Czym okażą się wybory prezydenckie we Francji? Kolejnym ogniwem w łańcuchu łączącym Brexit z wygraną Donalda Trumpa w USA? Czy początkiem wielkiej kontrofensywy demokracji liberalnej?

W niedziele 23 kwietnia (1. tura) i 7 maja (2. tura) Francuzi pójdą głosować w wyborach prezydenckich na jednego z 11 kandydatów. Pewne jest jedynie to, że obecny lokator pałacu Elizejskiego François Hollande niedługo będzie musiał się wyprowadzić, bo nie ubiega się o reelekcję. Jak można zrozumieć proces zmiany władzy we Francji w najbliższych tygodniach?

A jak afery

Dziesięć lat temu ówczesny kandydat na prezydenta Francji Nicolas Sarkozy z prawicowej partii UMP (od 2015 LR, tj. Republikanie) obiecał „nieskazitelną Republikę”. W ten sposób chciał się odciąć od balastu dwóch kadencji Jacques’a Chiraca z tej samej partii.

Długa lista podejrzeń bądź wyroków dotyczących Chiraca przyniosła mu przezwisko „super kłamca”, choć Francuzi traktowali go dość pobłażliwie. Do dziś uważają go za najbardziej sympatycznego prezydenta ostatniego półwiecza, przed François Mitterrandem i Charles’em de Gaulle’em.

Obietnica Nicolasa Sarkozy’ego okazała się próżna tuż po jego zwycięstwie. Jego nieskrępowana miłość do pieniędzy i lansu oraz bliskie relacje z miliarderami, czasem o wątpliwej moralności, np. z nieżyjącym już dyktatorem Libii Mu’ammarem al-Kaddafim, budziły u wielu Francuzów tak silny niesmak, że większość postanowiła go zastąpić kandydatem Partii Socjalistycznej (PS) François Hollande’em.

Ten z kolej zapowiadał, że „będzie prezydentem normalnym” oraz że Republika będzie „wzorcowa”. Choć sam nigdy nie był oskarżony o nieprawidłowości – jego największym grzechem był brak dyskrecji w życiu prywatnym, co we Francji nie uchodzi za specjalnie karygodne – niektórzy jego ministrowie przedstawili żenujący spektakl bezwstydu.

Pod rządami Sarkozy’ego Republika nie stała się nieskazitelna, a pod rządami Hollande’a wzorcowa

Weźmy przykład efemerycznego sekretarza stanu ds. handlu zagranicznego Thomasa Thévenouda, który 9 dni po powołaniu na stanowisko musiał się poddać do dymisji, po tym, jak media ujawniły, że jako poseł nie rozliczał się z podatków. Przed dziennikarzami starał się usprawiedliwić… „fobią przed administracją”. Inny nieco kuriozalny przypadek dotyczył Jérôme’a Cahuzaca, przez niecały rok ministra budżetu, a jak się okazało, od dłuższego czasu eksperta od ukrywania pieniędzy (własnych i żony) w rajach podatkowych.

W tym roku afery otaczają także polityków, którzy dopiero ubiegają się o urząd prezydenta. Najgłośniejsza obciąża kandydata prawicy, byłego premiera i obecnie posła François Fillona, któremu postawiono zarzut defraudacji środków publicznych w celu fikcyjnego zatrudnienia członków rodziny. Prasa pokazała dodatkowo, że dobre relacje z zamożnymi osobami przyniosły mu różne korzyści, od synekury dla żony po luksusowe garnitury.

Co ciekawe, nie tylko tzw. ludzie z układu (vide niżej: UMPS) zostali złapani na gorącym uczynku. Marine Le Pen, kandydatka Frontu Narodowego (vide niżej: FN), europosłanka od 2004 r. i jeden z głównych oskarżycieli w retoryce „antysystemowej”, jest pod lupą śledczych za możliwą defraudację pieniędzy przeznaczonych na zatrudnienie asystentów parlamentarnych, a ostatecznie wykorzystanych do finansowania partii.

Francuzi jednak inaczej traktują polityków z partii rządowych i takich, którzy dotychczas nigdy nie musieli brać odpowiedzialności za kraj. O ile szanse na wygraną François Fillona mocno spadły po medialnych rewelacjach, o tyle poziom poparcia dla Marine Le Pen prawie nie drgnął. Jej wyborcy najczęściej uzasadniają bowiem oporność na tego typu informacje dwoma argumentami. Albo myślą, że „i tak wszyscy są zepsuci” (fr. tous pourris), więc uczciwość nie jest czynnikiem odróżniającym kandydatów, albo są przekonani, że Front Narodowy pada ofiarą manipulacji reżyserowanych przez lewicujących dziennikarzy, sędziów i urzędników.

