Czy Deklaracja Rzymska pozostanie tylko ładnie brzmiącą inwokacją? Czy też stanie się impulsem na rzecz odnowy trzeszczącej i rwącej się konstrukcji Unii?

Deklaracja Rzymska jest bez wątpienia pozytywnym gestem politycznym. Czy, jak twierdzi premier Beata Szydło, „jest pierwszym krokiem do tego, aby odnowić jedność UE”, pokaże skomplikowana i wielowektorowa dynamika wydarzeń w najbliższych miesiącach i latach. Z ogłaszaniem wielkiego sukcesu Polski i krajów Grupy Wyszehradzkiej – których postulaty znalazły częściowe odzwierciedlenie w tekście dokumentu – warto jeszcze poczekać.

„Zjednoczyliśmy się w imię zmiany na lepsze. Europa to nasza wspólna przyszłość” – brzmi ostatnie zdanie Deklaracji przyjętej podczas weekendowego, rocznicowego szczytu Unii Europejskiej. Po ciężkim 2016 roku, który pamiętany będzie jako czas najpoważniejszego pęknięcia w jedności europejskiej od chwili podpisania Traktatów rzymskich w  1958 roku, tekst sygnowany przez szefów rządów 27 krajów członkowskich stanowi optymistyczny sygnał dla milionów Europejczyków. Pomimo trudnych doświadczeń i obaw przed niepewną przyszłością Europa nie odstępuje od wiary, że tylko zjednoczona i solidarna może być znaczącym graczem na arenie globalnej.

Czyny obok deklaracji

Sama jednak wiara – chociażby najbardziej żarliwa i twarda – opiera się nie tylko na deklaracjach i aktach strzelistych, le przede wszystkim na praktycznej, codziennej weryfikacji poprzez uczynki.

Czy zatem Deklaracja Rzymska pozostanie ładnie brzmiącą inwokacją, jak działo się to już z wieloma tekstami i dokumentami przyjmowanymi na unijnych szczytach (chociażby dzisiaj zupełnie zapomnianą „Strategią Lizbońską”, postulującą stworzenie z UE najbardziej nowoczesnej i konkurencyjnej gospodarki świata do 2020 roku), czy też stanie się impulsem na rzecz odnowy trzeszczącej i rwącej się konstrukcji Europy? Zależy to od zgodnej woli politycznej unijnych liderów. Tych z Berlina i Paryża, ale też tych z Warszawy, Pragi i Bratysławy, Madrytu, Aten oraz Rzymu.

Pierwszą, poważną weryfikacją, jaka czeka UE w tym roku – i sprawia, że na razie postulaty Deklaracji istnieją w pewnym zawieszeniu – będą wybory we Francji i w Niemczech. Drugą, mającą już znaczenie przede wszystkim dla Polski – dalszy los relacji pomiędzy Warszawą a instytucjami europejskimi. Relacje te nadszarpnięte są ostatnio przez posunięcia dyplomatyczne rządu w polityce europejskiej i wciąż trwającą procedurę ochrony praworządności ze strony Komisji Europejskiej.

Przełomowe propozycje?

Tekst Deklaracji trafnie diagnozuje największe problemy UE: konflikty regionalne, terroryzm, rosnącą presję migracyjną, protekcjonizm i wciąż utrzymujące się nierówności społeczno-ekonomiczne.

Czy jednak polski rząd proponował przed szczytem w Rzymie szczególnie przełomowe i trafne koncepcje rozwiązania tych problemów? Czy umieszczał je w szerokim kontekście ogólnoeuropejskiej dyskusji na temat scenariuszy dalszego rozwoju Unii, przedstawionych chociażby na początku marca br. przez szefa Komisji Europejskiej, Jean-Claude’a Junckera? Wydaje się, że postulaty Warszawy oraz Grupy Wyszehradzkiej były dość ogólnikowe i, co ciekawe, po części wybrzmiewały już od dawna w debacie publicznej na Starym Kontynencie.

To nie koniec, ale dopiero początek ważnej dyskusji, w której muszą brać udział wszyscy członkowie Unii

Pierwszą z tych propozycji było wzmocnienie roli parlamentów narodowych krajów członkowskich. Dzisiaj mało kto już pamięta, że postulat taki padł już na wysokim szczeblu europejskim w ubiegłym roku podczas wystąpienia Donalda Tuska na jubileuszowej konferencji z okazji 40. rocznicy powstania Europejskiej Partii Ludowej (EPP). Dodatkowo Tusk połączył go z ideą zwiększenia podmiotowości krajów UE wobec Komisji Europejskiej. Postulaty te znalazły częściowe odzwierciedlenie w przynajmniej trzech scenariuszach zaprezentowanych przez przewodniczącego KE: zmniejszenia liczby wspólnych przedsięwzięć unijnych na rzecz ich jakości, ograniczenia się tylko do utrzymania jednolitego rynku oraz istnienia przynajmniej dwóch prędkości integracji (co przecież nie wyklucza wzmocnienia roli parlamentów narodowych). W Deklaracji kwestia ta wybrzmiała subtelnie: jako obietnica „współpracy z parlamentami” w kwestii dalszych reform oraz skutecznych działań na różnych poziomach (wspólnotowym, regionalnym, narodowym i lokalnym).

