Państwowe wsparcie może okazać się dziś dla wiary i ewangelizacji wręcz pocałunkiem śmierci.

W ostatnim czasie wyraźnie wzrasta w naszym parlamencie poziom zaangażowania religijnego posłów i senatorów. Wymownym tego świadectwem są projekty: uchwały w sprawie uczczenia setnej rocznicy objawień fatimskich oraz ustawy o ustanowieniu dnia 14 kwietnia państwowym „Świętem Chrztu Polski”. Pojawiła się także propozycja, by 16 października uznać za „narodowe święto ku czci świętego Jana Pawła II”.

Ta inflacja religijnych dezyderatów (podlewanych obficie „narodowym” sosem) w gmachu przy Wiejskiej budzi kontrowersje. Są tacy, którzy widzą w tym zamach na podstawową zasadę liberalnej demokracji, jaką jest rozdział Kościoła i państwa. Inicjatorzy przyjęcia przytoczonych projektów zdają się tym nie przejmować. W końcu, jak tłumaczą, katolicyzm jest niezbywalnym składnikiem polskości, a to, co „narodowe”, w znacznym stopniu jest i „katolickie”.

Pewien kłopot jednak tkwi w tym, jak owi politycy zdają się pojmować swoją katolicką wiarę. W uzasadnieniu uczczenia setnej rocznicy można bowiem przeczytać, że „w swoim orędziu Matka Boża przewidziała największe wydarzenia XX wieku, a jego przesłanie jest nadal aktualne”. Wedle autorów projektu uchwały Bogurodzica przypomniała też „ewangeliczną prawdę, że ludziom do szczęścia, tak naprawdę, potrzebny jest tylko Wszechmocny Bóg, który stworzył nas dla siebie i pragnie podzielić się z nami pełnią szczęścia”.

Religijna gorliwość parlamentarzystów mogłaby iść w parze z nieco większą teologiczną starannością

Szanuję żarliwą wiarę naszych katolickich parlamentarzystów, ale wolałbym, gdyby ich religijna gorliwość szła w parze z nieco większą teologiczną starannością. Dość kolokwialne, przyznajmy, twierdzenie, że „ludziom do szczęścia, tak naprawdę, potrzebny jest tylko Wszechmocny Bóg”, trudno jednak uznać za „ewangeliczną prawdę” sensu stricto. Pomijając już fakt, że sam Chrystus nazwał siebie Prawdą (por. J 14,6), raczej niezręcznie jest w chrześcijaństwie redukować Boga do ludzkiej potrzeby szczęścia. Nie na odwołaniu do tej potrzeby opiera się też sens fatimskiego orędzia. Zostało ono uznane przez Kościół za autentyczne, ponieważ przypominało o zbawieniu, odkupieniu i przebaczeniu, które Bóg ofiarował ludziom w darze przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna. Bez tych teologicznych fundamentów twierdzenie, że Stwórca „pragnie się podzielić z nami pełnią szczęścia”, brzmi nieco banalnie, a nawet nieprzystojnie.

Inna rzecz, czy chrześcijańskie prawdy wiary powinny być przedmiotem parlamentarnych uchwał. Owe prawdy nie potrzebują przecież rękojmi żadnej ziemskiej władzy. Tak wierzyli chrześcijanie od początku istnienia Kościoła. Czy zatem oficjalnego państwowego poręczenia potrzebują objawienia fatimskie? Czy oddająca im cześć parlamentarna uchwała przyda więcej chwały samemu Bogu i Matce Boskiej? Wolno mieć w tym względzie wątpliwości – i to teologicznej natury.

Kościół uznał objawienia fatimskie za autentyczne. Nie znaczy to jednak, że katolicy są zobowiązani do wiary w nie i stosowania się do poleceń Maryi, jakie słyszeli wizjonerzy. Podejrzewam, że dla (niektórych przynajmniej) osób, które popierają projekt wspomnianej wyżej parlamentarnej uchwały, takie twierdzenie może wydać się bluźnierstwem. Jednak wedle nauczania Kościoła w przypadku objawień fatimskich (i wszystkich innych uznanych za autentyczne) do wykonywania próśb Matki Boskiej bezwzględnie zobowiązani byli tylko ci, którzy bezpośrednio objawień doświadczyli.