Nawet François Fillon, mimo niezaprzeczalnej przynależności do „systemu” – pracuje w polityce od 1976 r. i w życiu nigdy się nie imał czegoś innego – sięgnął ostatnio do teorii spisku i istnienia „czarnego gabinetu” w aparacie państwowym, który rzekomo próbuje za wszelką cenę storpedować jego kandydaturę. Jednak większość Francuzów nadal obdarza media i sądy zaufaniem na tyle, by nie czynić polityki jedyną sferą ustalania prawdy.

EM jak „En marche!” i Emmanuel Macron

Według sondaży Emmanuel Macron, rocznik 1977, jest obecnie faworytem na następnego lokatora Pałacu Elizejskiego. Macron dobrze już zna to miejsce, ponieważ przez dwa lata pracował w gabinecie François Hollande’a na stanowisku zastępcy sekretarza generalnego, a przez kolejne dwa lata bywał częstym gościem prezydenta jako minister gospodarki, przemysłu i cyfryzacji. Poza relacjami służbowymi ustępującego socjalistę i liberalnego pretendenta do tronu łączy pewna zażyłość. „Emmanuel to syn, którego chciałoby się mieć” – wyznał dziennikarzom François Hollande.

Jak nieraz się zdarzało w historii, że protegowany prędzej czy później zabije ojca. Tak było między François i Emmanuelem, który jeszcze jako minister założył rok temu polityczny ruch „En marche!” („W ruchu!”) mający na celu przygotowanie jego kandydatury w wyborach prezydenckich. W sytuacji, gdy urzędująca głowa państwa zazwyczaj ubiega się o reelekcję, inicjatywa młodego polityka oznaczała wprost, że prezydent wyhodował żmiję na własnym łonie.

Po wielu miesiącach oczekiwania François Hollande wreszcie oświadczył w grudniu 2016 r., że jest to jego jedyna i ostatnia kadencja. Tym samym de facto namaścił Emmanuela na spadkobiercę nurtu socjalliberalizmu, w który osobiście wierzył, ale jako jeden z nielicznych w Partii Socjalistycznej.

Program Macrona powstał oddolnie po masowych konsultacjach

Wyraźny dowód niepowodzenia w próbie nawrócenia towarzyszy partyjnych na bardziej nowoczesną, a zarazem realistyczną odmianę lewicy stanowiło zwycięstwo w prawyborach Benoît Hamona, który m.in. chce zatrudnić więcej urzędników, wprowadzić podatek od robotów i zagwarantować uniwersalny dochód podstawowy w wysokości 750 euro miesięcznie (vide niżej: Lewica).

Emmanuel Macron wprawdzie nie ma oparcia w głęboko zakorzenionej partii – sam przyznał, że nie jest socjalistą i nie startował w prawyborach PS – ale dzięki swej świeżości zdołał w ciągu roku zbudować potężny ruch liczący ponad 200 tys. członków (choć nie wiadomo dokładnie, ilu uiszcza składkę) oraz młody i bardzo zmotywowany zespół do sztabu wyborczego.

Jako liberał o jednoznacznie prounijnych poglądach, co go odróżnia od wszystkich pozostałych 10 kandydatów, uzyskał także poparcie wielu przedsiębiorców, naukowców i ekonomistów. Z kolei wśród polityków niektórzy „republikanie” i socjaliści, niemogący z powodów programowych lub etycznych utożsamić się z oficjalnymi kandydatami partyjnymi, tj. François Fillonem i Benoît Hamonem, zapowiedzieli, że będą głosować właśnie na Emmanuela Macrona.

Jego program został opracowany oddolnie po przeprowadzeniu masowych konsultacji z udziałem 30 tys. zwykłych obywateli i 400 ekspertów. Postuluje m.in. większą decentralizację, redukcję wydatków publicznych zgodnie z zaleceniami UE oraz ujednolicenie systemów ubezpieczeń społecznych (we Francji jest ich kilkadziesiąt, w zależności od wykonywanego zawodu). W związku ze zwiększonym ryzykiem ataków terrorystycznych będzie też przeznaczać więcej środków na policję.

