Prywatny portret pisarza, który mnie kiedyś zachwycił, potem smutno bawił, aż w końcu zmęczył – bo jak długo można czytać potwierdzenie swoich najczarniejszych przeczuć, dotyczących natury świata?

Po raz pierwszy zetknąłem się z jego twórczością, będąc uczniem pierwszej klasy liceum. Zacząłem od tej akurat książki, od której właściwie nie należy zaczynać, gdyż stanowiła podsumowanie dotychczasowej pracy pisarza: w „Śniadaniu mistrzów” występują bohaterowie jego poprzednich utworów. A jednak wrażenie było piorunujące.

W Polsce nie znaliśmy jeszcze słowa „postmodernizm”, zaś literaturę wysokoartystyczną od pośledniejszych gatunków piśmiennictwa, takich jak science-fiction, komiks czy satyra oddzielały (w naszych głowach) grube mury. Powieść Vonneguta zniszczyła te mury bezpowrotnie i migiem – na kilku pierwszych stronach. Co to, u licha, jest? – zastanawiałem się i nie mogłem się oderwać. Więc można napisać książkę, wydaną przez poważny Państwowy Instytut Wydawniczy, w której tekst miesza się z jawnie nieporządnymi rysuneczkami, o niczym nie mówi się serio, co chwila streszcza bezdyskusyjnie głupie fabuły o kosmitach – a przy tym całość przenika poczucie rozpaczy, czytelnej nawet dla piętnastolatka? Rozpaczy tak bezgranicznej, że nie sposób ją wyrazić inaczej, niż śmiejąc się szyderczo ze wszystkiego?

Otwieram dziś pożółkłe strony na chybił trafił (są naprawdę pożółkłe, w PRL-u i porządny papier bywał deficytowy): „Trout i Hoover byli obywatelami Stanów Zjednoczonych Ameryki, kraju zwanego w skrócie Ameryką. A oto ich hymn narodowy, który jest czystym bełkotem, podobnie jak wiele innych rzeczy, które z założenia powinni brać na serio (…) Nawet sam prezydent Stanów Zjednoczonych nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Jakby kraj mówił swoim obywatelom: W nonsensie siła”.

Albo:

„Postanowił powiedzieć tym ludziom, jaki chciałby mieć nagrobek. Byłby on taki: TU LEŻY KTOŚ. Ur. pewnego dnia. Um. pewnego dnia. Starał się”.

Albo:

„Trout zanurzył swoje artystyczne stopy w betonowym korycie zawierającym Słodki Potok. Natychmiast pokryły się przezroczystą plastikową substancją z powierzchni potoku. Kiedy Trout, nieco zdziwiony, wyjął jedną oblepioną stopę z wody, plastykowa substancja natychmiast stwardniała w powietrzu, zamykając stopę w cienki, idealnie dopasowany pokrowiec jakby z macicy perłowej. Powtórzył to samo z drugą stopą. Substancja ta pochodziła z zakładów Barrytron. Zakłady produkowały nowe przeciwpiechotne bomby dla wojsk lotniczych. Bomby te raziły plastykowymi kulkami zamiast stalowych odłamków, ponieważ plastykowe kulki były tańsze”.

Potem przyszły kolejne lektury: „Rzeźnia numer pięć”, „Kocia kołyska”, „Niech Bóg pana błogosławi, panie Rosewater”, „Pianola”, „Syreny z Tytana” (większość z nich przetłumaczył ze swadą Lech Jęczmyk)… Tę ostatnią powieść mam za jedną z najbardziej ponurych wizji historii, z jaką się zetknąłem. I co z tego, że z założenia jest absurdalna? Pewien bardzo długowieczny kosmita wylądował awaryjnie na jednym z księżyców Saturna. Potrzebny był mu element, którego najbliższym źródłem okazała się trzecia planeta od Słońca. Ów Tralfamadorczyk prowokuje więc ewolucję na Ziemi, żeby po milionach lat jakiś człowiek, przelatując przypadkowo w pobliżu, dostarczył mu ów element. W tym momencie sens istnienia ludzkości w gruncie rzeczy się wyczerpuje. A co, jeśli całe nasze dzieje w podobny, choć niedokładnie taki sposób, są motywowane czymś całkowicie nieistotnym i nie mającym związku z powołaniem, godnością i marzeniami homo sapiens?

Sława Vonneguta liczy się od „Rzeźni numer pięć”. Rzeczywiście, chyba tylko „Paragraf 22” i ewentualnie „Przygody dobrego wojaka Szwejka” negliżują w podobnie skuteczny sposób gadaninę o tym, że wojna hartuje charakter, uczy patriotyzmu i tak dalej. Amerykański pisarz miał prawo zaatakować te mity, gdyż podczas II wojny walczył w składzie 106. dywizji piechoty USA, w Ardenach dostał się do niewoli i zagładę Drezna, która stanowi temat jego książki, oglądał z bliska jako jeniec.

„– Czy to jest książka antywojenna?
– Tak – odpowiedziałem. – Chyba tak.
– Czy wiesz, co mówię facetom, którzy piszą książki przeciwko wojnie?
– Nie. Ciekawe, co im mówisz.
– Mówię: Dlaczego nie piszesz książek przeciwko lodowcom?”

Należał do specyficznej klasy istot, które krwawią śmiechem

Ale „Rzeźnia numer pięć” nie jest tak naprawdę powieścią walczącą. Vonnegut, borykający się przez sporą część życia z depresją, nie uważał się za dość naiwnego, aby liczyć na to, że swoją twórczością wpłynie na zmianę ludzkich obyczajów (z obyczajem wzajemnego zabijania się na czele). Kiedy dziś o nim myślę, nie potrafię pozbyć się wrażenia – za które z pewnością by mnie ofuknął, uznając je za zbyt patetyczne – że w gruncie rzeczy wciąż krwawił. Należał tylko do specyficznej klasy istot, które krwawią śmiechem. I ten śmiech stopniowo zamyka ranę, pozwalając im dalej żyć. Śmiech jako forma autoterapii… Nie, to znów za dużo. Śmiech, czarny humor jako forma obrony. Żeby na tym upiornym świecie nie oszaleć do reszty.

