Jeżeli cierpienie jest złem, to po co wszechmocnemu Bogu pozbawione nadziei narzędzie zbawienia? To pytanie brzmi jeszcze mocniej, gdy adorujemy dzisiaj krzyż.

„Króla wznoszą się znamiona, Tajemnica krzyża błyska: Na nim życie śmiercią kona, lecz z tej śmierci życie tryska”. Te piękne słowa pieśni wielkopiątkowej zawierają w sobie całą teologię krzyża, a jednocześnie są wielce zagadkowe. Bo jak życie może rodzić się ze śmierci?

W Bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie znajduje się Golgota. Wchodzi się tam po krętych schodkach, spowitych mrokiem. Kaplica ukrzyżowania dzieli się na części łacinników i Greków. To w tej drugiej, pomiędzy marmurowymi kolumienkami, znajduje się srebrna płyta zakrywająca mroczny otwór – miejsce, gdzie zatknięty był krzyż Jezusa. By dotknąć zimnej skały, trzeba uklęknąć, włożyć rękę w ten otwór i mocno przy tym uważać, by wstając, nie uderzyć się głową w mensę ołtarza.  Bezpośrednio pod tą kaplicą znajduje się pomieszczenie nazywane grobem Adama. Według tradycji, po widocznej skalnej szczelinie, spłynęła krew posłusznego Chrystusa, by obmyć z grzechu nieposłuszeństwa pierwszego człowieka.

Śmierć Jezusa na krzyżu – ta podstawa naszego nauczania na pozór znajduje proste wyjaśnienie. Pierwszy człowiek, Adam, zgrzeszył nieposłuszeństwem, a w nim zgrzeszyli wszyscy ludzie. Aby ludzie mieli jednak dostęp do Boga, Nowy Człowiek, doskonale sprawiedliwy i posłuszny, sam Syn Boży Jezus musiał odkupić tamten grzech swoją krwią. Pojawiają się jednak natychmiast wątpliwości. Cóż to za Bóg domagający się zapłaty za grzech w postaci krwi swojego Syna?

Czy Bogiem miłości można nazwać Boga narzucającego sobie to, czego nie chciał narzucić Abrahamowi, wystawiając go na próbę na wzgórzu Moria? Takiego Boga mszczącego się na swoim Synu za przestępstwa innych, można co najwyżej zrównać z prymitywnym inkaskim bóstwem, domagającym się ofiar z lamy albo z krwi córki królewskiej, przelanej dla przebłagania swego gniewu w dniu trzęsienia ziemi na Machu Picchu.

To nie cierpienie Jezusa nas zbawia, lecz miłość, z jaką On przeżył to cierpienie

Rzadko sobie uświadamiamy, że największą trudnością, z jaką borykamy się, stojąc pod krzyżem, jest kwestia odkupienia. Czy zbawienie musiało się dokonać przez cierpienie? I to jakie cierpienie! Było przecież w nim wszystko, co ludzka pogarda jest w stanie wymyślić: wzgarda, więzienie, wykluczenie, oplucie, oszczerstwa, fałszywy sąd, zakłamany wyrok, oszpecenie, biczowanie, torturowanie, wyszydzenie, wreszcie wystawienie na pośmiewisko przez obnażenie i niewyobrażalna dla nas tortura ukrzyżowania, aż do poczucia opuszczenia przez Boga!

Wszechmocny Bóg mógł przecież znaleźć inny sposób zbawienia nas niż przez to, czego nie chcemy, na co się nigdy nie zgodzimy, czego się lękamy i co wypychamy z naszej świadomości. Jeżeli cierpienie jest złem, to po co wszechmocnemu Bogu pozbawione nadziei narzędzie zbawienia? Te pytania brzmią jeszcze mocniej, gdy adorujemy dzisiaj krzyż i nie są to bynajmniej pytania gimnazjalisty.

Istnieje fatalne przekonanie, że w relacjach z Bogiem wszystko zależy najpierw od ludzkiej skruchy i zadośćuczynienia. Być może jest to projekcja relacji międzyludzkich. Najpierw pokuta i skrucha, a potem przebaczenie. I ewentualnie, jako wartość dodana, przyjaźń – chociaż z tą ostatnią też trzeba uważać, bo przecież jak mawia przysłowie, winy należy wybaczać, ale imię winowajcy dobrze zapamiętać. Skoro zatem ludzie nie umieli okazać skruchy i nawrócić się, Syn Boży zdecydował się złożyć zapłatę w zastępstwie za grzeszników. W ten sposób Jego krwią zostaliśmy obmyci. Pojednani i usprawiedliwieni przez śmierć Syna Bożego. Ale co to właściwie znaczy?

Borykał się z tym św. Augustyn i napisał: „Czy może należy to rozumieć w taki sposób, że rozgniewany Ojciec, widząc śmierć Syna swojego za nas, uspokoił swój gniew w stosunku do nas? (…) Cóż więc na to powiemy: «Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał…» Co na to odpowiedzieć? Jeżeli Bóg jest z nami, to nie czy nie dalby nam wszystkiego? Czy gdyby Ojciec nie był uspokojony w swym gniewie, to wydałby za nas swego Syna? […] Widzę jednak, że Ojciec już przedtem nas umiłował, nie tylko zanim Syn poniósł za nas śmierć, ale zanim stworzył świat…” („De Trinitate”, XIII, 11.15).

Otóż kluczem do krzyża jest ukochanie i wybranie nas przez Boga przed założeniem świata (zob. Ef 1,4). Bóg nie jest buchalterem liczącym nasze grzechy, ale nie jest też czarodziejem z krainy Oz, zbawiającym przy pomocy magicznej różdżki. Bóg może zbawić nas jedynie poprzez swoją przenikającą miłosierną miłość i naszą odpowiedź, nasze zaangażowanie w ten akt najpiękniejszej, czystej, niesprofanowanej miłości dającej pełnię życia. To nie Bóg zabił swojego Syna, ale to myśmy Go zabili, jak przytomnie zauważył ojciec współczesnego ateizmu Friedrich Nietzsche. Zatem krzyż – jak zauważają rozsądni teologowie, „mówi nam, na jak wielki opór natrafiła miłość Boga”. Jak mawiał o. Yves Congar OP, „to nie cierpienie Jezusa nas zbawia, ale miłość, z jaką On przeżył to cierpienie, a to zupełnie co innego”.

Jeśli więc Jezus zdecydował się dobrowolnie przyjąć śmierć na krzyżu, a Bóg ją dopuścił – to po to, aby powiedzieć nam: „Popatrz, jak bardzo cię kocham. Dla ciebie jestem nawet w stanie przyjąć na siebie wszelkie zło, jakie jesteś w stanie wymyślić, po ty by powiedzieć: przecież ty nie wiesz, co czynisz. Więc ja, który wiem co i dlaczego czynię, umarłem w męce po to, żebyś ty drugi raz już tego samego nie zrobił, bo drugi raz umierać nie będę. Byłem gotów umrzeć raz na zawsze, byś ty zrozumiał, jaka jest cena mojej miłości do ciebie”.

Korzystałem z: Bernard Sesboüe, „Wierzę”, tłum. M. Żurowska, Warszawa-Poznań 2000.