Krytycy Emmanuela Macrona twierdzą, że właściwie nie ma programu, że mało się różni od François Hollande’a, że nie wyraża jednoznacznych stanowisk. Trudno całkowicie odmówić im racji, zwłaszcza gdy porównać go do pozostałych kandydatów. Nawet ci należący do rządowych partii, najmniej oddalonych od centrum, mają w tegorocznych wyborach stosunkowo radykalne poglądy.

Sam Emmanuel Macron nie ukrywa, że choć chce reformować Francję, nie zamierza tego dokonać we krwi, trudzie, pocie i łzach. W kraju uważanym za niereformowalny, gdzie rozmaite dobrze zorganizowane grupy społeczne (urzędnicy, związki zawodowe, lekarze, studenci, taksówkarze…) zaciekle bronią swoich praw bądź przywilejów, być może okaże się to efektywniejszą metodą niż terapia szokowa. Chyba że młody reformator wpadnie, tak jak jego protektor François Hollande, w pułapkę braku decyzyjności i działania.

FN jak Front Narodowy

Co by było, gdyby Marine Le Pen została następnym prezydentem nad Sekwaną? Ten scenariusz jest prawdopodobnie największą sensacją tegorocznych wyborów we Francji, m.in. dlatego że komentatorzy, szczególnie zagraniczni (w tym polscy), absolutnie chcą wpisać to wydarzenie w łańcuch łączący Brexit, wygraną Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych i być może nadchodzącą niespodziankę w jesiennych wyborach parlamentarnych w Niemczech.

Na pewno popularności Marine Le Pen nie można bagatelizować i nie bez racji jej Front Narodowy jest od kilku lat nazywany „pierwszą partią we Francji”. W dwóch poprzednich wyborach – regionalnych w 2015 r. i do Parlamentu Europejskiego w 2014 r. – Front Narodowy faktycznie plasował się w pierwszych turach na pierwszym miejscu. Jego kandydaci do rad regionalnych zdobyli łącznie 6 milionów głosów (13 proc.), a ubiegający się o fotel w Strasburgu, w tym Marine Le Pen, 4,7 milionów (25 proc.).

Biorąc pod uwagę liczbę osób uprawnionych do głosowania (ponad 45 milionów), jak wytłumaczyć tak dużą różnicę zarówno w procentach, jak i w bezwzględnych liczbach głosów? Ogromną rolę odgrywa tu frekwencja: w wyborach do Parlamentu Europejskiego wynosiła ona zaledwie 40 proc., a rok później w wyborach regionalnych już 48 proc. Z tego dopływu ok. 3 milionów głosów prawie połowa wzmocniła wynik Frontu Narodowego.

Przynajmniej w tym roku Front Narodowy nie zacznie rządzić Francją

Jest to kluczowy wniosek analizy wyborów prezydenckich, które tradycyjnie we Francji przyciągają najwięcej wyborców. Od 1965 r., kiedy po raz pierwszy w historii Francuzi mogli w sposób bezpośredni i powszechny wybrać prezydenta kraju, frekwencja nieustannie oscylowała wokół 80 proc. Przy tym najlepszy pod względem liczby głosów wynik Frontu Narodowego w tego rodzaju wyborach, osiągnięty przez Marine Le Pen 5 lat temu (6,4 mln – 18 proc.), był wciąż za niski, by otworzyć jej bramę do drugiej tury. Wprawdzie w 2002 r. jej ojcu udało się przejść do drugiego etapu z mniejszym poparciem (4,8 mln – 17 proc.) z powodu podziałów wewnątrz lewicy, ale został potem zmiażdżony przez Jacques’a Chiraca stosunkiem głosów 82 do 18 proc.

Skrajne partie mają to do siebie, że z jednej strony mogą liczyć na tzw. żelazny elektorat, relatywnie oporny na polemiki i afery (vide wyżej: Afery), ale z drugiej mają bardzo ograniczone możliwości zdobycia dodatkowych głosów poza swoją grupą wyborców. W ciągu prawie 40 lat istnienia Front Narodowy dostał co najwyżej 6,4 milionów głosów (w 2012 r.).

Owszem, tendencja jest rosnąca, lecz należy pamiętać, że w trzech poprzednich wyborach prezydenckich każdy zwycięzca musiał zgarnąć co najmniej 18 milionów głosów. Pytanie, gdzie Marine Le Pen znajdzie brakujące jej ponad 10 milionów? Tylko przy wyjątkowo niskiej frekwencji miałaby szanse na zdobycie większości głosów w drugiej turze. Nie można jednak do końca wykluczyć takiego scenariusza, ponieważ badacze opinii publicznej wskazują w tym roku na nadzwyczajnie wysoki odsetek wyborców niezdecydowanych bądź zniesmaczonych (vide wyżej: Afery).