Bywało, że nieprzygotowani na to pisarstwo czytelnicy, zwłaszcza starsi ode mnie, reagowali oburzeniem, że autor „Kociej kołyski” to nihilista. – Jak można – usłyszałem kiedyś na przykład – sprowadzać tragedię Drezna do faktu, że nazajutrz po nalocie jeden z amerykańskich jeńców został (tak przynajmniej opowiada Vonnegut) rozstrzelany za przywłaszczenie sobie w gruzach starego czajnika? – Ale trudno o bardziej nietrafny zarzut niż ten. Gdyż, żeby tak szydzić ze świata, trzeba zachowywać wewnątrz siebie nienaruszoną miarę dobra. Ból, który sprawiało pisarzowi istnienie, brał się z zawiedzionego oczekiwania. Miało, powinno być inaczej. Gorzko-komiczna fraza „zdarza się”, którą w wielu książkach kwitował najokropniejsze wydarzenia w życiu jego bohaterów, również powtarzające się „i tak dalej”, przerywające spisy patologicznych zjawisk rzeczywistości – nie miały charakteru zgody na to, co dzieje się wokół, tylko poczucia bezradności. I skryciem się przed rozpaczą w kwaśny żart. Nicość nie zagnieździła się w duszy autora, lecz w otaczającym go świecie. Autor wystawiał za to światu świadectwo niemoralności, a ponieważ ta, jak lodowce, jest nie do zwalczenia, nie pozostawało mu nic innego, jak opowiadać gorzko-zabawne, niekiedy sprośne, a niekiedy makabryczne historyjki.

„Lulaj, mój koteczku, na wysokim drzewie,
Drzewem wiatr kołysze, koteczka kolebie.
A jak gałąź pęknie – wtedy będzie pięknie –
Zwali się kołyska, koteczek i wszystko”.

Ale po latach powracania (przyznaję, ze coraz rzadszego) do książek Vonneguta, w tej, od której zacząłem, w „Śniadaniu mistrzów” znalazłem coś jeszcze. Scenę zupełnie dla tego ponurego prześmiewcy niebywałą. Przypominam ją niekiedy w swoich felietonach i esejach – i aż mi niezręcznie robić to dziś jeszcze raz. Jednak bez niej nie byłby kompletny ten prywatny portret pisarza, który mnie kiedyś zachwycił, potem smutno bawił, aż w końcu zmęczył – bo, tak naprawdę, jak długo można czytać potwierdzenie swoich najczarniejszych przeczuć, dotyczących natury świata?

Zbiory sztuki w Midland City wzbogaciły się właśnie o obraz niejakiego Rabo Karabekiana „Kuszenie świętego Antoniego”. Na zielonym tle w jednej piątej szerokości płótna przyklejono doń pionowo, od góry do dołu, taśmę odblaskową w kolorze pomarańczowym. Obraz, komentuje narrator, kosztował pięćdziesiąt tysięcy dolarów, co mieszkańcy uważali za skandal. I kiedy już jesteśmy przekonani, że Vonnegut do innych absurdów współczesności dokłada absurd przecenianej sztuki konceptualnej, nagle oddaje on głos (wymyślonemu przez siebie, naturalnie) malarzowi, który wygłasza następującą przemowę:

„Daję wam słowo honoru, że obraz, będący teraz własnością waszego miasta, pokazuje wszystko, co w życiu najważniejsze, niczego nie pomijając. Jest to obraz świadomości każdego zwierzęcia. Jest to niematerialny rdzeń każdego zwierzęcia, to »jestem«, do którego skierowane są wszystkie sygnały. To wszystko, co w każdym z nas – myszy, jeleniu, kelnerce z cocktail-baru – żyje. To coś pozostaje niewzruszone i czyste, choćbyśmy popadli w nie wiem jak niedorzeczne tarapaty. Święty obraz samotnego świętego Antoniego to pojedyncze, pionowe, niewzruszone pasmo światła. Gdyby w pobliżu świętego znalazł się karaluch albo kelnerka z cocktail-baru, na obrazie byłyby dwa takie pasma światła. Nasza świadomość, to jedyne, co mamy w sobie żywego, a może i świętego. Cała reszta to martwa maszyneria”.

Oczywiście, w książkach, w których od początku dominuje mroczny żart, decyzja, by jakiś akapit uznać za napisany serio, jest ryzykowny aktem wiary czytelnika. A jednak nie umiem pozbyć się wrażenia, że w tych kilku zdaniach jest ślad owej miary dobra, o której wspomniałem. I zarazem, że opisują one z zewnątrz ostatnią linię obrony przed chaosem i złem. Stanowi ją nieoczekiwane powtórzenie refrenu z pierwszego rozdziału księgi Genesis: To jest dobre. To, że istniejemy, choć moglibyśmy nie istnieć. To, że mamy świadomość, choć moglibyśmy należeć do „martwej maszynerii” wokół. To właśnie stąd pochodzi prawo do mówienia światu, niewątpliwie znajdującemu się w stanie upadku: Nie podobasz mi się.

Nie chcę „chrystianizować” Vonneguta i nie twierdzę, że jest u niego coś więcej. A jednak za ten jeden akapit godzi się, moim zdaniem, rzucić w jego stronę strawestowany tytuł innej jego powieści.

Niech Bóg pana błogosławi, panie Vonnegut.