Lektura pasjonującej, to znaczy kontrowersyjnej, rozmowy Karola Modzelewskiego i Andrzeja Werblana o Polsce Ludowej pozwala spojrzeć na PRL jak na obiekt nieodwołanie zamkniętej historii.

Robert Walenciak nie jest moim ulubionym dziennikarzem, ale trudno mi nie przyznać, że wpadł na pomysł genialny w swojej prostocie. Do rozmowy o historii PRL zaprosił dwóch ważnych ludzi z obu stron (ówczesnej) barykady: Karola Modzelewskiego i Andrzeja Werblana. Wyszła z tego gruba księga, którą czyta się jednym tchem. Choć chwilami warto łapać oddech, żeby zyskać dystans do niektórych tez, formułowanych na jej stronach.

Karol Modzelewski to, jak wiadomo, chodząca historia opozycji demokratycznej. Urodzony w 1937 roku w Moskwie, był jako student uczestnikiem polskiego Października, potem napisał z Jackiem Kuroniem „List otwarty do partii”, za co wkrótce znalazł się w więzieniu. Przez lata siedemdziesiąte zajmował się głównie pracą naukową – jest historykiem mediewistą – po czym wciągnęły go wydarzenia Sierpnia. Stał się pomysłodawcą nazwy NSZZ „Solidarność”; był pierwszym rzecznikiem prasowym związku. W stanie wojennym internowany przez dwa i pół roku, po wyjściu na wolność wrócił do zajęć historyka, ale w 1989 został senatorem I kadencji.

Modzelewski - Werblan. Polska Ludowa

Robert Walenciak, „Modzelewski – Werblan. Polska ludowa”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2017

Nazwisko Andrzeja Werblana jest pewnie przez ludzi młodszych ode mnie słabiej znane. A przecież ten starszy od Modzelewskiego o trzynaście lat były zesłaniec syberyjski i żołnierz I Armii (Berlinga) w latach 1954-1982 wspinał się po szczeblach kariery politycznej, której kres położyło wsparcie przez Werblana tzw. struktur poziomych – porozumienia między organizacjami PZPR w zakładach pracy, co zdaniem władz PRL naruszało „centralizm demokratyczny” w partii rządzącej; innymi słowy: na swój sposób buntowało się przeciwko dyktaturze. Wkrótce potem przyszedł stan wojenny. Werblan pisywał przemówienia dla Władysława Gomułki i Edwarda Gierka. Z wykształcenia, podobnie jak Modzelewski, jest historykiem.

A zatem Walenciak zetknął ze sobą dwóch ważnych uczestników historii najnowszej, świadków i sprawców wydarzeń, które kształtowały nasz kraj (i pośrednio, być może, kształtują do dziś) – ludzi lewicy, ale przecież odmiennie interpretowanej, ponieważ Modzelewski był od młodości krytykiem, a wkrótce nieprzejednanym przeciwnikiem realnego socjalizmu, gdy Werblan ów realny socjalizm współtworzył. Są to więc niegdysiejsi przeciwnicy, którzy po latach potrafią ze sobą spokojnie rozmawiać. Ich spotkanie otwiera perspektywę, z której zbyt rzadko korzystamy: by o przeszłości podyskutować z dystansem, porównać perspektywy, dziś nieraz redukowane do wymiaru nieomal eschatologicznej walki dobra ze złem. Intencje zaś ludzi zaangażowanych po tej lub tamtej stronie bywały – zwłaszcza w latach 60. i 70. – nieco bardziej skomplikowane.

Od razu zastrzegę, że w momencie, gdy rozmowa dochodzi do czasów, które sam obejmuję pamięcią, mój początkowy bezkrytyczny entuzjazm, wynikający z możliwości przyjrzenia się kulisom wydarzeń znanych mi z podręczników, zamienił się w entuzjazm krytyczny. Używam przy tym tego epitetu raczej w znaczeniu, w jakim to słowo funkcjonuje w metodologii historii, niż jako oględny synonim słowa „niechętny”. Pozwolę sobie pokazać na przykładzie, o co mi chodzi.

Opowiada Andrzej Werblan o istotnej zmianie ideologicznej, która nastąpiła po odejściu Władysława Gomułki: „Ekipa Gierka od początku wyraźnie dystansowała się od pozostałości dawnego kapepowskiego kursu w sprawach dla inteligencji ważnych. Swoistą manifestacją tej polityki była odbudowa Zamku Królewskiego. W 1978 roku bardzo uroczyście obchodzono sześćdziesięciolecie odzyskania niepodległości. Z tej okazji zwołano uroczystą sesję Sejmu, podkreślając linię pełnej ciągłości państwowej od 1918 roku i odrzucając tradycję negacji II RP. Z inspiracji KC odbyła się wielka sesja w Polskiej Akademii Nauk” (s.366).

