Do współczesnych pogan Benedykt XVI wychodzi nie z aktem wypowiedzenia wojny, ale z zaproszeniem do dialogu o poszukiwaniu prawdy i Boga. Nie należy z nimi walczyć, trzeba z nimi poszukiwać.

W kwietniu 2005 r., oczekując na wybór nowego papieża, dziennikarze w Sala Stampa, watykańskim biurze prasowym, z braku przecieków uciekali się także do… przepowiedni św. Malachiasza. To sto dwanaście równie krótkich, co enigmatycznych sformułowań, w których ponoć zakodowano charakterystykę kolejnych papieży, począwszy od wybranego we wrześniu 1143 roku Celestyna II. Z wyliczeń wynika, że po Janie Pawle Wielkim łodzią Piotrową sterować będzie gloria olivae, czyli chwała oliwki.

Rozszyfrowanie zagadki nie nastręcza dziennikarzom większych trudności, bo przepowiednia idealnie współgra z wieloma dotychczasowymi spekulacjami: oliwka – oliwkowa skóra – Afryka, Ameryka Łacińska, może nawet Południowa Azja. Czyli papież spoza Europy. A to nośna publicystyczna teza: już najwyższy czas, by Namiestnik Chrystusa przyszedł stamtąd, gdzie w ostatnich latach zwykło się upatrywać przyszłości Kościoła. Niech wreszcie będzie reprezentantem tych, dla których Ewangelia jest jak świeży powiew powietrza. Europa – to tylko postchrześcijańska skorupa. Zresztą także w Kościele nie brak świadomości zmian zachodzących w skali globu: „Bóg przeprowadził się na Południe” – usłyszałem od abp. Henryka Hosera, wtedy sekretarza Kongregacji Ewangelizacji Narodów, z którym rozmawiałem tuż po śmierci Jana Pawła II.

Europa potrzebuje Boga, potrzebuje chrześcijaństwa: potrzebuje misji, a nie podboju

Dlatego wybór prefekta Kongregacji Nauki Wiary, Niemca, odczytano jako jednoznaczny sygnał: Kościół nie uznał jeszcze Europy za ziemię utraconą. A nowy Papież na oczekiwania elektorów odpowiedział natychmiast, przybierając imię Benedykta. Uznano to za czytelny komunikat: jak tamten święty uratował kontynent przed barbaryzacją i na długie wieki odcisnął na nim ewangeliczne piętno, tak Benedykt XVI może odwrócić bieg laicyzacyjnych rzek. Po prostu kardynałowie uwierzyli w europejski projekt Josepha Ratzingera. Projekt ten kard. Ratzinger postulował od lat, i to dosłownie do ostatnich dni przed śmiercią Jana Pawła II. Fundamentalny wykład poświęcony przyszłości Starego Kontynentu prefekt Kongregacji Nauki Wiary wygłosił w benedyktyńskim opactwie Subiaco 1 kwietnia 2005 r. Ostatnia książka, którą opracował jako kardynał, a zarazem pierwsza, którą wydał jako papież, nosi znaczący tytuł: „Europa Benedykta w kryzysie kultur”.

Wpierw diagnoza, potem recepta – oto proste zasady analizy, którą przeprowadza Joseph Ratzinger. I przyznać trzeba, że dawny arcybiskup Monachium widzi i ocenia ostro. Siła moralna kontynentu słabnie, podczas gdy w zawrotnym tempie rosną możliwości technologiczne. Sęk w tym, że współczesna Europa hołduje dwóm imperatywom. Ekonomicznemu, który głosi, by nie przeszkadzać niczemu, co przynosi zysk, oraz technologicznemu – by realizować wszystko, co z punktu widzenia nauki możliwe. Tak oto – jak twierdzi kardynał – zamiast nacechowanego pogodnym racjonalizmem etosu chrześcijańskiego szerzą się moralizm polityczny i kultura oświeceniowa głoszące szczytne hasła pokoju, sprawiedliwości i ochrony planety, ale pozbawione stałego punktu odniesienia, przez co rzadko przechodzące niezbędny proces samooczyszczenia. Zanikają kategorie dobra i zła, a Kościół rugowany jest z życia jednostek i społeczeństw.