Nawet gdyby Marine Le Pen wygrała wybory prezydenckie, drugą ważną specyfiką – często pomijaną przez komentatorów – jest konstrukcja instytucji i systemu wyborczego. Warto w tym miejscu przytoczyć przykład Francuskiej Partii Komunistycznej, która w pierwszych latach powojennych była „pierwszą partią we Francji”, podobnie jak Front Narodowy w tej chwili.

Mimo sukcesów wyborczych – aż 28 proc. głosów i mniej więcej taka sama proporcja posłów w Parlamencie – komuniści nigdy nie mogli rządzić krajem samodzielnie i przez swój radykalizm, nie do przyjęcia dla większości innych partii, nawet nie mogli zostać głównym partnerem koalicyjnym i mieć własnego premiera.

W poprzednich wyborach parlamentarnych z 2012 r. Front Narodowy zebrał na poziomie ogólnokrajowym 3,5 milionów głosów (14 proc.) w pierwszej turze, ale ostatecznie wysłał do Zgromadzenia Narodowego – francuska niższa izba – zaledwie dwóch posłów na 577 miejsc. Akurat ta dysproporcja nie świadczy dobrze o kondycji współczesnej demokracji nad Sekwaną, ponieważ oznacza ona, że duża część elektoratu nie jest odpowiednio reprezentowana w Parlamencie.

Stanowi to także wodę na młyn dla tych, którzy zarzucają dwóm głównym partiom, tj. prawicy i socjalistom, pozbawiony realnego poparcia społecznego duopol na władzę zagwarantowany poprzez zablokowanie systemu wyborczego (vide niżej: UMPS). Choć z pryncypialnego punktu widzenia krytyka ta jest jak najbardziej uzasadniona, w czasie gdy ugrupowania postrzegane z większą lub mniejszą racją jako populistyczne nabierają wiatru w żagle, nawet szczerzy demokraci nie palą się do wprowadzenia więcej proporcjonalności w ordynacji wyborczej. Ale dzięki temu można założyć, że przynajmniej w tym roku Front Narodowy nie zacznie rządzić Francją.

L jak lewica

Pośród 11 kandydatów w tegorocznych wyborach prezydenckich we Francji co najmniej czworo klasyfikuje się jednoznacznie jako „lewicowi”: Benoît Hamon (Partia Socjalistyczna, PS), Nathalie Arthaud (Walka Robotnicza, LO), Philippe Poutou (Nowa Partia Antykapitalistyczna, NPA) i Jean-Luc Mélenchon (były Front Lewicy, FG, obecnie „Niepokorna Francja”).

Same nazwy tych partii pewnie brzmią folklorystycznie w uszach tych Polaków, którzy na własnej skórze doświadczyli „realnego socjalizmu” i musieli w szkole uczyć się marksistowkich teorii o walce klas i materializmie historycznym. Przynajmniej dla dwóch kandydatów, tj. Nathalie Arthaud i Philippe’a Poutou, folklor jest trafnym słowem, bo nie są oni zawodowymi politykami. Co 5 lat mają swój kwadrans sławy, ale na co dzień rzeczniczka LO jest nauczycielką, a kandydat NPA robotnikiem w przemyśle motoryzacyjnym. Łącznie zbierają zaledwie 2–3 proc. głosów.

Benoît Hamon ma już poważniejszy profil. W ostatnich latach, za prezydentury Hollande’a, był ministrem ds. ekonomii społecznej i solidarnej, a następnie ds. edukacji, szkolnictwa wyższego i nauki. Pokonawszy w prawyborach bardziej liberalnego premiera Manuela Vallsa, jest oficjalnym kandydatem PS na prezydenta.

Jednak inni politycy tej partii zdają sobie sprawę, że choć Benoît Hamon podoba się szeregowym członkom PS, jego poglądy są zbyt lewicowe, by przekonać bardziej umiarkowany, centrowy elektorat. Przypomnijmy, że Hamon chce m.in. zatrudnić więcej urzędników, wprowadzić podatek od robotów i zagwarantować uniwersalny dochód podstawowy w wysokości 750 euro miesięcznie, co nawet we Francji jest uważane (nie do końca słusznie) za utopijne.

