W tym wszystkim chodzi o to, co najtrudniejsze: o osobiste spotkanie z Żyjącym na wieki. Każdy ma na to własny czas.

Na miesiąc przed śmiercią mojego ojca odprawiałem dla niego Mszę świętą w naszym domu. Odprawiałem ją na zwykłym stole, gromadzącym nas regularnie przy posiłkach. Towarzyszy temu zawsze dziwne uczucie: za chwilę na tym stole będzie stała waza z zupą, a teraz stół staje się miejscem przyjścia gościa z nieba: Chrystusa w Komunii świętej. Jakieś pomieszanie porządków sacrum z profanum...

Ale tamtego dnia stało się jeszcze coś innego. Mój ojciec, wiele rozmyślający o sprawach ostatecznych, przerwał mi moje kazanie o życiu wiecznym: „Wiesz, jeszcze nikt stamtąd nie wrócił i nie opowiedział, jak tam jest”. Użyłem szybkiego argumentu apologetycznego w postaci wiary w zmartwychwstanie Jezusa, co jednak Taty nie uspokoiło. Ostatecznie Zmartwychwstały rzeczywiście nie opowiadał apostołom jak TAM jest. Po zmartwychwstaniu Jezus dawał się widzieć (chrystofania) swoim uczniom, mówił im po imieniu, jadał z nimi posiłki, nawet gotował dla nich, ale nie rozwodził się na temat życia po życiu. Gdy potem udzielałem Tacie komunii, miał lekko załzawione oczy.

Wiara chrześcijańska zasadza się na wierze w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. To jest podstawowa i pierwsza narracja Kościoła apostolskiego. Śmiem twierdzić, że wszystkie prawdy wiary chrześcijańskiej są pochodną doświadczenia wielkanocnego poranka. Zwiastowanie, wcielenie, narodziny z Dziewicy, bóstwo i człowieczeństwo Jezusa, Jego wiedza boska i ograniczenie się człowieczeństwem, nawet ściśle związane ze zmartwychwstaniem wniebowstąpienie – wszystko to wynika z doświadczenia tamtego poranka. 

Gdyby nie było tamtego wydarzenia, Jezus byłby figurką odpustowego półboga na miarę Herkulesa czy Hermesa. Ewangelie nie kryją, że przed zmartwychwstaniem uczniowie naprawdę mieli otępiały umysł i niewiele rozumieli z nauk Jezusa. Dopiero zmartwychwstanie staje się katalizatorem ich wiary i nowej moralności. Poranek pierwszego dnia tygodnia obudził w nich to, co było dotąd uśpione i czego nie mogli sobie wcześniej nawet wyobrazić. Pan rzeczywiście zmartwychwstał!

Zanim jednak któryś z uczniów Jezusa ułożył to krótkie wyznanie wiary, musieli się skonfrontować się ze znakiem pustego grobu. I znowu trzeba jasno powiedzieć, że pusty grób nie był żadnym dowodem zmartwychwstania. Pusty grób zaczął mówić coś dopiero wtedy, gdy Zmartwychwstały w różnych okolicznościach i różnych momentach ich życia ukazał się swoim uczniom. Pusty grób zaczął mówić dopiero wtedy, gdy oni sami spotkali Żywego Jezusa i powiedzieli: Pan mój i Bóg mój. A powiedzenie tego wcale proste nie było. Łatwiej przecież uznać, to za jakąś fantasmagorię, zbiorową halucynację, złudzenie, podobieństwo, nieoczekiwaną zamianę miejsc. Nic z tego. Pan rzeczywiście zmartwychwstał!

Niemal wbrew rozsądkowi uczniowie Jezusa głoszą, że On naprawdę umarł

Ewangelie nie idą drogą „logicznych” wyjaśnień. Niemal wbrew rozsądkowi uczniowie Jezusa głoszą, że On naprawdę umarł, że nie wykradli ciała i że naprawdę jedli i pili z Nim, gdy powstał z grobu. Nic mniej, nic więcej. A przecież mogliby głosić, że Jezus niczym grecki heros cierpiał tylko pozornie, bo miał pozorne ciało (doketyzm) i ani lęk, ani ból go nie dotknęły. Mogliby głosić, że zamiast Jezusa na krzyżu umarł Szymon z Cyreny lub inny człowiek (gnoza i islam). Mogliby wreszcie pójść sprawdzoną drogą i mówić o życiu po życiu oraz snuć mit nowego Odyseusza, który powrócił z Hadesu. Nie! Oni jak mantrę powtarzają: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Piotrowi!

W tym wszystkim chodzi o to, co najtrudniejsze: o osobiste spotkanie z Żyjącym na wieki. Czas na takie spotkanie wyznacza On sam. Marii Magdalenie przydarzyło się to w poranek, pierwszego dnia tygodnia. Piotrowi – tego samego dnia wieczorem. Uczniom uciekającym z Jerozolimy wyznaczył spotkanie w niedzielę po południu. Tomaszowi wyznaczył spotkanie tydzień po swoim zmartwychwstaniu. Pawłowi z Tarsu – wiele miesięcy po swoim wniebowstąpieniu.

Takie osobiste spotkania mają dalsze konsekwencje, bo to wszystko stało się ze względu na nas. Trawestując św. Augustyna, skoro zdajemy już sobie sprawę, że „Chrystus umarł, to my sami umrzyjmy dla grzechu. Powstał z martwych, więc żyjmy dla Boga. On przeszedł z tego świata do Ojca, więc nie  zatrzymujmy naszych serc na tym, co niskie, ale szukajmy tego, co w górze”. Taką drogą poszli pierwsi świadkowie.

Każdy z nas ma własny czas spotkania Żyjącego. Nie trzeba się zżymać, że inni Go jeszcze nie spotkali albo, co gorsza, że może się z Nim już rozstali. Ważniejsze jest, że to On wyznacza czas spotkania z nami. Może to być spotkanie w Komunii świętej, spotkanie w konfesjonale, ale też spotkanie ze Zmartwychwstałym obecnym w odrzuconych, pogardzanych, wykluczonych. Pojawia się On wtedy niczym iskra, rozniecająca tlący się płomyk naszego życia, a wtedy nie wolno nam zgasić tego ognia i pozwolić mu płonąć, aż sami staniemy ogniem.