W kontekście tego nauczania słowa z projektu sejmowej uchwały, że „rzadko które wydarzenie religijne odegrało tak ważną rolę w dziejach Kościoła, a nawet całego świata, jak objawienia fatimskie”, wydają się niezbyt teologicznie uzasadnione. Katolicy bowiem zobowiązani są (tylko i aż tylko) do wiary w Objawienie (którego główną treścią dla chrześcijan jest zbawienie dokonane przez Jezusa Chrystusa), a nie do przyjmowania, że objawienia prywatne nadają jakiś wyjątkowy (w domyśle: uzupełniający odkupieńczą misję Zbawiciela) sens dziejom Kościoła czy świata. Cóż, nasi gorliwi religijnie posłowie zdają się o tym nie bardzo pamiętać.

Twórcy projektu uchwały zapomnieli też o czymś innym. Napisali bowiem w tekście, co następuje: „Mając również na względzie obecną sytuację geopolityczną Polski, przesłanie fatimskie nabiera dla naszej Ojczyzny szczególnego znaczenia”. Na zebraniu sejmowej komisji kultury, gdzie projekt  przedstawiano, niektórzy parlamentarzyści argumentowali, że objawienia fatimskie miały wielki wpływ na polską historię. Przywoływano zamach na św. Jana Pawła II, który miał miejsce 13 maja 1981 r., w rocznicę pierwszego ukazania się Matki Boskiej pastuszkom, oraz zamordowanego w Nowej Hucie przez esbeka 13 października 1982 r. Bogdana Włosika (miał zostać zastrzelony podczas antykomunistycznej demonstracji niedługo po tym, jak wyszedł z kościoła z nabożeństwa fatimskiego – tę popularną opowieść kwestionuje jednak część historyków). Ostatnio pojawiają się nawet głosy, jakoby w Fatimie została przepowiedziana katastrofa smoleńska.

Warto zatem przypomnieć,  że w relacjach spisanych przez fatimską wizjonerkę siostrę Łucję słowo „Polska” nie pada ani razu. Bardzo dużo można znaleźć w nich za to na temat Rosji. Być może w powiązaniu z „obecną geopolityczną sytuacją Polski” istotnie tym okołorosyjskim wzmiankom w objawieniach fatimskich wolno przydawać jakieś znaczenie. Mimo wszystko bardziej jest to, jak sądzę, zadanie dla kaznodziejów niż dla polityków. A i kaznodzieje powinni raczej zachować w tym przypadku daleko posuniętą ostrożność interpretacyjną, by z gorliwego rozpędu nie starali się wyręczać w zadaniach Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz innych instytucji politycznych odpowiedzialnych w Polsce za międzypaństwowe stosunki z Federacją Rosyjską.

Bez wątpienia w parlamentarnych zabiegach o powiązanie objawień fatimskich z polską historią ujawnia się wyraźnie skłonność do ścisłego wiązania katolickiej wiary z naszą narodową świadomością. Skłonność owa wyraźnie też uwidacznia się w projektach nowych świąt państwowych, mających upamiętniać chrzest Polski oraz postać św. Jana Pawła II. Związek polskości z katolicyzmem w tysiącletnich dziejach kraju jest z pewnością bezsporny. Czy jednak aby na pewno potrzebuje on dziś wciąż dodatkowych wsporników w postaci parlamentarnych uchwał czy ustaw, w których głębokie teologiczne treści zmieniają się w pompatyczne i banalne formuły?

Wolno bowiem wątpić, czy państwowe Święto Chrztu Polski skłoni wielką liczbę polskich katolików do zastanowienia się np. nad słowami św. Pawła, że chrzest oznacza zanurzenie się w śmierć Jezusa Chrystusa (por. Rz 6,3). Raczej będzie to okazja do tromtadrackich obchodów „najściślejszych i niezbywalnych” (jak grzmiał ongiś Dmowski) związków katolicyzmu z Polską. Można podobnie przypuszczać, że państwowe wspominki „polskiego papieża” nie zaowocują np. pogłębioną refleksją nad jego dziełami, lecz staną się raczej okazją do rytualnego leczenia narodowych kompleksów sławą „największego z rodu Polaków”. Nie warto zresztą nad tym bez końca utyskiwać. Trzeba po prostu uświadomić sobie, że duchowa misja Kościoła z istoty przekracza wszelkie umizgi państwa względem niego.

Dawno są już za nami czasy Mieszka I. Dziś państwowe wsparcie może okazać się dla wiary i ewangelizacji wręcz pocałunkiem śmierci. Bo – jak niejednokrotnie już pokazała historia – państwo ma tendencję nie tylko do spłycania, ale i wypaczania najważniejszych prawd teologicznych.