„Prawdziwa wojna” Jonathana Schella to „ogół”, „Depesze” Michaela Herra to „szczegół”. Obaj pojechali na wojnę, próbując ją zrozumieć. Czy im się to udało?

Zawsze się świetnie w Polsce sprzedawały filmy o wojnie wietnamskiej. „Czas apokalipsy” i „Łowca jeleni”, „Pluton” i „Full Metal Jacket”. Z książkami było gorzej. Najlepszy dowód – dopiero teraz możemy kupić na polskim rynku dwa absolutnie klasyczne tytuły „Depesze” Michaela Herra i „Prawdziwą wojnę” Jonathana Schella.

Zacznijmy od podobieństw. Jonathan Schell i Michael Herr byli korespondentami wojennymi. Do Wietnamu udali się jako młodzi ludzie. Schell miał zaledwie dwadzieścia cztery lata. Herr był niewiele starszy – dwadzieścia siedem. To odbiło się na „Prawdziwej wojnie”. Jest napisana bardzo oszczędnie. Językiem ostrożnym, spokojnym, wyważonym i niesamowicie poprawnym. Jakby autor robił wszystko, by przede wszystkim nie popełnić błędu.

Paradoksalnie, ta ostrożność wzmocniła obrazy przedstawione w książce. Scena, w której amerykańscy żołnierze właściwie bez powodu zabijają jadącego rowerem Wietnamczyka jest opisana tak bezosobowo i spokojnie, że budzi prawdziwą grozę.

Michael Herr, „Depesze”

Michael Herr, „Depesze”, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016, tłum. Krzysztof Majer

Herr zaatakował temat z zupełnie innej strony. Jego książka wpisuje się w styl „gonzo”, czyli reportaż napisany bardzo subiektywnie. Taki, w którym także dziennikarz jest bohaterem, często najważniejszym. Pod względem formalnym i stylistycznym jest to więc dzieło dużo odważniejsze (wypada w tym momencie wspomnieć o niesamowitym tłumaczeniu Krzysztofa Mejera).

Herr „Depesze” wydał w 1977 roku, osiem lat po powrocie z Wietnamu. Był dojrzałym mężczyzną. Jego książka jest zatem dużo bardziej przemyślana, przepracowana, świadoma tego, czym ma się stać i jakie sprawić wrażenie. A jest ono piorunujące. Opisy Schella są suche, sterylne. Te u Herra odwrtonie – mięsiste, opływające w szczegóły, gęste i mocne. Niesamowicie sensualne, często oszałamiające.

Schell jest przezroczysty jak obojętne oko kamery. Herr przypomina raz za razem, że tam był – opowiada o wybuchających pociskach artyleryjskich, o zapachu trawy, o krwi, śmierci, nudzie i grozie. Później pomagał zresztą oddać te przeżycia na ekranie. Współpracował przy pisaniu scenariuszy do „Czasu Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli oraz „Full Metal Jacket” Stanley’a Kubricka – dwóch filmowych arcydzieł. 

Jonathan Schell, „Prawdziwa wojna”

Jonathan Schell, „Prawdziwa wojna”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, tłum. Rafał Lisowski

Książka Schella to zbiór trzech tekstów. Pierwszy – „Prawdziwa wojna” to publicystyczny opis wojny w Wietnamie i próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego Amerykanie ją przegrali. „Wioska Ben Suc” to reportaż na temat operacji Cedar Falls, jednej z największych podczas konfliktu. Wreszcie „Wojskowa połowa” opowiada o działaniach Stanów Zjednoczonych w prowincji Quang Ngai.

„Depesze” Herra to natomiast bardzo osobista opowieść. Skupiająca się na przeżyciach grupy korespondentów wojennych. Autor skacze od jednego wydarzenia do drugiego, miesza w chronologii, często podąża za dygresjami, zmienia wątki. Brak tutaj szerszego obrazu konfliktu, próby zrozumienia logiki dziejów. Jest ciąg małych historii. Intymnych wyznań poszczególnych żołnierzy.