Obok braku wiarygodności, oczekiwanej przez wyborców od reprezentanta partii rządowej, drugim problemem Benoît Hamona jest bliskość jego położenia ideowego z Jean-Lukiem Mélenchonem. Przez to walczą mniej więcej o ten sam elektorat, ale Jean-Luc Mélenchon, przez 30 lat członek PS, zerwał z tą partią w 2008 r. i potem zdołał zbudować własną markę w kontrze do socjalistów „głównego nurtu”. Dla obywateli rozczarowanych polityką Hollande’a Mélenchon stanowi zatem prawdziwą alternatywę, podczas gdy Hamon, mimo prób dystansowania się od socjalliberałów typu Hollande’a lub Vallsa, jest wciąż obciążony bilansem ustępującego rządu.

Trzeba dodatkowo przyznać, że Jean-Luc Mélenchon jest świetnym trybunem, umiejącym porywać tłumy i kpić z przedstawicieli establishmentu, szczególnie dziennikarzy, których bezustannie obrzuca obelgami. Podobnie jak Emmanuel Macron (vide wyżej: EM) Mélenchon nie może polegać na dobrze ugruntowanych strukturach partyjnych i funkcjonuje w przestrzeni publicznej raczej jako firma jednoosobowa.

Jego głównym przesłaniem jest zmiana konstytucji na rzecz VI Republiki, której dokładne reguły będą sformułowane dopiero po jego zwycięstwie i po powołaniu Zgromadzenia Konstytucyjnego. Poza tym obiecuje podwyżki dla urzędników i najmniej zarabiających, szósty tydzień płatnego urlopu, przywrócenie wieku emerytalnego od 60 lat dla wszystkich.

Jean-Luc Mélenchon chce renegocjować traktaty unijne po swojemu, a jeśli to się nie uda, po prostu wyjść z Unii Europejskiej: „zmienimy UE, albo ją opuścimy”. Za to zamierza wstąpić do egzotycznego sojuszu Alianza Bolivariana para los Pueblos de Nuestra América (ALBA), mającego w swoich szeregach takie państwa jak Boliwia, Kuba, Nikaragua i Wenezuela.

Mimo dość ekscentrycznego programu Jean-Luc Mélenchon jest od kilku tygodni wschodzącą gwiazdą w sondażach. Plasuje się dziś w trzecim miejscu (20 proc.), tuż po Emmanuelu Macronie i Marine Le Pen (22 proc., ex aequo), ale przed François Fillonem (19 proc.) i ze znaczną przewagą nad „oficjalnym” socjalistą Benoît Hamonem (8 proc.).

Gdyby doszło do pojedynku między Jean-Lukiem Mélenchonem a Marine Le Pen, najprawdopodobniej ten pierwszy by wygrał. Choć ich propozycje, szczególnie gospodarcze, są do siebie dosyć zbliżone, u wielu Francuzów, jeśli nie u większości, socjalista mający na ustach hasła solidarności i internacjonalizmu budzi więcej sympatii niż Front Narodowy, wciąż kojarzony z rasizmem i antysemityzmem.

UMPS jak UMP (prawica)-PS (socjaliści)

We współczesnej polskiej polityce jednym z podstawowych pojęć jest skrót PO-PiS, który pierwotnie odnosił się do ewentualnej koalicji między jeszcze wówczas „nowymi” partiami Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością, a po fiasku tego planu stał się synonimem pewnego systemu, w którym oba ugrupowania wprawdzie rywalizują ze sobą o władzę, ale jednocześnie współdziałają tak, żeby nie zmienić reguł gry i nie dopuścić nowych konkurentów.

We Francji podobne znaczenie ma skrót UMPS, rozumiany jako duopol na władzę utrzymywany prawie bez przerwy od lat 60. przez dwie największe partie – prawicę (RPR, UMP, od 2015 r. LR jak „Republikanie”) i socjalistów (PS). Najczęściej używa go Front Narodowy, by krytykować brak realnych różnic programowych między nimi oraz niedemokratyczny system instytucjonalno-wyborczy, który nie odzwierciedla rzeczywistych proporcji poparcia w społeczeństwie (vide wyżej: FN).

Dwóm głównym francuskim partiom zarzuca się stworzenie duopolu na władzę

Podobieństwo między UMP a PS bierze się po pierwsze z tego, że obie partie korzystają z tej samej kuźni kadr: Sciences Po-ÉNA (Krajowa Szkoła Administracji). Od jej założenia w 1945 r. aż trzech prezydentów i siedmiu premierów przeszło ten szlak, a kolegami François Hollande’a z tej szkoły byli także: jego była partnerka Ségolène Royal (dziś minister ekologii), Michel Sapin (minister gospodarki i finansów), Pierre-René Lemas i Jean-Pierre Jouyet (byli szefowie kancelarii prezydenckiej), a z UMP były premier Dominique de Villepin.