Kolejny postulat to wzmocnienie więzów transatlantyckich Unii. Istotnie, po zwycięstwie wyborczym Trumpa taka deklaracja ma swoje znaczenie i jest działaniem w dobrym kierunku. Akcentując, że jest to wspólny postulat krajów V4, rząd nie wziął jednak pod uwagę delikatnej, choć powszechnie znanej obserwatorom sytuacji politycznej w Europie. Spora bowiem część krajów UE – i to bynajmniej nie tylko tych, którzy w ogóle nie wchodzą do NATO (Szwecja, Finlandia, Austria, Irlandia), ale również członków tej organizacji: Grecja, Bułgaria, Słowacja lub Słowenia – zachowuje z różnych przyczyn (najczęściej: niechętnych Paktowi nastrojów społecznych) sceptycyzm co do zwiększania obecności NATO na Starym Kontynencie.

Patrząc na nasze najbliższe podwórko, dystans ten widać na Słowacji, gdzie premier Robert Fico od wielu lat wyraża w mniej lub bardziej zawoalowanej formie niechęć wobec budowy w regionie elementów tarczy antyrakietowej czy wzmacniania wschodniej flanki Paktu. Czesi i Węgrzy również nie wydawali się w ostatnich latach wielkimi orędownikami takich działań, najczęściej ograniczając się do komunikatów, że rozumieją w tej kwestii stanowisko Polski lub krajów bałtyckich. Czytając Deklarację, również ma się wrażenie, że kwestia współpracy z NATO wcale nie została tam postawiona na ostrzu noża, a Europa będzie „zwiększać swoje wspólne bezpieczeństwo i wzmacniać obronność również [ważne podkreślenie – przyp. Ł.K.] we współpracy i na zasadzie komplementarności z NATO z uwzględnieniem uwarunkowań krajowych” (to kolejny ważny niuans).

Pora na mądre i krytyczne inicjatywy

Dwa ostatnie postulaty, które przed wyjazdem premier Szydło do Rzymu polski rząd stawiał jako „warunek” podpisania Deklaracji, dotyczą niezgody na budowanie Europy dwóch prędkości oraz obrony jednolitego rynku unijnego. One również wydają się mieć znaczenie jedynie deklaratywne i nie znalazły tak mocnego odbicia w tekście przyjętego w weekend dokumentu. Rząd nie wziął w nich pod uwagę wszystkich okoliczności polityki regionalnej: Słowacy poprzez uczestnictwo w strefie euro siłą rzeczy ciążą ku Berlinowi i Paryżowi, a Węgry i Czechy – pomimo pozostawania przy własnej walucie – opierają swoje gospodarki na eksporcie do Niemiec, będących też głównym inwestorem zagranicznym nad Dunajem i Wełtawą. W Deklaracji wspomina się nadal o „pracach na rzecz budowy unii gospodarczej i walutowej”, co bynajmniej nie stanowi zapowiedzi odejścia od pogłębiania dalszej integracji strefy euro.

Zachowania jednolitego rynku unijnego nikt poważny w UE nie kwestionuje, choć dobrze byłoby, aby jego wspieranie nie ograniczało się do haseł, lecz przede wszystkim wiązało się z konsekwentną polityką na rzecz utrzymania na kontynencie modelu społecznej gospodarki rynkowej i systemu wyrównującego nierówności socjalne. Polskiej partii rządzącej, prezentującej „500+” jako swój sztandarowy program, powinno szczególnie zależeć na postulowanej przez Deklarację „Europie socjalnej”. Niestety, działania rządu na arenie europejskiej w tej sprawie są praktycznie niewidoczne: warto wspomnieć chociażby ubiegłoroczne głosowanie nad niewiążącą rezolucją Parlamentu Europejskiego w sprawie tzw. dumpingu socjalnego pracowników, które przegłosowano dzięki wsparciu chadeków i socjalistów, ale nie grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, do której należy PiS.

W swojej obecnej niełatwej sytuacji, UE potrzebuje dzisiaj mądrych i krytycznych, choć ujętych w realistyczne i instytucjonalne formy, inicjatyw ze strony państw członkowskich. Warto mieć nadzieję, że Deklaracja Rzymska to nie koniec, ale dopiero początek tej ważnej dyskusji, w której muszą brać udział wszyscy członkowie Unii.