Obaj sporo miejsca poświęcili językowi wojny. Temu, w jaki sposób Amerykanie próbowali o niej sami sobie opowiedzieć i dlaczego ponieśli przy tym porażkę. Jedna z medioznawczych teorii twierdzi, że Stany Zjednoczone przegrały w Wietnamie z powodu negatywnych artykułów prasowych. Amerykanie mieli wygrywać kolejne starcia, ale nie potrafili odpowiednio tego przedstawić dziennikarzom. W rezultacie wyborcy otrzymali wypaczony obraz konfliktu. Jest to kusząca wizja zwłaszcza dla dziennikarzy. Łechce ich ego, bo oto media miały zdecydować o klęsce supermocarstwa. Schell się rozprawia z tą teorią, słusznie wskazując na to, że Amerykanie odnosili kolejne taktyczne zwycięstwa, ale strategicznie przegrywali właściwie od początku (pyszna jest przytaczana anegdota, w której po wojnie spotykają się dwaj oficerowie, wietnamski i amerykański. – Nigdy nie wygraliście z nami żadnej bitwy – mówi Amerykanin. Wietnamczyk zastanawia się długo nad tym, co usłyszał o potem odpowiada – Być może. Ale teraz to i tak nie ma znaczenia).

Faktem jest, że Amerykanie mieli problem, by samemu sobie szczerze opowiedzieć, o tym co się działo. „…żargon tej wojny był tak subtelny, że prawdziwego znaczenia czasem nie dało się nawet domyślić” – pisze w pewnym momencie Herr. Wtóruje mu Schell, pokazując przykład za przykładem, jak oficjalny język wojskowości i propagandy nie przystawał do tego, z czym stykali się żołnierze: „Kolejny problem polegał na tym, że terminy używane w »Raportach oceny zniszczeń bombowych« często nie odpowiadały temu, co piloci FAC widzieli na ziemi. (…) Ponadto ponieważ nieprzyjaciel prowadził przede wszystkim wojnę partyzancką i nie budował żadnych »struktur wojskowych«, piloci FAC używali tego terminu w stosunku do każdego budynku, który akurat zbombardowały samoloty”.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że obie książki się uzupełniają

Żołnierze, nie mając właściwych narzędzi, na własną rękę próbowali odróżniać cywilów od partyzantów. A ich metody przypominały gusła szeptuch z Podlasia. O tym, czy ktoś jest wrogiem czy przyjacielem, decydował sposób chodzenia. Nerwowość przy spotkaniu z amerykańskim patrolem. Nawet miejsce zbudowania domu. Efektem były zdarzenia, które trudno nazwać inaczej niż zbrodniami wojennymi. Te zaś z roku na rok powszedniały, tym bardziej, im bardziej oficjalny dyskurs różnił się od realiów. Deklarowane cele wojny – budowanie demokratycznego, suwerennego państwa Wietnamu Południowego, te, którymi amerykańskie władze usprawiedliwiały udział w konflikcie, całkowicie rozjechały się z uczuciami żołnierzy. – „Oczywiście słyszało się jakieś głodne kawałki: walka o »serca i umysły« Wietnamczyków, teoria domina, Lud Republiki, spokój w Hujongu dopiero po ograniczeniu ekspansji w Cipangu; ale można też było usłyszeć inne rzeczy, jakiś młodziak mówił na przykład w całej swojej krwiożerczej naiwności: – Człowieku, to jest wszystko jakaś ściema. Jesteśmy tu po to, żeby rozwalać żółtków. Koniec, kropka” – konkluduje Herr.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że obie książki się uzupełniają. Schell to „ogół”, Herr to „szczegół”. Obaj pojechali na wojnę, próbując ją zrozumieć. Czy im się to udało? Na podstawie własnych przeżyć napisali książki krańcowo różne. Obie są wstrząsające. I obie stały się już klasykami reportażu. Dobrze, że wreszcie ukazały się po polsku.