Papież walczący?

Kluczowe pytanie brzmi: jak ową alarmującą diagnozę przełożyć na praktyczną postawę wobec Europy, która jawi się dziś chwilami nawet nie tyle jako postchrześcijańska, ile antychrześcijańska?

Tu łatwo wpaść w pułapkę – papieskie ostrzeżenia uznać za wezwanie do natychmiastowego kopania okopów. Nietrudno tu o rozognioną retorykę militarną, czego przykładem są artykuły opublikowane w 50. numerze „Frondy”. Grzegorz Górny w tekście pod znamiennym tytułem „Wojna Benedykta” przekonuje, że papież wyruszył do walki z „dyktaturą relatywizmu”. Obok Tomasz Terlikowski dramatycznie opisuje „Papieską krucjatę o duszę Europy” i wzywa do pójścia „za następcą św. Piotra na barykady walki o przyszłość Europy i chrześcijaństwa”. Całość uzupełniają zaś zagrzewające do walki grafiki z okresu wypraw krzyżowych – choćby stos poprzeszywanych strzałami rycerzy, na którego szczycie leży krzyż, a wysoko nad zabitymi unosi się Duch pod postacią gołębicy. Oto wzorzec postępowania dla współczesnych chrześcijan, których letnia wiara sprowadzić może tylko na manowce relatywizmu, a Kościół w starciu z laickim barbarzyństwem zepchnąć w otchłań klęski.

Oczywiście można powiedzieć, że to kwestia stylu, poetyki, smaku – ale akurat chrześcijanie dobrze wiedzą, że słowo potrafi stać się ciałem. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę – kto operuje metaforą wojny i oblężenia, ten naprawdę może zacząć traktować inaczej myślących jako przeciwników, których trzeba zniszczyć.

Kłopot jednak w tym, że papież wprawdzie, owszem, bardzo surowo ocenia współczesną Europę, nie ukrywa troski o los Ewangelii na laicyzującym się kontynencie, a od chrześcijan wymaga czytelniejszego świadectwa, odważniejszego niż dotychczas strzeżenia depozytu wiary i wierności Kościołowi jako znakowi sprzeciwu – wybawienia nie upatruje jednak wcale w rozwinięciu bitewnych sztandarów. Benedykt XVI ma pomysł na przetrwanie chrześcijaństwa w Europie i Europy w chrześcijaństwie, który jest o wiele subtelniejszy niż taktyka permanentnego ataku.

By zrozumieć papieski zamysł, warto zanalizować zwłaszcza jego ubiegłoroczną pielgrzymkę do Czech, otwierających – obok Estonii i dawnych Niemiec Wschodnich – statystykę zeświecczonych krajów kontynentu. Trudno było sobie wyobrazić lepszą okazję, by rzucić rękawicę tym, którzy nie wierzą i nie potrafią dostrzec miejsca dla wiary w życiu społecznym.

Prawda zwycięża nie siłą, lecz perswazją, przez heroiczne świadectwo ludzi mocnych zasad

I rzeczywiście, na Zamku Praskim, gdzie 26 września 2009 r. Benedykt XVI spotkał się z politykami i członkami korpusu dyplomatycznego, usłyszeliśmy jedno z najlepszych przemówień tego pontyfikatu – wystąpienie par excellence programowe. „Europa to więcej niż kontynent. To dom” – mówił papież. Konstrukcja tego domu zasadzać musi się na czterech wartościach: dobru, prawdzie, pięknie, wolności. Tak wykreślona aksjologiczna przestrzeń wcale nie kończy się na opłotkach Kościoła. Obejmuje całą europejską tradycję, także wywodzącą się ze źródeł niekonfesyjnych, a dziś nadal powinna być zbiorem wspólnym dla wszystkich mieszkańców kontynentu. Charakterystyczne, że w tym jakże ważnym przemówieniu Benedykt XVI ani razu nie widział potrzeby nawiązania do Ewangelii, ale mówiąc o roli Kościoła w budowaniu wspólnego dobra przywołał… Arystotelesa i „Etykę nikomachejską”.

