„Będzie pani zadowolona…” na deskach Teatru Nowego w Poznaniu to seans szalenie intensywny, odbudowujący zachwianą wiarę w teatralną wspólnotę.

We wsi Kamyk jest morowe powietrze. Nie niosą się kury, nie cielą krowy, nikt nie pamięta, kiedy ostatnio jakaś miejscowa dziewucha urodziła dziecko. Wieś Kamyk jakby zamarła w pół oddechu, ale nikt tego nie zauważył. Życie toczy się niby zwyczajnie, a jednak ponad ludźmi wisi coś niewypowiedzianego. Co to jest? Chyba nic dobrego. Może jakaś uśpiona gotowość do agresji, może skrywana chęć szyderstwa i upokorzenia słabszych, a niechby i najbliższych. Dzień za dniem mija, każdy łudząco podobny do poprzedniego. Chyba że zdarzy się święto i rozproszy na moment codzienną martwotę, da ludziom złudną nadzieję na zmianę.

Wsi Kamyk nie znajdziemy na mapie, istnieje tylko w tekście i przedstawieniu Agaty Dudy-Gracz. Mimo to mam wrażenie, że Teatrze Nowym w Poznaniu widzimy prawdziwe miejsce, że byliśmy w tej weselnej sali, spotkaliśmy już kiedyś tych ludzi, piliśmy tę samą wódkę. Kamyk zatacza coraz szersze kręgi, niepostrzeżenie nas zagarniając. Duda-Gracz znowu zniosła granicę między sceną a widownią, a my poczuliśmy się mieszkańcami Kamyka.

W szalonej zabawie między ludźmi ujawni się skrywane wcześniej zło

Spektakl zagarnia cały budynek teatru, kiedy wchodzimy do foyer, już trwa. Ktoś w weselnym stroju rzuca mi się na szyję, upewniając się, że jestem gościem od Idzika zwanego Kuśką (Ildefons Stachowiak). Kto inny w szatni bierze ode mnie płaszcz, strój wskazuje, że także przyszedł na imprezę. Siadamy na widowni, gdzie pomiędzy rzędami ustawiono zakryte białym obrusem stoły. Na nich zaś wódkę i czerwoną oranżadę z tych najtańszych. Możemy raczyć się nimi już teraz, ale u Idzików nie ma wesela na światowy połysk. Jest tak, jak nie tylko we wsi Kamyk. Ostro, na umór i do upadłego. W szalonej zabawie między ludźmi ujawni się skrywane wcześniej zło. Nie uciekniemy przed nim i my, bo zostaliśmy złapani w pułapkę. Po to Agata Duda-Gracz zaprosiła nas na wesele Zuni zwanej Maciorą (Karolina Głąb) i Siutka zwanego Szczochem (na premierze widziałem Łukasza Schmidta, gra na zmianę z Łukaszem Chrzuszczem). Byśmy poczuli się częścią tego świata, bez szans na ucieczkę w bezpieczny dystans. Po to – nie po raz pierwszy w swej karierze – spróbowała teatru totalnego. Dała widowisko bez początku i bez końca. Może do ostatniego widza. Duda-Gracz mówi ostatnio, że w swych przedstawieniach coraz częściej likwiduje aktorskie ukłony. Tym razem też ich nie ma. Spektakl zapętla się, ale się nie kończy.

„Będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk” inspirowane jest cyklem reportaży Wiesława Łuki „Nie oświadczam się”. Opisał on zdarzenie z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy na pewnej wsi miejscowi zabili trójkę ludzi, w tym kobietę w ciąży i dziecko. Następnie jeździli autobusem po ich zwłokach, aby nie został nawet ślad. Inni patrzyli na to beznamiętnie. Potem w sądzie nabrali wody w usta, albo wprost bronili sąsiadów. Agata Duda-Gracz przenosi akcję w początek lat dziewięćdziesiątych, bo postrzega ten czas jako moment założycielski naszej dzisiejszej teraźniejszości. Przypomnijmy to sobie – początek transformacji, wielkie nadzieje i chyba jeszcze większe pokusy. Miejsca idące ostro z wiatrem zmian i te inne, z pozoru gorsze, gdzie czas się zatrzymał i o żadnym nowym otwarciu nie może być mowy. Polska B, C, a może Z, chociaż autorka poznańskiego widowiska umieszcza je wszędzie i nigdzie, nie potrzebuje konkretnych adresów. Nigdy ich nie potrzebowała.