Bardzo możliwe, że gdybym się urodził choćby kilka lat później, nie zwróciłbym na ten fragment uwagi. Ale miałem wówczas szesnaście lat i jesień 1978 roku stała się dla mnie, jak dziś widzę, inicjacją polityczną. To wówczas mój nieodżałowany nauczyciel polskiego, prof. Ireneusz Gugulski, napomknął na koniec lekcji, że wybiera się wieczorem na Mszę w katedrze z okazji rocznicy odzyskania niepodległości – i powiedział to w taki sposób, że zrozumieliśmy z kolegami: my też powinniśmy tam być.

Ekipa Gierka nawiązywała w 1978 r. do II RP, ale tak, żeby do niej jednak nie nawiązać!

Dzięki temu pamiętam coś, co Andrzejowi Werblanowi umknęło. Nie posądzam go o świadome mijanie się z prawdą, a tylko o wynikłe z perspektywy, z której wspomina, pominięcie szczegółu, który chyba nie tylko w mojej opinii osłabia jego tezę o tym, że za sprawą ekipy Gierka „w 1978 roku bardzo uroczyście  obchodzono sześćdziesięciolecie odzyskania niepodległości”. Gdyż owszem, obchodzono je, ale nie 11 listopada, jak przed wojną, lecz cztery dni wcześniej. Dziś można by powiedzieć, że dla takiej korekty historyk ma niemało argumentów: faktycznie, 7 listopada 1918 roku powstał w Lublinie rząd Ignacego Daszyńskiego. Wśród kilku rozmaitych dat, które mogłyby symbolizować proces (!) odzyskiwania niepodległości, jest to może data najtrafniejsza. W czasach realnego socjalizmu takie argumenty historyków nie grały jednak roli, gdyż toczyła się walka na symbole i mity.

Władza – być może spętana obawą przed reakcją Moskwy – nawiązywała wtedy do przedwojennej państwowości tak, żeby do niej jednak nie nawiązać! Nie wskrzeszała dawnego święta, redukowała rolę Piłsudskiego na rzecz Daszyńskiego (choć ten, żeby nie utrudniać działań dawnemu towarzyszowi z PPS, podał się 11 listopada do dymisji), a w pamiętanych przeze mnie – co prawda, jak przez mgłę – materiałach telewizyjnych i prasowych wiązano w dodatku ów 7 listopada z… obchodzonym tego samego dnia świętem Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. W efekcie obywatel PRL dowiadywał się, że i w 1918 roku ostatecznie wolność przynieśli nam, choć pośrednio, bolszewicy. Przyjmuję z dobrą wolą, że ten niuans mógł po latach prof. Werblanowi umknąć. Ale w tym momencie zrodził się we mnie niepokój, jakie jeszcze niuanse mu umknęły w tych partiach tekstu, których nie mam jak skonfrontować z własną pamięcią…

A zatem rozmowę tę należy czytać tak, jak się czytuje źródła historyczne: dokonując ich krytycznej (!) weryfikacji. Zderzając ją z innymi wspomnieniami, innymi interpretacjami. Pamiętając o wszystkich ograniczeniach perspektywy świadka, który, także po latach, ma prawo nie tylko do luk w pamięci, ale do relacjonowania sposobu, w jakim rozumiał – a także rozumie po latach – bieg wydarzeń. Tak jest, kiedy tenże Andrzej Werblan zaczyna sugerować, że strajki latem 1980 roku wybuchły z inspiracji Służby Bezpieczeństwa: „Trzeba by ustalić osoby, które inicjowały…” – mówi, a Karol Modzelewski w tym akurat miejscu kontruje: „Panie profesorze, strajki inicjują osoby, które są aktywne w systemie, w którym żyją. […] Dla mnie nie ma w tym nic zaskakującego” (s. 384). Trudno tej wymiany zdań nie skwitować kwaśno, że osoby o skłonnościach autorytarnych, a także te, które w systemie autorytarnym długo tkwiły, mają kłopot z przyjęciem do wiadomości, że w społeczeństwie dzieje się czasem coś spontanicznego (znamienne, że bardzo podobnie brzmi komentarz do „Jesieni Ludów” z 1989 roku).

Podobnie jest, gdy Werblan – deklarujący zresztą pod koniec książki wprost: „miałem i mam marną opinię” [o «Solidarności»] – kwituje falę rozmaitych roszczeń w okresie 1981-82 pogardliwymi, jak mi się zdaje, słowami: „chcieli być PZPR-em, tylko innym”, na co zresztą Modzelewski znajduje spokojną odpowiedź: „Nie. Ale wzór partii powodował tęsknotę do pewnego monolityzmu” (s. 428). Walcząc z przeciwnikiem. bardzo często nabiera się mimowolnie pewnych jego cech, choć sam, wówczas już student, zacząłem dostrzegać to później – dopiero po 13 grudnia.