Papież przekonywał, że Kościół przez swoją obecność służy nie tylko wierzącym, ale wszystkim obywatelom Europy. Przypominając o dobru, prawdzie, wolności i pięknie – gwarantuje, że wspomniane wartości nie znikną z życia publicznego. A zatem Europa powinna nie tylko pamiętać o swoich chrześcijańskich korzeniach, ale też docenić znaczenie Kościoła dla współczesnego społeczeństwa. Benedykt XVI zdaje się mówić: nawet jeżeli nie wierzysz, chrześcijaństwo i tak stoi na straży wartości uniwersalnych, czyli tobie bliskich, a do godnego życia niezbędnych.

Papież przekonywał też tych wszystkich, którzy w Kościele widzą zagrożenie dla wolności, że ich obawy są płonne. Przekonywał, że dążenie do prawdy „wcale nie zagraża tolerancji, różnicom czy pluralizmowi kulturowemu, ale umożliwia konsens, sprawia, że debata publiczna jest logiczna, uczciwa i odpowiedzialna”. Co więcej, to właśnie chrześcijaństwo sprzyjało „wzrostowi nadzwyczajnego ducha przebaczenia, pojednania i współpracy”. Tylko dzięki tak ukształtowanym postawom, a nie za pomocą mglistych haseł o integracji można zapewnić autentyczną jedność kontynentu.

Benedykt XVI nie traci wiary w człowieka – w każdego człowieka, który głęboko w sercu nosi potrzebę wznoszenia się ponad siebie, ponad cyniczny praktycyzm i egocentryzm; ponad to, co „mogą zapewnić wszelkie władze polityczne czy gospodarcze”. Bo człowiek skonfrontowany z wielkimi ideałami potrafi do nich dążyć z równym zaangażowaniem, jak do osiągnięć technologicznych czy ekonomicznego zysku. A właśnie dzięki Kościołowi owe wielkie ideały – powtórzmy – wciąż przenikają do życia jednostek i narodów. Europie pozostaje więc przyswoić sobie „na nowo ufność w szlachetność i rozmach ducha ludzkiego, w jego zdolności do pojmowania prawdy”. Nie wolno też – ani rządzącym tym światem, ani Kościołowi – lekceważyć nawet nie do końca wypowiedzianych pytań o Boga rodzących się w ludzkich sercach. Nie wolno gasić nawet drobnych przeczuć świadczących o wyczuciu transcendencji. Bo wiara w przekraczającą rzeczywistość tajemnicę była i nadal być powinna siłą napędową rozwoju świata – równie potężną jak polityka, ekonomia i nauka.

Papież poszukujący

Wielkość europejskiego projektu Benedykta XVI na tym właśnie polega, że zachęca nas, abyśmy bez rozmywania swego chrześcijaństwa, bez ograniczania roli Kościoła do progu kruchty, nawet bez unikania ostrych sądów – wciąż szukali wspólnoty wartości z Europą, nawet jeżeli wielu Europejczyków chce ją budować na innym niż ewangeliczny fundamencie. Chrześcijanie powinni niestrudzenie przekonywać, że Kościół to nie wróg, ale sprzymierzeniec każdego, kto nie zagłuszy w sobie wezwania do troski o bliźniego. Na Praskim Zamku papież wzywał do sojuszu wyrastającego ponad religię, ale z religii czerpiącego, a nie przeciw religii wymierzonego: „Wspólnie musimy się zaangażować w walkę o wolność i poszukiwanie prawdy, które albo idą ramię w ramię, albo też wspólnie giną w niedoli”.