„Będzie Pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk”

„Będzie Pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk” w Teatrze Nowym w Poznaniu. Fot. Greg Noo-Wak

Jesteśmy zatem na weselu Maciory i Szczocha. Ma być zabawa, to jest. W rytm wesołych piosenek o chłopcu malowanym, wśród tanecznych korowodów. Pije się tu do dna, zajada niezrównanym rosołem według wyjątkowego przepisu pani Lidzi zwanej Ryjem (Małgorzata Łodej-Stachowiak). Tylko czasem komuś łyżka wypadnie z ręki, muzyka zwolni i na scenie pojawi intruz. Na przykład pan Ryciu zwany Zjebem (Radosław Elis), brat panny młodej. Zalany krwią, bo zamordowany przez rzekomych przyjaciół z powodu swojej inności – bo do Kamyka nie pasował. Albo Widzącą zwana Czarcią Pizdą (widziałem Annę Mierzwę, gra na zmianę z Agnieszką Różańską). Ma oczy zasłonięte bielmem, porusza się jakby po omacku, a jednak widzi więcej: wszystko. Stąd przydomek, stąd ataki stąd i z owąd. Widząca też jest inna. Dla takich nie ma miejsca w Kamyku. Tylko w Kamyku?

Agata Duda-Gracz stworzyła w Poznaniu może swą najbardziej okrutną inscenizację. Po „Ja, Piotr Riviere…” z wrocławskiego Capitolu, „Kumernis” z Teatru Muzycznego w Gdyni, „Śmierć przyjeżdża w środę” z opolskich teatrów Kochanowskiego oraz Lalki i Aktora, znamy ją już nie tylko jako reżysera, lecz także dramatopisarkę. Mam poczucie, że gdy idzie o inscenizację próbuje samej sobie rozszerzyć wszelkie granice, dbając jednocześnie o kontakt z widzem i zważając, by – jak wcześniej się zdarzało – rozbuchana plastyka nie przytłoczyła swym ciężarem widowisk. Gdy idzie natomiast o pisanie, drąży Agata Duda-Gracz ton okrutnej, zanurzonej w ludowych obrzędach i rytuałach, ballady. Bawi się składnią, chętnie uderza w archaizacje, mieszając je językową brutalnością, wywiedzioną stąd, z ulicy, ze sklepu, z osiedla, z transmitowanego przez telewizję wiecu. Tworzy z tych elementów odrębny kod, wybrzmiewający z pełną siłą w jej teatrze. Pierwszy raz pomyślałem o tym przy „Kumernis”. Teksty Dudy-Gracz pisane są z myślą o skali jej spektakli, projektowane pod wybranych przez artystkę aktorów, w zetknięciu ze sceną przestają być jedynie partyturą, nabierają cielesności. Jednak ciekaw byłbym, co by się stało, gdyby za „Kumernis” albo „Będzie pani zadowolona…” wziął się ktoś inny, zderzył je z własną wrażliwością. Wtedy okazałoby się, czy dramaty Agaty Dudy-Gracz mogą istnieć poza jej teatrem. Dziś ja przynajmniej tego nie wiem.

