Czy wtedy, na przełomie 1956 i 1957 roku, mógł powstać inny film niż „Kanał” Andrzeja Wajdy?

Zacznijmy od topografii. Budynek przy ulicy Puławskiej 61, u wylotu ulicy Jarosława Dąbrowskiego (dawniej Szustra), stanowił siedzibę Filmu Polskiego od czasów, kiedy w zrujnowanej Warszawie kręcono niektóre ujęcia „Zakazanych piosenek” (zasadniczo film powstawał w Łodzi). W odległości 150 metrów od niego, na wysokości budynku przy Szustra 6, znajduje się właz do kanału, którym porucznik AK Jerzy Stefan Stawiński, pseudonim „Łącki”, postanowił wyprowadzić swój oddział z płonącego Mokotowa. 26 września 1944 roku, około 22.00 do włazu weszło ponad 70 osób. W południe następnego dnia w Śródmieściu, z kanału u zbiegu Wilczej i Alej Ujazdowskich, wyszło ledwie sześć.

Obok Puławskiej 61 stoi tzw. Gołębnik, na którym zegar codziennie wygrywa Marsz Mokotowa. Kilkaset metrów dalej, gdzie ulica Dworkowa dotyka parku Morskie Oko, stoi pomnik żołnierzy Batalionu AK „Baszta”, rozstrzelanych przez hitlerowców następnego dnia, 27 września. To byli ludzie – 140 żołnierzy i cywilów – którzy zabłądzili w kanałach. Wyszli na Niemców włazem umieszczonym przy schodkach prowadzących z Dworkowej po skarpie w dół. Od pomnika do włazu prowadzą namalowane białą farbą ślady stóp. Gdy pochylić się nad włazem, można usłyszeć szum spadającej tam kanałową kaskadą brudnej wody.

Innego oblicza „Kanału” władza – nawet odwilżowa – by nie przełknęła

Podobno projekt realizacji „Kanału” pojawił się już w sierpniu 1955 roku, kiedy w jednej z warszawskich kawiarni odbywało się nieformalne zebranie założycielskie Zespołu „Kadr”. Uczestniczący w nim Stawiński podzielił się wiadomością, że właśnie pisze „Kanał”. Tadeusz Konwicki, mający w zespole pełnić funkcję kierownika literackiego, zapalił się do projektu. Naturalnym niejako realizatorem filmu zdawał się Andrzej Munk, pracujący ze Stawińskim nad „Człowiekiem na torze”. Ale Munk podobno miał zejść do warszawskim kanałów i stwierdzić, że w panujących tam warunkach filmu nakręcić się nie da. Projekt trafił więc w ręce Andrzeja Wajdy, który zresztą podczas wspomnianego spotkania miał zasugerować, by wylot kanału nad Wisłą przysłonić kratą i w ten sposób rozwiązać kwestie cenzuralne: wszak od 17 września 1944 roku na Pradze stały wojska radzieckie, które z pomocą Powstaniu nie spieszyły. Ten obraz – spojrzenie na drugi brzeg Wisły przez kraty – miał stać się jedną z ikon polskiego kina.

Batalia o „Kanał” rozegrała się w gmachu przy Puławskiej 61 w styczniu 1956 roku, na dwa miesiące przed opublikowaniem opowiadania Stawińskiego w „Twórczości”. Tekst scenariusza Stawińskiego, wraz z uwagami Wajdy, trafił pod obrady Komisji Ocen Filmów i Scenariuszy. Reakcja przedstawicieli władzy i ich dyżurnych apologetów była miażdżąca – głównie z przyczyn politycznych („bo film rodzi pytanie, co robili ci, którzy stali po drugiej strony Wisły?”).

Z czasem jednak Konwicki („przecież ten tekst poruszył nas wszystkich”) i Jerzy Kawalerowicz, szef Zespołu Kadr („dlaczego nie pokazać tego, co przeszliśmy wszyscy?”) zaczęli jeśli nie przechylać szalę na korzyść filmu, to chociaż równoważyć argumenty za i przeciw. Na razie skończyło się na podpisaniu umowy o poprawkach do scenariusza.

Ale już wkrótce, w marcu, sytuacja zmienia się diametralnie. Na XX Zjeździe KPZR Nikita Chruszczow wygłasza swój sławny referat o zbrodniach Stalina, goszczący w Moskwie Bolesław Bierut umiera na zawał, w Warszawie zmieniają się władze PZPR. Jeśli nowa ekipa ma podążać drogą towarzyszy radzieckich, musi coś dać w charakterze odwilży. Wybór pada na zdjęcie tabu z Armii Krajowej. Prasa podejmuje dyskusję o Powstaniu Warszawskim, a szef kinematografii zaprasza Wajdę i Stawińskiego na kawę: „Róbcie!”.