Oto zadanie chrześcijaństwa. Jak podkreślał Benedykt XVI, prawda zwycięża nie siłą, lecz perswazją, przez heroiczne świadectwo ludzi mocnych zasad, przez uczciwy dialog, który – ponad interesami własnymi – ma na uwadze dobro wspólne. Pragnienie prawdy, piękna i dobra wszczepione w każdego człowieka przez Stwórcę ma ludzi łączyć w poszukiwaniu sprawiedliwości, wolności i pokoju.

Podsumowując swoją pielgrzymkę do Czech, Benedykt XVI mówił o potrzebie wypracowania w Kościele nowego podejścia do osób niewierzących: „Również na osobach uważających się za agnostyków lub ateistów powinno zależeć nam jako wierzącym. Gdy mówimy o nowej ewangelizacji, te osoby być może ogarnia lęk. Nie chcą być przedmiotami misji ani wyrzec się swojej wolności myśli i woli. Jednak również dla nich kwestia Boga wciąż istnieje, nawet jeśli nie mogą uwierzyć […]  Pierwszym krokiem ewangelizacji powinno być podtrzymywanie tego poszukiwania [Boga]” (przemówienie do Kurii rzymskiej, 21 grudnia 2009 r.).

Do dialogu Kościoła z religiami powinien dziś dołączyć dialog z tymi, którym religia jest obca

W tym kontekście papież nawiązał do idei „dziedzińca pogan” w świątyni jerozolimskiej, czyli miejsca dostępnego także dla nie-Żydów, którzy „pragnęli modlić się tam do jedynego Boga, choć nie mogli uczestniczyć w tajemnicy, do której sprawowania przeznaczone było wnętrze świątyni”. Według Benedykta XVI, Kościół powinien również dzisiaj otworzyć swego rodzaju „dziedziniec pogan”, gdzie będą mogli w jakiś sposób zbliżyć się do Boga ludzie, którzy Go nie znają, zanim znajdą drogę do Jego tajemnicy, której służy wewnętrzne życie Kościoła. Do dialogu z religiami powinien dzisiaj dołączyć się przede wszystkim dialog z tymi, którym religia jest obca, którzy nie znają Boga, a jednak nie chcą pozostać po prostu bez Boga, lecz pragną przynajmniej zbliżyć się do Niego jako do Nieznanego.

Do współczesnych pogan Papież wychodzi zatem nie z aktem wypowiedzenia wojny, ale z zaproszeniem do dialogu o poszukiwaniu prawdy i Boga. Nie należy z nimi walczyć, trzeba z nimi poszukiwać. Tak samo św. Benedykt nie zwoływał krucjaty przeciw zbarbaryzowanemu światu, ale odmienił jego oblicze właśnie mocą swego świadectwa, które w jemu współczesnych obudziło tęsknoty dotychczas nieznane. Dlatego jako drogę ponad kryzysami i rumowiskami współczesności Benedykt XVI wskazuje fragment Reguły swego świętego imiennika: „Podobnie jak istnieje zawziętość zła i gorzka, która oddala od Boga i prowadzi do piekła, tak jest i gorliwość dobra, która oddala od grzechów, a prowadzi do Boga i do życia wiecznego”.

Rzecz jasna, nie możemy być naiwni. Nie wszyscy przyjdą na „dziedziniec pogan”. Nie zabraknie tych, co woleliby zburzyć świątynię, wraz z dziedzińcem. Zawziętość zła i gorzka nadal będzie szkodzić człowiekowi, Europie, Kościołowi. Ale musimy zdobyć się na wysiłek, by zawziętość zaczęła ustępować miejsca gorliwości. Europa potrzebuje Boga, potrzebuje chrześcijaństwa. Potrzebuje misji, a nie podboju.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 4/2010.