Zbyt często widzimy, słyszymy i czytamy, że trzeba przeczekać papieża Franciszka. Ale to by oznaczało bezpowrotne przegapienie tego momentu Bożej łaski, która jest Kościołowi dana wraz z nim i przez niego.

Dokładnie rok temu opublikowana została posynodalna adhortacja papieża Franciszka „Amoris laetitia”. Tak się złożyło, że – można by powiedzieć, iż z tej okazji – przez ostatnie dwa dni brałem udział w intensywnych dyskusjach na jej temat.

Najpierw w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim odbyło się otwarte seminarium „Radość miłości według Franciszka” zorganizowane przez Katedrę Etyki KUL, Katedrę Etyki Szczegółowej KUL i Laboratorium „Więzi”.  W jego ramach autorzy kilkunastu wystąpień przedstawiali kolejne zagadnienia w świetle „Amoris laetitia”. Byłem pod wrażeniem bogactwa różnorodnych spojrzeń, odkrywania w papieskim dokumencie głębokich treści niedostrzeganych przy pobieżnej lekturze oraz komplementarności perspektyw akademików, publicystów i praktyków (fotografie z seminarium można zobaczyć na stronie lubelskiego „Gościa Niedzielnego”).

Spośród mnóstwa ważnych myśli, jakie padły w KUL-owskim Instytucie Jana Pawła II, gdzie obradowaliśmy, w sposób szczególny pozostała mi w głowie wnikliwa interpretacja obrazu latarni morskiej, jakiego Franciszek używa dla opisania zadań Kościoła w edukacji moralnej, przedstawiona przez jezuitę Dariusza Piórkowskiego. Papież pisze: „Kościół musi bacznie i z troską towarzyszyć swoim dzieciom najsłabszym, naznaczonym miłością zranioną i zagubioną, przywracając nadzieję i zaufanie, jak światło latarni morskiej czy też pochodnia wniesiona pośród ludzi, by oświecić tych, którzy stracili kurs, czy też są w samym środku burzy” (AL 291). Piórkowski podkreślał, że w tym obrazie zadaniem Kościoła jest być właśnie latarnią morską, nie zaś kapitanem przejmującym stery statku płynącego na morzu.

Można by dodać, że podobnie jest już na twardym lądzie: chodzi nie o bycie przewodnikiem, za którym ludzie bezrefleksyjnie podążają (zwolnieni już z własnego poszukiwania drogi), lecz pochodnią oświetlającą ścieżkę. Chodzi zatem o uczenie samodzielnego wybierania, a nie tylko o przedstawianie norm, których należy przestrzegać. Używając innych obrazów, pisałem tu o tym w refleksji zatytułowanej „Tango Bergoglio”. Po Franciszkowemu mówiąc – Kościół ma formować ludzkie sumienia, a nie zastępować je (por. AL 37).

Następnego dnia w Collegium Bobolanum warszawskiego Papieskiego Wydziału Teologicznego obradowało sympozjum „Zrozumieć Franciszka”. Ciekawe, że jest to już kolejna inicjatywa pod tym samym tytułem, po publikacjach prasowych, m.in. w „Przewodniku Katolickim”, i trwającym cyklu wykładów organizowanych przez kielecki Instytut Kultury Spotkania i Dialogu. Widocznie wzrasta w Polsce potrzeba zrozumienia tego niezwykłego papieża.

Sympozjum na Bobolanum wyróżnia się jednak tym, że było zorganizowane przez kleryków dla kleryków. Zainicjowali je jezuiccy studenci teologii, którzy z jednej strony odkrywają u Franciszka dobrze im znane elementy duchowości ignacjańskiej, np. silny akcent na rozeznawanie duchowe i rolę sumienia, a z drugiej strony dostrzegają, że właśnie te aspekty pontyfikatu uznawane są przez część katolików za niebezpieczne czy wręcz nieortodoksyjne. Zamiast narzekać, zaprosili więc na Bobolanum kleryków z innych polskich seminariów, aby wspólnie z ekspertami spokojnie zastanawiali się nad duchowością Franciszka, jego wizją zarządzania Kościołem, adhortacją „Amoris laetitia” i miejscem, jakie widzi w Kościele dla ubogich (tu zwłaszcza mowa była o stosunku katolików do uchodźców).

Takie inicjatywy jak ta jezuickich scholastyków (tak się ich pięknie nazywa w zakonnej nomenklaturze) są w Polsce nie do przecenienia. Zbyt często bowiem wokół nas widzimy, słyszymy i czytamy, że z Franciszkiem jest jakiś kłopot, więc najlepiej skupić się na tym, aby przeczekać tego papieża. Nie, nie można go przeczekać, bo to by oznaczało bezpowrotne przegapienie tego momentu Bożej łaski, która jest Kościołowi dana wraz z nim i przez niego.

Sam – i na lubelskim seminarium, i na warszawskim sympozjum – przedstawiałem tezę o ciągłości nauczania Jana Pawła II w „Familiaris consortio” i Franciszka w „Amoris laetitia”. Twierdzę bowiem, że – także zachęcając Kościół do głębszego rozeznawania kwestii możliwości udzielania w niektórych przypadkach komunii świętej osobom rozwiedzionym żyjącym w powtórnych związkach małżeńskich – papież Franciszek idzie drogą świętego papieża Jana Pawła II.

Owszem, Franciszek idzie dalej niż Jan Paweł, ale nie wbrew niemu czy przeciwko niemu. Papież z Argentyny idzie w tym samym kierunku co papież z Polski, nie w przeciwnym. Obaj działali zresztą w tej kwestii w imię podobnych celów pastoralnych. Więcej na ten temat – już wkrótce, gdy będziemy publikowali materiały z lubelskiego seminarium.

A najpiękniejszym owocem sympozjum dla kleryków wydaje mi się deklaracja jednego z uczestników. Pozostając pod wrażeniem działań na rzecz uchodźców prowadzonych przez Jezuickie Centrum Społeczne „W Akcji”, zadeklarował, że chciałby kiedyś w swojej parafii powołać podobny ośrodek…