Na pierwszy rzut oka produkcja „Kanału” nie różniła się od realizacji innych filmów. Ale w wyniku szczęśliwej koincydencji na planie zebrała się grupa twórców i aktorów, którzy wkrótce decydować będą o obliczu polskiego kina. Scenariusz Stawińskiego reżyseruje Wajda, asystują mu Kazimierz Kutz i Janusz Morgenstern. Autorem zdjęć jest Jerzy Lipman, a szwenkuje Jerzy Wójcik. Za scenografię odpowiada Roman Mann, który buduje replikę kanałów w Łodzi, kostiumy są dziełem Jerzego Szeskiego, muzykę pisze Jan Krenz, a wykonuje na okarynie Adam Pawlikowski. Na plan wychodzą: Teresa Iżewska, Tadeusz Janczar, Wieńczysław Gliński, Stanisław Mikulski, Emil Karewicz, Władysław Sheybal, Jan Englert, zaś w epizodach pojawiają się studenci aktorstwa – Ryszard Filipski, Jerzy Molga, Tadeusz Ross, Ryszard Ronczewski i Ewa Wiśniewska. W tym doborowym gronie nie mogło też zabraknąć wszędobylskiego Romana Polańskiego.

Pracują w strasznym pośpiechu, zdjęcia kończą w sierpniu, za kilka tygodni nadchodzi Październik 1956 i powrót Władysława Gomółki. Można odetchnąć? Niekoniecznie. W tzw. pierwszej układce „Kanał” nie prezentuje się najlepiej. Na wewnętrznym pokazie Kawalerowicz cedzi przez zęby: „Gówniarze!”, ale natychmiast dodaje, że w skręconym materiale jest potencjał na film. Zamyka się z Wajdą w montażowni, razem kleją „Kanał” jeszcze raz, od początku.

30-latkowie nie oczekiwali filmu o śmierci i umieraniu, chcieli filmu o nich – żywych

Przedpremierowy pokaz w pierwszym polskim DKF-ie „Po prostu” (po likwidacji pisma zmienił nazwę na „Zygzakiem”) ujawnia skalę oczekiwań. Sala wypełniona po brzegi 30-35-latkami, którzy przeżyli Powstanie. Wajda zasypany dziesiątkami uwag o najrozmaitszych błędach – od umundurowania poczynając, na nieznajomości procedur przedzierania się kanałami kończąc. Nastrój niemal wrogi: zebrani na sali nie oczekiwali filmu o śmierci i umieraniu, chcieli filmu o nich właśnie – żywych; filmu o życiu, a najlepiej jeszcze: o ich życiu po życiu, które skończyło się wraz z upadkiem Powstania. Jakby nie chcieli rozumieć, że realizacja filmu trwa długo, że „Kanał” w chwili skierowania do produkcji był ledwie jaskółką tego, co teraz – po ponad roku – można było o Powstaniu powiedzieć.

Na dobrą sprawę dyskusja o AK dopiero się zaczynała, nie było jeszcze ani „Kolumbów rocznik 20” Romana Bratnego, ani „Zośki i Parasola” Aleksandra Kamińskiego. W przeciwieństwie do swoich widzów Andrzej Wajda doskonale zdawał sobie sprawę, że zarówno wtedy, na początku 1956 roku, jak i obecnie, wiosną 1957 roku, „Kanał” wręcz musiał mieć taki kształt, jaki mu nadali wraz z Kawalerowiczem: innego władza – nawet odwilżowa – by nie przełknęła. Ale mimo wszelkich ograniczeń „Kanał” przekazywał jakąś prawdę o Powstaniu – zarówno w warstwie fabularnej, jak i w swym gorzkim przesłaniu o hekatombie miasta i niepotrzebnej śmierci dziesiątków tysięcy młodych.

Przy okazji okazało się, że nie ma jednej – zbiorowej – prawdy o Powstaniu Warszawskim. Po premierze filmu, która odbyła się 20 kwietnia 1957 roku w stołecznym kinie „Moskwa”, większość dziennikarzy i widzów była wstrzemięźliwa: oczekiwano fresku, otrzymano mroczną metaforę ze skraju dantejskiego piekła. „Ten film nie mógł ich usatysfakcjonować – wspominał Wajda. – Wylizali już rany, opłakali bliskich i teraz chcieli zobaczyć ich moralne i duchowe zwycięstwo, a nie śmierć w kanałach”.

Zaskakującą decyzją szefa kinematografii „Kanał” zostaje zgłoszony do konkursu w Cannes. Staje w szranki z „Nocami Cabirii” Felliniego, „Ucieczką skazańca” Bressona i „Czterdziestym pierwszym” Czuchraja. Festiwal wygrywa „Nie zabijaj” Williama Wylera (kto to jeszcze pamięta?), „Kanał” otrzymuje Srebrną Palmę – Nagrodę Specjalną Jury – ex aequo z „Siódmą pieczęcią” Ingmara Bergmana. Oto miara wielkości dzieła.

Światowa prasa już może pisać o filmowej Szkole Polskiej.