Gdy poszukiwano następcy Gierka, Werblan rozmawiał z gen. Jaruzelskim w ogrodzie, nie w gabinecie

W tej sytuacji najciekawsze wydają mi się dwojakiego rodzaju fragmenty książki. Jeden – to słowa, z których wynika coś mimochodem, jakby jakiś aspekt sytuacji albo był dla świadka oczywisty, albo, przeciwnie, niezauważalny (i właśnie przez to – wiarygodny). Kiedy na przykład w relacji o tym, jak poszukiwano następcy Edwarda Gierka, Werblan opowiada o swojej wizycie u ówczesnego szefa MON, generała Jaruzelskiego: „On nie bardzo chciał w biurze rozmawiać. Ale w ministerstwie obrony jest taki ogródek. Tam rosły róże i spacerowaliśmy wśród tych róż i toczyliśmy długą, bezowocną dyskusję” (s. 394). Czyli albo dowódca sił zbrojnych cierpiał na paranoję, albo (i raczej to) nie było w PRL tak wysokiego stanowiska, które na pewno chroniło przed podsłuchami…

Drugi rodzaj tych najbardziej intrygujących partii książki to momenty, gdy rozmówcy przejmują inicjatywę od przepytującego ich dziennikarza i wchodzą w polemiki lub porównują bezpośrednio swoje wspomnienia. Na przykład, gdy zadziwiająco podobnie opisują reakcję ekipy Gierka na wydarzenia w Radomiu  i Ursusie:

„AW: […] zorientowałem się, że idziemy ku awanturze, że kierownictwo, czyli Gierek i Jaroszewicz, zdecydowało się mimo wszystko przeprowadzić tę podwyżkę. Tyle tylko, że chcą poprzedzić to […]
KM: Pomysł był więc taki, żeby zrobić kampanię propagandową i na jej fali wprowadzić podwyżkę? Jeszcze raz?
AW: Tak. Wrócić do podwyżki i ją wprowadzić.
KM: Tam w KC nie było żadnego psychiatry?
AW: Nie było. On by się przydał, ale go nie było (s. 341).

Przeglądając miejsca książki, które zaznaczyłem podczas lektury, widzę teraz, że są to w większości moje reakcje na wypowiedzi Andrzeja Werblana. Dzieje się tak pewnie dlatego, że poglądy Karola Modzelewskiego są mi nieporównanie bliższe (i zresztą znam je trochę z jego świetnej książki „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca”). Uczestniczy on zresztą w rozmowie z pozycji bardziej komfortowej (choć taktownie w żadnym momencie się na ten fakt nie powołuje), gdyż ostatecznie stał po właściwej stronie i nie musi usprawiedliwiać swoich niegdysiejszych wyborów.

Ale zastanawia mnie jeszcze coś innego. Mianowicie: że spotkanie obu rozmówców, które zorganizował Robert Walenciak, pozwala mimo wszystko spojrzeć na PRL jak na obiekt nieodwołanie zamkniętej historii. Stąd chyba spokój (dyskutantów i czytelnika), z jakim przyjmuje się nawet najbardziej nieoczywiste poglądy – naruszany w moim przypadku jedynie w kilku miejscach, które objaśniają moim zdaniem toczące się dzisiaj procesy (narodziny legendy Kościoła jako siły jednoznacznie opozycyjnej, gdy zarówno prymas Wyszyński, jak i prymas Glemp, sympatyzując z opozycją, prowadzili jednak Realpolitik; pojawienie się esbeckiego pomysłu na dziką lustrację jako karę dla agentów, którzy po Sierpniu zerwali współpracę i opowiedzieli się po stronie „Solidarności”).

Lata minęły – i choć Karol Modzelewski i Andrzej Werblan opowiadają o tym, co wypełniło im życie – dla odbiorcy jest to mimo wszystko pasjonujący, ale odległy od jego doświadczenia fragment historii. Gaśnie oburzenie na jednych, a uwielbienie dla innych jej aktorów, zaczyna się możliwość empatycznego rozumienia ludzkich intencji. Nie wszyscy opozycjoniści byli aniołami (a już na pewno: mądrymi aniołami). Nie wszyscy członkowie aparatu władzy byli diabłami wcielonymi. Przeszłość okazuje się znacznie ciekawsza niż ideologiczne schematy. Chociaż – a może właśnie dlatego – że trud jej rozszyfrowania nie jest zakończony nawet po zakończeniu lektury tej pasjonującej, to znaczy kontrowersyjnej książki.