wszystkie te wypowiedzi wskazują, jakoby Amerykanie byli swego rodzaju narodem wybranym, narodem pełniącym Bożą misję, a więc będącym pod szczególną (w porównaniu do innych narodów) protekcją Boga.

Wizja Boga chroniącego naród obecna jest w Starym Testamencie, jednak wydaje się, że brakuje w niej elementu nowotestamentowego. Chrystus mówi w Ewangelii wg św. Mateusza: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle”. Figura walki z zewnętrznym wrogiem u Chrystusa staje się walką ze złem, które każdy z nas nosi w sobie.

Historia pokazuje też, że Bóg nie zawsze interweniuje, żeby ochronić naród – wiele razy doświadczyła tego katolicka Polska. Jego drogi nie są naszymi drogami, a poza tym – jak mówił św. Paweł – „nie ma już Greka ni Żyda”. Ostatecznie Bóg rozmawia z każdym z nas, nie zaś z narodem, który jest bytem ziemskim, ważnym, ale z Bożego punktu widzenia – przygodnym.

Zbawienie dotyczy pojedynczych ludzi tworzących mistyczne ciało Chrystusa, ludzi ze wszystkich ludów i narodów. Jeśli byłoby inaczej – bylibyśmy niebezpiecznie blisko zbiorowej odpowiedzialności. Dla chrześcijan Bóg może być w sercach bohaterów i patriotów, może przynaglać ich do wielkich czynów – ale dzieje się tak dlatego, że te czyny są dobre same w sobie, pochodzą z Niego; a nie dlatego, że wybrał konkretny naród, by udzielić mu takiego błogosławieństwa.

Choć Bóg, o którym opowiada Trump, aktywnie interweniuje – z wypowiedzi prezydenta USA przebija jednak zwątpienie w Bożą moc. Z jednej strony Bóg pomaga i chroni, z drugiej – trzeba o Niego walczyć. Na placu Krasińskich Donald Trump mówił: – Walczmy wszyscy jak Polacy – o rodzinę, o wolność, o ojczyznę i o Boga.

O ile tę wypowiedź można jeszcze rozumieć jako odniesienie do polskiej walki o wolność wyznawania religii w czasach PRL i zaborów, o tyle w katalogu wypowiedzi prezydenta USA można znaleźć słowa dużo mocniejsze.

W ubiegłym roku w wywiadzie dla telewizji CNN, prowadzący Frank Luntz zapytał Trumpa, czy ten kiedykolwiek prosił Boga o przebaczenie. Polityk odpowiedział: – Nie jestem pewien, czy prosiłem. Po prostu idę dalej i staram się być lepszy. Jeśli wydaje mi się, że zrobiłem coś złego, to po prostu staram się to naprawić. Nie mieszam w to Boga.

Mamy więc w tej wizji do czynienia z dziwną sytuacją: Bóg interweniuje na poziomie całego narodu, jednak prezydent tego narodu nie zaprasza Go do trudnych sytuacji we własnym życiu – radzi sobie ze złem bez Jego pomocy, niczym u Pelagiusza, który twierdził, że człowiek o własnych siłach może dojść do zbawienia.

W tym samym wywiadzie Trump stwierdza także: – Lubię być dobry. Nie lubię sytuacji, w której muszę prosić o przebaczenie. A ja jestem dobry. Nie robię zbyt wielu złych rzeczy.

Sam Chrystus w podobnej sytuacji odpowiadał ostrożniej od prezydenta: „Czemu nazywasz mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg”…

Ostatecznie to nie do Trumpa, ale do Boga (i, jak to jest w przypadku osoby publicznej – do społeczeństwa) należeć będzie ocena, czy prezydent faktycznie jest dobrym człowiekiem, czy też stosuje podwójne standardy.

Hammarskjöld zanotował: „Kokietujesz – nawet przy robieniu notatek o swej kokieterii”

Amerykański ewangelista Franklin Graham (syn słynnego Billy’ego Grahama) podkreślał, że wybór Donalda Trumpa był Bożą interwencją. Takie opinie pojawiają się wśród wielu ewangelikalnych chrześcijan w USA. Z pewnością dobry to znak, że jeden z najważniejszych ludzi świata nie wstydzi się mówić o swoim chrześcijaństwie i o Bogu. Z pewnością politykowi, który musi prowadzić walkę na wielu frontach, szczególnie trudno zachowywać ewangeliczny ideał pokory.

Z chęcią dałbym jednak prezydentowi Trumpowi w prezencie niewielką książkę jego nieżyjącego kolegi po fachu – „Drogowskazy” Daga Hammarskjölda, byłego sekretarza generalnego ONZ. W tym dzienniku szwedzki polityk i mistyk prowadzi nieustanny dialog ze sobą i z własnymi demonami. Zwraca się sam do siebie: „Kokietujesz – nawet przy robieniu notatek o swej kokieterii”. I pisze też: „Być pokornym i dumnym w duchu wiary znaczy: przeżywać to, że wobec Boga jestem niczym, ale Bóg jest we mnie”.