Drugim czynnikiem – bardziej strukturalnym i wykraczającym poza granice Francji, zacierającym różnice między prawicą a lewicą – jest powrót większości szefów PS do socjaldemokracji i pogodzenie się z regułami wolnego rynku. Na początku lat 80. była to cena za pozostanie we Wspólnocie Europejskiej, a później za wstąpienie do strefy euro.

Prawne ramy unijne, m.in. prawo pomocy publicznej, niezależność banku centralnego i prawo konkurencji, są często pod ostrzałem francuskich polityków wszystkich partii, ale w gruncie rzeczy zarówno UMP, jak i PS ich przestrzegają i nie są gotowe wejść w ostry konflikt z instytucjami UE, by te zasady podważyć.

Trzecim elementem konsolidującym duopol na władzę jest, na poziomie ogólnokrajowym, większościowa ordynacja zespolona z odpowiednią mapą okręgów wyborczych. W latach 50. autorom tego systemu zależało przede wszystkim na zapewnieniu rządom stabilnych większości parlamentarnych, co było dużym problemem IV Republiki – od 1947 do 1958 r. Francją rządziły aż 24 różne gabinety.

Choć pod tym kątem Konstytucja V Republiki osiągnęła swój cel, nie sposób przemilczeć faktu, że od tamtego czasu francuskie społeczeństwo ulegało głębokim zmianom nie do końca odzwierciedlonym na scenie politycznej. Łączne poparcie dla UMP i PS coraz bardziej spada na korzyść innych partii lub ruchów – Zielonych, Frontu Narodowego, Jean-Luca Mélenchona lub Emmanuela Macrona (vide: wyżej).

Dlatego system UMPS krytykuje nie tylko Front Narodowy, ale również bardziej umiarkowane ugrupowania polityczne, które pomimo znaczącej wagi w wyborach zajmują nieproporcjonalnie mało miejsca w strukturach władzy. Dodają, że sytuacja duopolistyczna przyczynia się do sztucznego zwarcia szeregów UMP i PS, choć wewnętrznie są coraz bardziej podzielone (vide wyżej: Lewica). Brak minimalnej spójności programowej powoduje z kolei, że te partie nie potrafią przeprowadzić poważnych reform, ponieważ nie znalazłyby wśród swoich parlamentarzystów wymaganej większości.

Dziesięć lat temu klin w ten układ spróbował wbić François Bayrou, kandydat na prezydenta z Ruchu Demokratycznego (MoDem). Zaproponował, by skończyć z podziałem na prawicę i lewicę na rzecz stworzenia szerokiej koalicji reformatorów. Choć w pierwszej turze uzyskał prawie 7 milionów głosów (19 proc.) i plasował się na trzecim miejscu po Nicolasie Sarkozym i Ségolène Royal, nie zdołał później skapitalizować tego wyniku w wyborach parlamentarnych.

Odnosząc się do programu, trudno nie zauważyć pewnej łączności między planem François Bayrou a Emmanuela Macrona. Zresztą w lutym ub.r. obaj zawarli sojusz. Gdyby tym razem się udało, nie tylko mechanizmy instytucjonalne zapewniające przewagę UMP i PS nad innymi ugrupowaniami zostałyby osłabione, ale byłoby jeszcze duże prawdopodobieństwo, że te partie rządowe się rozdzielą.

Najbardziej narodowi politycy z UMP wstąpiliby do Frontu Narodowego lub przynajmniej mogliby z nim współpracować – co dotychczas było konsekwentnie odrzucane – natomiast najbardziej lewicowi z socjalistów dołączyliby do Jean-Luca Mélenchona (vide wyżej Lewica) lub założyliby kolejną partię na lewicy. Za to ludzie o bardziej umiarkowanych poglądach zebraliby się w szerokiej grupie centralnej, która zdołałaby stawiać czoło populistom zarówno z prawicy, jak i z lewicy.

Nad podobnym scenariuszem pracuje od kilku miesięcy były premier Tony Blair w Wielkiej Brytanii. A gdyby to była przyszłość polityki w Europie? Być może wybory we Francji okażą się nie kolejnym ogniwem w łańcuchu łączącym Brexit i wygraną Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych, lecz początkiem wielkiej kontrofensywy demokracji liberalnej? W tej sytuacji nic dziwnego, że w najbliższych dniach wszystkie oczy będą zwrócone na Francję.