Zwrócili Państwo uwagę na przydomki bohaterów? Wskazują na brutalność całości, ale nie na to, że autorka chce szokować, wywoływać eksces. Kamyk to Kamyk, tu nikt nie gorszy się takimi słowami. Wszystko ciąży ku ziemi, to jest świat, z którego wyrugowano reszki metafizyki, jeżeli kiedykolwiek była, ale to niedowiedzione. Pozostał rytm życia i rytm codziennego okrucieństwa, ujawniającego się w drobiazgach może nawet nie do zauważenia. Śmierć może przyjść każdego dnia i może zadać ją każdy. Spotkała Zjeba, wcześniej innych. Wina ojców przechodzi na synów – zdaje się mówić Duda-Gracz, a my od razu przenosimy to do naszej historii. Kiedy wspomina się o paleniu stodół, mamy przed oczami tę jedną, nawet jeżeli nie o niej myśleli twórcy spektaklu w Nowym. Tyle ze „Będzie pani zadowolona…” nie jest oskarżeniem społeczności Kamyka. Agata Duda-Gracz nie wyłącza samej siebie poza jej krąg, nie mówi z góry, wcale nie wie lepiej. Daje nam jeszcze jeden moralitet, natomiast kontekst sprawia, iż nie mam wątpliwości, iż w poznańskim Teatrze Nowym powstało jej najbardziej polityczne przedstawienie.

Ludzie z Kamyka są dobrzy, albo byli tacy jeszcze kilka chwil temu. Chcieli dobrze, nie mieli niecnych intencji. Może nawet do takich nie byliby zdolni z racji swoich horyzontów. Tyle że nagle wszystko wypadło z ram. Ktoś uderzył, kto inny poszedł dalej. Z niczego narodziło silę zło, agresja nakręciła własną spiralę i nikt nie wiedział, jak ją zatrzymać, dlatego nawet nie spróbował. „Będzie pani zadowolona…” to opowieść o wydrążonych ludziach na ziemi jałowej. Oba tytuły Eliota korespondują z inscenizacją idealnie. Wierzę też Agacie Dudzie-Gracz, że ostatnie jej przedstawienie wzięło się z wściekłości, że ktoś ją, programowo pozostającą w swym teatrze poza bieżącymi sporami, zmusił do zabrania głosu o swoim kraju. Trudno doszukać się tu jasnych deklaracji, kłóciłyby się z tym teatrem bardzo jaskrawo. A jednak nie umiem czytać nowego jej przedstawienia inaczej niż jako krzyk niezgody na nasz mały kawałek świata i to, jak został urządzony.

Przywołałem tytuły z Eliota i łapię się na tym, że trochę przeszkadza mi, że to przychodzi tak łatwo, że przedstawienie jest tak pojemne, iż może mieścić tyle gotowych, mocno brzmiących interpretacji. Wiadomo, rzeczy wybitne mówią o wszystkim, ale bywa tak, iż kiedy dzieło mówi zbyt wiele, samo się w sobie unieważnia. To nie jest przypadek „Będzie pani zadowolona…”, ale czasem myślę, że tym razem Duda-Gracz znalazła się blisko takiego niebezpieczeństwa. Zgoda, to jak powiedzieliśmy próba teatru totalnego, ale odnoszę wrażenie, że czasem dobrze zrobiłoby mu samoograniczenie. Bo bywa, że forma widowiska rozpulchnia je ponad miarę, wspaniałe skądinąd obrazy zaczynają żyć samoistnie. Przydałby się też skrót ostatniej części. Łatwo odnaleźć w spektaklu więcej niż jeden finał.

Punktuję mankamenty, ale sam wiem, że to w gruncie rzeczy drobiazgi. „Będzie pani zadowolona…” to seans szalenie intensywny, odbudowujący zachwianą wiarę w teatralną wspólnotę. Zasługa w tym reżyserki, ale też fenomenalnych aktorów Teatru Nowego, z nieprawdopodobnym zaangażowaniem wchodzących w częstokroć ekstremalne zadania. Powinienem przepisać cały afisz, ale powiem tylko, że zespół Teatru Nowego jest wyjątkowy i nie pierwszy raz to udowadnia. Teatr Agaty Dudy-Gracz w zetknięciu z nim objawia nowy wymiar, a ona sama kompletuje tryptyk. „Ja, Piotr Riviere…” był o prawdziwym i chorym pojmowaniu sprawiedliwości, „Kumernis” z całą wzruszającą bezczelnością opowiadała o miłości, zaś w „Będzie pani zadowolona…” rodzi się zło. Można go dotknąć, poczuć na końcu języka. Ale ma gorzki smak. Jak weselna wódka, którą i my – ku naszemu zadowoleniu – zostaliśmy poczęstowani.