Każdy z nas może choć trochę być człowiekiem wielkanocnym. Przekraczać siebie i hodowane w sercu zło – to przecież powstawać z martwych.

Właściwie powinniśmy dzisiaj wszyscy pójść z procesją na cmentarz – do zmarłych. Procesja rezurekcyjna, która współcześnie przybrała formę trzykrotnego obejścia kościoła, miała kiedyś inny charakter. Jak to jeszcze czasami bywa, zmarłych grzebano niegdyś na placu przy kościele. Cmentarzy nie zakładano poza miejscowością, jak to jest dzisiaj w zwyczaju, lecz w samym centrum, w środku, dookoła kościoła. Sensem procesji rezurekcyjnej było ogłoszenie zmarłym leżącym w grobach, że Chrystus zmartwychwstał i ostatecznie zwyciężył śmierć. Dzięki temu zwycięstwu ich także czeka wyzwolenie. „Wielkie tam wesele mieli, gdy Zbawiciela ujrzeli, którego z dawna żądali” – śpiewamy w wielkanocnej pieśni o radości tych, których Chrystus wyprowadza z otchłani więzów śmierci do nowego życia.

W Muzeum Serbołużuckim w Budziszynie (niem. Bautzen) można zobaczyć fotografię tablicy, która znajduje się na bramie wejściowej cmentarza w Malschwitz. Na tablicy pochodzącej z roku 1788  – która jest jednym z najstarszych zabytków języka górnołużyckiego – znajduje się taki oto napis w dwóch językach, po łacinie i po górnołużycku: Fuimus – Erimus. Quales? My smy byli – Zaso budźemy. Kajcy? Po polsku napis ten brzmiałby: „Byliśmy – Będziemy. Jacy?”. Inskrypcja daje odpowiedź: Denuo extruct [De novo extructi] – „Ponownie stworzeni” (dosłownie: zbudowani). Ten napis to wyznanie wielkanocnej wiary, że do Zmartwychwstania przechodzi się przez cmentarz, do życia – przez bramę śmierci. Że czeka nas nowe stworzenie, „nowe zbudowanie”, choć jeszcze nie do końca wiemy, jak ono będzie wyglądać.

Marcin Luter mówił: „U nas chrześcijan Wielkanoc jest każdego dnia”

Zapisy ewangeliczne notujące wydarzenia, które miały miejsce po Zmartwychwstaniu Jezusa, to historia Jego nierozpoznawania: Maria Magdalena, która wzięła Go za ogrodnika; dwaj uczniowie idący do Emaus, których „oczy były trzymane na uwięzi tak, że Go nie poznali” (Łk 24, 16); Tomasz, co musiał wkładać palce w Jezusowe rany, żeby uwierzyć; uczniowie nad Morzem Tyberiadzkim, co nie rozpoznali Jezusa, który stał na brzegu. A kiedy ukaże się im w Wieczerniku, „zatrwożonym  wylękłym” uczniom będzie „zdawało się, że widzą ducha” (Łk 24, 37).

Ten Jezus, który będzie się im ukazywał przez czterdzieści dni, jest jakiś inny od Tego, którego pamiętali sprzed ukrzyżowania. Tę inność św. Marek określi krótko, pisząc, że Jezus ukazał się uczniom „w innej postaci” (gr. en hetera morphe). Jezus jest ten sam, ale już nie taki sam. Owszem, ma ciało – co będzie im udowadniał, spożywając z nimi posiłek, jedząc i pijąc wraz z nimi – ale było to już inne ciało, skoro stawał między nimi „mimo drzwi zamkniętych” (J 20, 26). Ciało zmartwychwstałe to ciało uwielbione: wciąż materialne, a jednocześnie nic sobie nierobiące z praw fizyki. Jeszcze „na tym świecie”, choć już „nie z tego świata”. Jeszcze w jakimś sensie ziemskie, a już przecież pochodzące z Królestwa Niebieskiego. Trudno się dziwić apostołom i kobietom, że mieli trudności z Jego rozpoznaniem.

To właśnie w takie ciał zmartwychwstanie wierzymy. W takich ciałach zmartwychwstaniemy – na nowo stworzonych, na nowo zbudowanych. Wtedy razem z Nim ukażemy się w chwale (por. Kol 3, 4).

Kiedy mówimy o zmartwychwstaniu i czekającym nas życiu wiecznym, pojawia się słowo „nieśmiertelność”. Ale co to znaczy, że czeka nas nieśmiertelność? Że będziemy nieśmiertelni? Nieśmiertelność kojarzy się nam z wiecznością, a ta z kolei z czymś, co się nigdy nie skończy. Ale jak sobie wyobrazić coś nieskończonego? Coś, co się ciągnie w nieskończoność, może nawet przerażać.

