Wystawa stała Muzeum II Wojny Światowej przekazuje jedną główną myśl: wojna jest zła. Każda, bez wyjątku. Brzmi jak banał?

Wystawę stałą Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku zwiedzałem dokładnie w czasie, gdy Naczelny Sąd Administracyjny odrzucił wniosek Muzeum o wstrzymanie jego połączenia z fikcyjnym Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 r. Ten zbieg okoliczności jeszcze wzmocnił ciarki, których nabawiła mnie ekspozycja Muzeum. Przyszłość placówki zdana jest teraz na łaskę polityków partii rządzącej i nowego dyrektora, który specjalizuje się w tematyce historii późnego PRL, chętnie pisze też o… sporcie.

Paweł Machcewicz wraz ze swoją ekipą spełnili powierzone zadanie wzorowo

Było mi zatem dane zobaczyć Muzeum jeszcze w postaci przygotowanej przez jego twórców, znawców II wojny światowej, którym udało się doprowadzić do otwarcia placówki mimo nacisków i niechęci ze strony obecnego wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego. Placówkę do życia powołał premier Donald Tusk w 2008 roku, jej celem było „opowiedzenie historii wojny jako największego kataklizmu XX wieku” (cytat za stroną internetową Muzeum). Po zobaczeniu ekspozycji mogę bez cienia wątpliwości stwierdzić, że dyrektor instytucji prof. dr hab. Paweł Machcewicz wraz ze swoją ekipą spełnili powierzone zadanie wzorowo.

Betty i James Brass, Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku

Sukienka ślubna Betty Brass oraz zdjęcie ślubne Betty i Jamesa Brassów z wystawy stałej Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Wystawa stała gdańskiego muzeum położona jest w całości pod ziemią. Odchodzące od głównej alejki kolejne części ekspozycji prowadzą zwiedzających w głąb budynku, w często ciemne, dalekie zakamarki tylko po to, by sprytnie pokierować ich z powrotem na główną alejkę. Ta daje z kolei możliwość odpoczynku, pozwala usiąść, ale jednocześnie sama prezentuje kolejne eksponaty, najczęściej dotyczące życia codziennego podczas II wojny światowej. I tak dowiemy się z niej, w jaki sposób rolnicy z polskiej wsi ubijali świnie i ukrywali mięso przed konfiskatą ze strony niemieckich żołnierzy, zobaczymy rower, którym Francuzi przemycali przez granicę żywność, a także ujrzymy przepiękną suknię ślubną, uszytą z japońskiego spadochronu. James Brass, amerykański żołnierz stacjonujący w Japonii, świadomy deficytu jedwabiu na rynku, podarował swojej narzeczonej rzeczony spadochron, z którego krawcowa uszyła suknię ślubną za jedynie 17 dolarów. Para pobrała się w styczniu 1948 r., a 23 lata później – podczas własnego ślubu – suknię założyła ich synowa.

Ekspozycja Muzeum podzielona jest na trzy części, które nadają narracji bardzo szeroki kontekst, wskazują jednocześnie na przyczyny wojny, jej przebieg oraz długotrwałe skutki. De facto Muzeum II Wojny Światowej jest Muzeum XX Wieku, bo jego narracja zaczyna się w 1918 roku, a kończy w roku 1991. Wielu historyków właśnie w takich ramach zamyka wiek XX, który rozpoczął się wraz z końcem I wojny światowej – będącej jakoby konsekwencją XIX-wiecznych przemian politycznych, gospodarczych i społecznych – a skończył rozpadem ZSRR.

W takim ujęciu II wojna światowa jest centralnym punktem odniesienia dla całego dwudziestego stulecia, a jej efekty rzutowały na historię świata wiele lat po zakończeniu walk. Trudno się z taką perspektywą nie zgodzić, nadaje ona właściwy kontekst całej historii i jest ostrzeżeniem przed próbami przełożenia pewnych zachowań i postaw zbiorowych z tamtych lat na czasy dzisiejsze (np. antyniemieckość w latach 40. ma zupełnie inny wymiar niż w czasach Unii Europejskiej).

