Odwołując się do przeszłości, najwyżsi przedstawiciele rządu deklarują, że chcą nas bronić przed zagrożeniami, a nawet przed zagładą. A któż tak nam dziś zagraża?

W listopadzie ubiegłego roku wśród osób bywających na warszawskich demonstracjach solidarności z uchodźcami (a jest to, przyznajmy, garstka ludzi w porównaniu z liczbą uczestników innych demonstracji w stolicy z lewa i prawa) wybuchła burzliwa dyskusja. Powodem była inicjatywa zorganizowania takiej właśnie demonstracji, która miała rozpocząć się w miejscu szczególnym – na Umschlagplatzu, przy pomniku upamiętniającym zagładę warszawskich Żydów, w miejscu, gdzie większość z nich rozpoczęła swą ostatnią podróż.

Obie strony miały ważkie argumenty. Inicjatorzy demonstracji zwracali uwagę, że tragedia, jaka ma miejsce w Syrii czy w Iraku, a która skłania ludzi do dramatycznej decyzji o ucieczce, nie jest pozbawiona podobieństw do losu Żydów w czasie II wojny światowej – także mordowanych czy zmuszanych do ucieczki. Przeciwnicy zwracali uwagę na szczególność miejsca, które jest na swój sposób cmentarzem warszawskiej społeczności żydowskiej. Poza tym – przekonywali – Zagłada to nie temat, który można traktować instrumentalnie, choćby cel był nie wiem jak szlachetny. Ja sam ostatecznie – tu odkryję przy okazji pozycje, z których piszę ten tekst – nie zdecydowałem się na tę akurat demonstrację pójść.

Przeszłość powraca w dyskusjach wokół obecnego kryzysu imigracyjnego w zasadzie od początku. Przywoływane są przykłady polskich dzieci przyjmowanych w czasie II wojny światowej, wspomina się o Żydach-uciekinierach z nazistowskich Niemiec, którzy bezskutecznie próbowali się dostać do USA i innych krajów. Odpowiedzią są często stwierdzenia o nieadekwatności tych analogii, a tym, którzy się na nie powołują, zarzuca się nierzadko moralny szantaż.

Walka polskiego rządu o uratowanie własnych obywateli ma kojarzyć się z rokiem 1939

Do przeszłości postanowił odwołać się jednak także polski rząd. Premier Beata Szydło stwierdziła w czasie wizyty w Oświęcimiu, że „Auschwitz to w dzisiejszych niespokojnych czasach wielka lekcja tego, że trzeba czynić wszystko, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli”. Przed czym chronić obecnie – nie ma raczej wątpliwości. Przecież nieustannie słyszymy: uchodźcy – choroby – terroryzm. O zagrożeniu, jakie płynąć ma z ewentualnej relokacji Syryjczyków przebywających w krajach Europy Południowej, rząd przypomina nam nieustannie.

Zagrożenie jednak to mało – słowom premier Szydło z Auschwitz w pełni pozwoliła wybrzmieć dopiero wypowiedź wicepremiera Jarosława Gowina. Komentując spór Polski z Komisją Europejską w sprawie relokacji uchodźców, stwierdził on: „Mamy prawo, każdy naród, każda cywilizacja, cywilizacja europejska w tym przypadku, ma prawo się bronić przed zagładą”. Chodzi więc o eksterminację, a użyte słowo – nie wiem, czy zamierzenie – wprost odwołuje się do Zagłady, jakiej w czasie II wojny doświadczyli europejscy Żydzi i ich cywilizacja.

Kto jednak występuje w roli zagrożenia, z czyich rąk należy wypatrywać zagłady? Oczywiście mowa przede wszystkim o niosących terroryzm uchodźcach. Ale wicepremier Gowin mówił tez o „elitach państw zachodniej Europy” jako prowadzących na drogę do samozagłady cywilizacji europejskiej. Zagrożeniem są więc również ci, którzy chcą nas zmusić do przyjęcia obcych: przywódcy (reprezentującej ponoć – jak ciągle słyszymy – jedynie niemieckie interesy) Unii Europejskiej. Merkel, Tusk, Schulz – w prawicowej prasie widzieliśmy ich już przecież wszystkich w niemieckich mundurach z okresu wojny czy łamiących polski szlaban graniczny. Czyli teraz i siedemdziesiąt kilka lat temu zagrożenie polskich obywateli – zagrożenie zagładą – przychodzi z tej samej strony.

Polskiemu rządowi nie jest łatwo nas przed tym zagrożeniem bronić. Jak pamiętamy, po przegranym głosowaniu dotyczącym wyboru Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej witający Beatę Szydło na lotnisku poseł Kaczyński podkreślał, że znalazła się ona „pod ogromnym naciskiem i i broniła polskiej sprawy. Broniła dzielnie, broniła w sposób, który pozostanie w naszej pamięci, w naszej historii”.

Czy rząd uznał się za kontynuatora misji polskich Sprawiedliwych ratujących współobywateli przed Zagładą?

Można by powiedzieć, że te zmagania o uratowanie własnych obywateli znajdują analogię z nierówną walką, jaką Polska podjęła w roku 1939. Skoro jednak mowa o dzielnym, wymagającym niezwykłej odwagi ratowaniu przed zagładą – przychodzi na myśl zgoła inne skojarzenie: z polskimi Sprawiedliwymi. Czyżby rząd uznał się za kontynuatorów ich misji ratowania współobywateli przed Zagładą? Pamięć o tych autentycznie niezwykłych bohaterach, najdzielniejszych z dzielnych, szczęśliwie staje się w Polsce coraz powszechniejsza. Jest też szalenie ważna dla polityki historycznej polskich władz. Trudno jednak pozbyć się wrażenia, że Sprawiedliwi coraz częściej stają się zakładnikami tej polityki, a niekiedy i ofiarami. To przecież przy okazji uroczystości podpisania listu intencyjnego w sprawie utworzenia w Oświęcimiu Muzeum Sprawiedliwych premier Szydło wygłosiła swe niefortunne słowa.

Temat Sprawiedliwych pojawił się już w Auschwitz z inicjatywy rządu przy innej okazji – polskie władze postanowiły nim „wzbogacić” milczącą wizytę papieża Franciszka w byłym obozie. Planował on: „Chciałbym pojechać do Auschwitz, do tego miejsca grozy, bez przemówień, bez wielu osób, tylko z nielicznymi niezbędnymi. Sam. Wejść i modlić się, aby Pan dał mi łaskę płaczu”. W dramatycznym reportażu Agnieszka Magdziak-Miszewska opisała, jak bardzo został niezrozumiany i jak polskie władze postanowiły wykorzystać jego wizytę dla promocji swej polityki historycznej: „Na rządowej trybunie minister Beata Kempa instruuje dziewczynki w bieli ściskające w dłoniach portrety rodziny Ulmów. Dyrektor muzeum ich  imienia i nowy wiceprezes IPN  przekazuje instrukcje Sprawiedliwym. I nagle rozumiem, co tu się za chwilę stanie. I nie chcę tu być”.

Nie chcę tu być. Nic dodać, nic ująć.