Co znaczy nieśmiertelność, dobrze wyjaśnia św. Paweł w Liście do Rzymian w odniesieniu do Jezusa: „Chrystus powstawszy z martwych, już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy” (Rz 6, 9). Nieśmiertelność dotyczy nie tyle długości naszego życia po zmartwychwstaniu, ile jego jakości. To życie, nad którym śmierć nie będzie już miała władzy. To nie życie „nieśmiertelne”, lecz raczej – jak pisze Hans Urs von Balthasar – życie „bezśmiertne”. Takie jest życie zmartwychwstałego Jezusa i nasze takie będzie.

Pięknie to wyraża hymn kościelny Trisiagion, czyli „Święty, święty, święty”, ale niestety nie po polsku, a po grecku czy w języku starockierkiewnosłowiańskim, gdzie Bóg nazwany jest nie tyle „nieśmiertelny”, ile właśnie „bezsmiertnyj” (gr. athanatos).  Nasze życie przyszłe – to które będzie naszym udziałem po zmartwychwstaniu – będzie życiem podobnym do boskiego: bez śmierci, bez umierania, bez martwoty, bez tego wszystkiego, co przynosi śmierć. Ono nie będzie już podlegało śmierci, nie będzie śmiercią dotknięte.

Nieśmiertelność dotyczy nie tyle długości naszego życia po zmartwychwstaniu, ile jego jakości

W jednych życzeniach wielkanocnych, które dostałem, ktoś napisał, że „Jezus powstał nie tylko z grobu, ale z martwych”. Nigdy się nie zastanawiałem nad tą różnicą. Ale ona chyba rzeczywiście istnieje. Miała rację Magda Magdalena, że przecież „z grobu” mógł Jezusa ktoś „zabrać”. Przecież nie chodzi o miejsce, ale o stan. Jezus z-martwych-wstaje, to znaczy porzuca wszystko to, co naznaczone jest martwotą, śmiercią, zniszczeniem. Trudno się dziwić, że uczniowie „dotąd […] nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych” (J 20, 9). Nikt nigdy jeszcze nie powstał „z martwych”, a o Łazarzu czy wskrzeszonej dziewczynce sam Jezus mówił, że śpią. Ich budził jak ze snu, On sam wstał „z martwych”.

We wspomnianym Budziszynie jest ulica, która po niemiecku nazywa się Osterweg, po górnołużycku Jutrowny puć, a po polsku – Wielkanocna Droga. Nie wiem, dlaczego tak się nazywa i nie wiem, dlaczego Wielkanoc to po górnołużycku Jutry. Być może moje skojarzenie nie jest nawet słuszne, ale trudno nie znaleźć konotacji z polskim słowem „jutro”. A „jutro” to nie tylko „dzień następujący po dzisiejszym”, ale przecież także – przynajmniej w staropolszczyźnie – „ranek, poranek” (stąd „jutrznia” jako modlitwa poranna czy „jutrzenka” jako gwiazda poranna). Wielkanoc zaczyna się o poranku, „wczesnym rankiem. Gdy jeszcze było ciemno”, gdy – zanim jeszcze wzejdzie Słońce – wstaje inne gwiazda, do której sam Jezus przyrównuje siebie w Apokalipsie: „Jam jest […] gwiazda świecąca, poranna” (Ap 22, 16).  To na nią czekamy: „aż dzień zaświta, a gwiazda poranna wzejdzie w waszych sercach” – jak nas zachęca św. Piotr (2P 1, 19).

Dzisiaj zaczyna się nasza „wielkanocna droga”, przed nami przynajmniej pięćdziesiąt poranków, pięćdziesiąt jutrzenek, pięćdziesiąt jutrzejszych dni. Przynajmniej tyle, ale przecież – jak mówił Marcin Luter – Bei uns Christen ist alle Tage Ostern, „U nas chrześcijan Wielkanoc jest każdego dnia”. Przecież każdy dzień zaczyna się od jutra. To prawda, że „powstanie z martwych” i życie „bezśmiertne”, które są już udziałem Chrystusa, to stany, które są dopiero przed nami. Stanie się to dopiero wtedy, gdy sami przejdziemy przez bramę śmierci i przez cmentarz. Ale przecież już teraz każdy z nas może choć trochę być człowiekiem wielkanocnym.

Wystarczająco dużo w nas przeróżnej martwoty, z której trzeba wstać. Choćby taka martwota nienawiści: politycznej, domowej, małżeńskiej, społecznej, rodzinnej, rasowej, a nawet religijnej. Z tego wszystkiego trzeba by z-martwych-wstać. Przekraczać siebie i hodowane w sercu zło – to przecież powstawać z martwych.

I nie wolno z tym czekać, aż nadejdą „demony południa”, nie trzeba z tym zwlekać do wieczora. Jezus wstaje z grobu jeszcze przed świtem, póki noc. Niech w naszych sercach codziennie wschodzi gwiazda poranna, którą jest Jezus Zmartwychwstały, „zwycięzca śmierci, piekła i szatana”, a w ten sposób Wielkanoc naprawdę będzie każdego dnia.