Przeżywając zstąpienie Jezusa do piekieł, myślę o wszystkich ludziach, którzy zostali dotknięci przez grzech i przemoc tam, gdzie oczekiwali miłości i troski.

Każdy, kto chociaż raz był w Jerozolimie, musiał być w bazylice Grobu Pańskiego. Wierzącym, oczekującym czasem latami na możliwość fizycznego wejścia do ciasnej kaplicy Grobu, towarzyszą skupienie i emocje. Pełne skupienie na ogół uniemożliwiają gwar i głośne rozmowy turystów zwiedzających bazylikę bez należytego szacunku. Dopiero wewnątrz – klęcząc w blasku cieniutkich świec, wdychając intensywny zapach wschodnich, perfumowanych olejków, jakimi namaszczona jest wielowiekowa, marmurowa płyta przykrywająca skałę groty, w której pochowano Jezusa – czuć, że coś zapiera nam dech w piersiach, a z oczu zaczynają płynąć łzy. Czyli to tu leżało Jego ciało, gdy On zstąpił do piekieł…

Każdy, komu umarł ktoś bliski, wie, co się czuje, stojąc nad grobem. Ciało człowieka stało się zwłokami i nic nam już nie mówi. Owszem z szacunku nazywamy je ciałem, ale już nie będzie okazji porozmawiać o ważnych sprawach, ani pokłócić się, ani zagrać w karty, ani napić wina, ani pojeździć na rowerze, ani wykąpać w jeziorze, ani przejść po lesie. Za chwilę zimne grudy ziemi zasypią trumnę i coraz bardziej pogłębi się poczucie niedającej się niczym wypełnić pustki. Coś się definitywnie skończyło i zamknęło. Nieodwracalny proces dążenia do kresu dobiegł końca. Duch i dusza zmarłego – jeśli wierzymy w życie pozagrobowe – znalazły się w innej rzeczywistości. Jeżeli jednak ktoś wierzy, że TAM nic nie ma, wówczas staje nad grobem w przekonaniu, że zwierzęciu myślącemu pozostaje tylko pamięć – trwająca na tyle na ile sprawny będzie jego mózg.

Niezależnie od tego sam fakt pochówku i otaczanie szacunkiem grobów naszych bliskich to znaki nadziei, że nie wszystko jednak jest skończone. Nawet jeśli ogarniałaby nas niepewność jutra i tego, co jest po tamtej stronie. Bo w rzeczywistości chodzi o to TAM.

A Wielka Sobota to właśnie czas medytacji nad tym, co robił Jezus po swojej śmierci. Od początku chrześcijanie wierzyli i wyznawali, że Jezus „zabity wprawdzie na ciele, ale powołany do życia Duchem, w nim poszedł ogłosić zbawienie nawet duchom zamkniętym w więzieniu, niegdyś nieposłusznym…“ (1 P3,18-20).  Ojcowie Kościoła, począwszy od Ignacego z Antiochii (zm. 107 po Chr.) głosili, że Jezus zstąpił do piekieł. Na ogół rozumieli przez to, że Chrystus doświadczył losu wspólnego wszystkim grzesznikom, a ponieważ nikt nie jest bez grzechu, więc śmierć jest losem wszystkich ludzi.

Człowiek dotknięty przez współczesne piekła nie jest w stanie wyobrazić sobie, że można wybaczać winy

Bardzo szybko tej wierze nadano walor odkupienia. Cyryl Jerozolimski uczył, że  Chrystus zstąpił do piekieł sam, ale wyszedł stamtąd w towarzystwie wszystkich, którzy przed nim umarli. Św. Augustyn retorycznie dowodził, że tylko niewierzący nie wyznają wiary w zejście do piekieł, a Jezus zdjął kajdany śmierci z innych, sam nie będąc nimi związany. Wyobraźnia sama podsuwa nam przy tym jakiś podziemny świat, chociaż w gruncie rzeczy ten świat wcale nie musi być pod ziemią. Bo skoro, jak mówi św. Paweł, „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” w Bogu, to owo TAM może być bliżej nas niż nam się wydaje. Może jest to jakiś piąty albo nawet ósmy wymiar rzeczywistości, w który przechodzi się, gdy już nie ograniczają nas prawa czasu, przestrzeni i grawitacji?

Owo TAM zawsze pozostanie Misterium. Świadomie używam tego określenia, gdyż tajemnica to coś zakrytego (i przestaje być tajemnicą, gdy się ją ujawni), a Misterium to dużo więcej – w rzeczywistość misterium można wejść i być jej uczestnikiem, chociaż pozostaje ona niewypowiedziana. Wielka Sobota i Grób Jezusa to przesłanie, że także milczenie coś mówi, jest jakimś komunikatem. Bóg jest nie tylko Słowem, jak pisał Joseph Ratzinger we „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo”, ale jest też milczącym, nieosiągalnym i trudnym do zdefiniowania obszarem.

A może owo zstąpienie do piekieł oznacza także, że Chrystus dociera do tych, którzy nie są zdolni wznieść oczu ku górze, nie mają jeszcze łaski wiary, nie potrafią wyobrazić sobie życia z Bogiem i już tu na ziemi trwają w jakimś nieprawdopodobnym cierpieniu, mówiącym im, że Boga nie ma? Przeżywając zstąpienie Jezusa do piekieł, myślę też o wszystkich ludziach, którzy zostali dotknięci przez grzech i przemoc tam, gdzie oczekiwali miłości i troski. Myślę o ofiarach przemocy w rodzinie, o ofiarach gwałtów i zbrodni. Biegnę myślą do ludzi niesłusznie osądzonych i oskarżonych. Myślę o kobietach, które ich mężowie traktują jak przedmioty oraz o mężczyznach porzuconych i zdradzonych przez swoje żony. Jak nie pomyśleć o tragedii tego, co eufemistycznie nazywamy złym dotykiem, a co jest piekłem nadużyć w najbardziej delikatnej sferze, jaką jest ludzka seksualność! Wreszcie jak tu nie myśleć o współczesnym piekle niewolnictwa: o handlu żywym towarem i przemycie ludzi, o mordowaniu niewinnych, o wypowiadaniu bezsensownych wojen czy wysadzaniu się w powietrze tylko po to, by zastraszyć innych.

Wszystko to są piekła. Zniewalają one ludzi dzięki temu, że człowiek nimi dotknięty nie jest w stanie wyobrazić sobie, że można wybaczać winy. Zniewalają one także sprawców w ten sposób, że winowajca nie chce poprosić o przebaczenie.

Chrystus zstępujący do piekieł to nie kto inny jak Zbawiciel naszych umysłów i serc. Wchodzi do naszych grobów, by nas z nich wydobyć. Bo zstąpienie do piekieł nie jest ostatnim słowem dramatu Boga i człowieka. Jego pełne znaczenie ukaże się dopiero w Noc Zmartwychwstania i Poranek pustego grobu.