Narracja gdańskiego muzeum bardzo zręcznie potrafi przechodzić od ogółu do szczegółu, tj. przedstawiać faktograficzny bieg wydarzeń, by następnie zaprezentować polifoniczne historie i twarze konkretnych osób, ofiar wojennego szaleństwa. Trudno zapomnieć twarz warszawskiej 10-latki, sfotografowanej przez Juliena Bryana, płaczącej nad zwłokami zabitej podczas kopania ziemniaków siostry. Jak ogarnąć 6 milionów ofiar Holokaustu? To niemożliwe, musielibyśmy dopisać każdej z nich dalszy scenariusz życia. Ilu byłoby wśród nich noblistów, reżyserów filmowych, miłośników tanga, murarzy? Tych kilkaset zdjęć, które mijamy w jednym z pomieszczeń, to tylko namiastka wszystkich ofiar Zagłady, a robi potężne wrażenie. A co z twarzą Elżbiety Zahorskiej, z twarzami dzieci błagających o jedzenie, z twarzami ofiar Katynia?

Gdybym miał nadać Muzeum II Wojny Światowej jakąś nazwę jedynie na podstawie tego, co zostaje w głowie po jego zwiedzeniu, to nazwałbym je Muzeum Twarzy. To Twarze, które są apelem: nie róbcie tego nigdy więcej! Nie skazujcie kolejnych pokoleń na takie katusze.

Poza tym w pamięć szczególnie zapadły mi trzy fragmenty ekspozycji. Pierwszy pokazywał gehennę radzieckich oficerów w niemieckich obozach jenieckich. Dziesiątki tysięcy ludzi usadzano w pustym polu za drutem i… po prostu ich tak zostawiano.

Drugi dotyczył zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. Przechodząc przez kolejne sale z przyciemnionym światłem, nagle trafiamy do bardzo jasnej, intensywnie oświetlonej, białej przestrzeni. Zdjęcia miasta są niewyraźne, wyglądają jak poparzone ciało. Eksponaty pokazują stopioną w wyniku wybuchu porcelanę.

Trzecim elementem ekspozycji, który zapamiętałem, jest klamra, która spina całość. Na początku wystawy możemy przejść się reprezentacyjną uliczką polskiego miasta (zabieg znany z Muzeum Historii Żydów Polskich). Koniec wystawy zabiera nas w podobną przestrzeń, ale już po wojnie. Nic nie zostało z pięknych witryn, kin i eleganckiej konfekcji, działania wojenne na świecie przyniosły 50 milionów ofiar. Został gruz, trauma, upokorzenie i niepewna przyszłość.

Wystawa stała Muzeum II Wojny Światowej przekazuje jedną główną myśl: wojna jest zła. Każda, bez wyjątku. Brzmi jak banał? Gdyby tak rzeczywiście było i gdybyśmy, jako społeczeństwa podobno rozwinięte, faktycznie zinternalizowali to przekonanie – to być może nie doszłoby do wojen w Afganistanie, na Bałkanach, w Iraku, na Ukrainie, w Syrii, w Republice Środkowoafrykańskiej i wielu innych krajach świata.

Jest jeszcze jedna przestroga, którą niesie gdańskie muzeum. Ta jest szczególnie aktualna. Wiele osób w przededniu, jak i w trakcie, drugiej wojny światowej głęboko wierzyło we wzniosłe idee postępu i lepszej przyszłości dla ludzkości, jakie niosły narodowe i kosmopolityczne ideologie XX wieku. Wielu ludzi doświadczyło przedsmaku tej lepszej przyszłości, niemal dla wszystkich jednak te mrzonki zakończyły się apokaliptyczną katastrofą. Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku jest ostrzeżeniem, że bez solidarności z innymi, bez odpowiedzialności za los każdego człowieka wołającego o pomoc, niezależnie od koloru skóry, kraju pochodzenia i przekonań, nasze wzniosłe idee mogą przynieść zniszczenie i zagładę. Obawiam się, że właśnie tej przestrogi nie chcą przyjąć do wiadomości politycy, którzy zdecydowali o odwołaniu twórców tego poruszającego muzeum.