Po raz pierwszy od dawna Waszyngton poparła Ankara. Trumpa jednogłośnie wsparły państwa NATO i Unii Europejskiej, Japonia i Izrael.

W czwartek, 6 kwietnia, 59 pocisków Tomahawk wystrzelonych z amerykańskich lotniskowców stacjonujących na Morzu Śródziemnym spadło na syryjską bazę lotniczą Szajrat. To stąd dwa dni wcześniej dokonano ataku z użyciem broni chemicznej na opanowane przez przeciwników reżimu Baszszara al-Asada miasteczko Chan Szajchun w prowincji Idlib.

W Waszyngtonie była 20.42. W Mar-a-Lago, rezydencji Donalda Trumpa na Florydzie, gospodarz podejmował właśnie kolacją chińskiego prezydenta Xi Jinpinga.

Trzy lata wcześniej, w 2013 roku, projekt militarnej odpowiedzi Waszyngtonu na użycie przez syryjskie władze sarinu przeciwko ludności cywilnej był przez Trumpa ostro krytykowany. Obecny prezydent oskarżał wówczas Baracka Obamę o chęć zaangażowania się w nową wojnę wbrew amerykańskim interesom. Za przeprowadzeniem prewencyjnego ataku na siły Asada głośno lobbował generał James Mattis, obecny sekretarz obrony. Ostatecznie Obama zrezygnował z militarnej reakcji, przekazując odpowiedzialność za likwidację syryjskiego potencjału chemicznego w ręce Moskwy. Bliskowschodni sojusznicy USA, przede wszystkim Izrael, nie kryli wówczas rozczarowania, odczytując tę decyzję nie tylko jako wyraz słabości amerykańskiej administracji, lecz przede wszystkim – także w kontekście porozumienia z Iranem – jako sygnał o wycofaniu się Ameryki z regionu.

Dlaczego więc właśnie teraz Donald Trump, jeszcze nie tak dawno demonstrujący niechęć do angażowania Ameryki w międzynarodowe konflikty, zdecydował się na zbrojną interwencję w Syrii? Atak na bazę, w której przecież oprócz lotników syryjskich, stacjonują także rosyjscy? Czy rzeczywiście tak bardzo przejął się losem zatrutych sarinem syryjskich dzieci, o których ze łzami w oczach mówił na konferencji prasowej? W 2013 roku się nie przejął.

Może więc powodem była chęć ucieczki do przodu wobec oskarżeń o nadmierną zażyłość z Kremlem? Oskarżenia te dotykają jego samego i wielu prominentnych przedstawicieli nowej administracji. Chodziło o zademonstrowanie – własnym obywatelom i światowej opinii publicznej – że Trump jest nie tylko sprytnym biznesmenem, lecz także politykiem? Zdecydowanym obrońcą wartości wolnego świata? Jakie znaczenie dla podjęcia takiej decyzji miała obecność w Mar-a-Lago chińskiego prezydenta?

Termin ataku na Szajrat na pewno nie był przypadkowy

W kampanii prezydenckiej Trumpa Chiny występowały w roli „złego”. Już nie rywala, lecz przeciwnika Ameryki. Pekin oskarżano o celowe zaniżanie kursu juana i dumping w obrotach handlowych z Ameryką. O wspieranie nuklearnego programu Pjongjangu, agresywną politykę na Morzu Południowochińskim i forsowanie polityki „jednych Chin”, zagrażającej niepodległości Tajwanu. Stosunki obu mocarstw stawały się coraz bardziej napięte. W marcu sekretarz stanu Rex Tillerson poleciał do Pekinu z zadaniem rozpoczęcia dialogu politycznego i uzgodnienia terminu spotkania obu prezydentów. Zdaniem wielu komentatorów wtorkowy atak na Chan Szajchun został wykorzystany przez administrację Trumpa przede wszystkim do wysłania wyraźnego sygnału Pekinowi. Zmuszenia go do przejęcia odpowiedzialności za agresywną politykę Korei Północnej i skłonienia do ustępstw w polityce gospodarczej. Termin ataku na Szajrat na pewno nie był przypadkowy.

Czy ten, niezbyt subtelny, szantaż przyniósł oczekiwane efekty? Oficjalna reakcja Pekinu, wzywająca do nieeskalowania konfliktu (zdaniem niektórych skierowana przede wszystkim do Kremla) zdaje się świadczyć, że częściowo tak. Uczestnicy szczytu zapewniają, że między prezydentami jest „dobra chemia”, uzgodnili studniowy plan naprawy stosunków gospodarczych, a Trump przyjął zaproszenie do Pekinu. O jakimkolwiek porozumieniu w kwestii Pjongjangu nie słychać nic.

Amerykański atak na Szajrat (mimo wcześniejszego poinformowania Kremla o jego przeprowadzeniu) wywołał ostrą reakcję Moskwy. Premier Miedwiediew mówił nawet o „krawędzi globalnego konfliktu”. Prezydent Putin o niedopuszczalnym łamaniu prawa międzynarodowego. W kontekście aneksji Krymu i inwazji na wschodnią Ukrainę brzmi to mało przekonująco. Odpowiedź Rosji niewątpliwie nastąpi. Raczej nie na Bliskim Wschodzie. NATO, postrzegane przez Moskwę jako instrument amerykańskiej polityki imperialnej, stanie się zapewne obiektem rosyjskich prowokacji na wschodniej flance, w przestrzeni powietrznej, na Bałtyku i Morzu Czarnym. W piątek wieczorem na morze Śródziemne wypłynęła rosyjska fregata „Admirał Grigoriewicz” wyposażona w pociski balistyczne.

Rosyjskie możliwości odpowiedzi wydają się jednak ograniczone. W potępieniu amerykańskiego ataku Moskwę wsparł jedynie Iran. Po raz pierwszy od dawna Waszyngton poparła Ankara, ostatnio coraz bliższa Rosji. „Admirał Grigoriewicz” brał właśnie udział we wspólnych rosyjsko-tureckich ćwiczeniach na Morzu Czarnym.

Decyzję Trumpa jednogłośnie wsparły państwa członkowskie NATO i Unii Europejskiej, Japonia i Izrael. Czyżby Donald Trump naprawdę stawał się przywódcą wolnego świata? Na jak długo?

11 kwietnia wizytę w Moskwie rozpocznie amerykański sekretarz stanu, do niedawna „przyjaciel Putina”, Rex Tillerson. Ciąg dalszy nastąpi.