Co się wydarzyło w 1989 roku w Polsce?

Po pierwsze, załamał się system realnego socjalizmu, który istniał jeszcze 1 stycznia 1989 roku. To co istniało 31 grudnia tego roku można bardzo różnie określać, ale to już nie był ten sam system. Po drugie, elity antykomunistyczne, solidarnościowe – mówiąc najłagodniej – nie wykorzystały szansy i w ten sposób powstały przesłanki dla powstania tego układu społecznego, jaki istnieje po dziś dzień.

Czterem porom roku 1989 odpowiadały cztery różne formuły polityczne. Formuła zimowa to był Okrągły Stół – chodziło o to, by wynegocjować „Solidarność” i możliwie najkorzystniejszy sposób jej umieszczenia w systemie. W latach 1980–1981 „Solidarność” była poza systemem – teraz uznano, że trzeba ją umieścić w systemie, i to się w zasadzie udało. Na wiosnę trzeba było wygrać wybory, to znaczy sparaliżować plan uzyskania przez komunistów legitymizacji w nowej sytuacji – to także się udało. W lecie tą formułą polityczną było wykorzystanie tego zwycięstwa dla przejęcia władzy, a przynajmniej jej części. To też się udało. Gdy przyszła „jesień ludów” i runął mur berliński, tą formułą była możliwie szybka ostateczna likwidacja tego układu. To się nie udało, właściwie nie zostało podjęte. Spór wokół tego, co należy robić dalej, stał się podstawą „wojny na górze” (ja też tego określenia bardzo nie lubię).

To co było dalej w moim przekonaniu można opisywać w kategoriach wielkich zadań, jakie stały przed elitami solidarnościowymi i które tylko po części zostały wykonane. Zadanie pierwsze to gospodarka – wprowadzenie podstawowych kategorii rynkowych, realnej ekonomii do życia gospodarczego: przede wszystkim normalnego pieniądza, cen, rynku i przemian własnościowych. To zostało zrobione, choć przemiany własnościowe po części do dziś się nie spełniły. Druga sprawa to jest wprowadzenie procedur demokratycznych i związanych z tym wolności obywatelskich – przypominam, że jeszcze na jesieni 1989 roku preliminowano pieniądze na cenzurę. To się generalnie rzecz biorąc też udało. Elementem tego procesu było likwidowanie struktur PZPR, co nastąpiło na zasadzie samolikwidacji, ze wszystkimi tego konsekwencjami, w tym – uzyskaniem przez komunistów przynajmniej częściowej legitymacji do dalszego działania, co w moim przekonaniu nie było rozwiązaniem dobrym.

Inne zadania nie zostały wypełnione. Nie zbudowano nowego państwa, nowego aparatu państwowego – na nowo skonstruowanego i w dużej mierze także nowego w sensie personalnym. Były oczywiście pewne posunięcia w tym kierunku – weryfikacja SB czy chwilowe uchylenie gwarancji dla urzędników. Weźmy na przykład pod uwagę, co się stało z funkcjonariuszami SB. Służba ta liczyła dwadzieścia kilka tysięcy osób. Siedem tysięcy znalazło się w MO, a następnie w policji. To przecież nie są ci policjanci, którzy chodzą po ulicach, tylko grupa kierownicza i zaplecza technicznego. Około pięciu czy sześciu tysięcy zostało pozytywnie zweryfikowanych. Odpadła tylko ta reszta. Nie wykonano także generalnie zadania w ważnej sferze legitymizacji państwa – nie wybrano tradycji Trzeciej Rzeczypospolitej. Nie dokonano też przebudowy społecznej. W wersji najbardziej antykomunistycznej ta przebudowa zmierzała do całkowitego rozbicia pozostałości dawnego systemu, w wersji bardziej umiarkowanej miała wyrównać szanse w tym sensie, żeby pozycja zdobyta w socjalizmie nie rozstrzygała o szansach w wyścigu w nowym systemie.

Te wszystkie dokonania i niedokonania – jak później pokazała historia – w jakiejś mierze zostały przesądzone do końca 1989 roku, w sensie politycznym „przedłużonego” o kilka miesięcy.

Fragment dyskusji, która ukazała się w miesięczniku „Więź” nr 5/1999.