Choroba i śmierć były nie wrednymi – jak niejednokrotnie sama miałam pokusę je nazwać – lecz wiernymi przyjaciółkami Jana Kaczkowskiego.

Rok temu, 28 marca 2016 r., w Poniedziałek Wielkanocny zmarł ks. Jan Kaczkowski – mistrz życia aż do końca (tak nazwał go prof. Jacek Łuczak, wybitny autorytet w dziedzinie medycyny paliatywnej).

Jan rzeczywiście był mistrzem życia zarówno dla chorych, jak i dla zdrowych. W naszej, wspólnie napisanej, drugiej książce „Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby” mówi: „Nie ma co udawać – choroba sprawia, że szału nie ma. Ale życie nadal trwa! Chodzi więc o to, aby wpłynąć na zmianę świadomości społecznej na temat choroby, także tej przewlekłej czy nieuleczalnej – bo również życie w chorobie może być intensywne! Ciężko chory często musi zawiesić swoją działalność zawodową. Choroba jednak nie zwalnia z bycia człowiekiem, od którego wciąż wiele zależy, który ma drugiemu wiele do dania. Bo nawet człowiek najbardziej ogołocony ma innym coś do dania. Dawanie ma sens, bez względu na jakość”.

Mówił nie tylko, że śmierć jest wpisana w nasze życie, ale też, że życie jest częścią… śmierci

Nam zdrowym przypominał często, że chociaż zdrowi również jesteśmy zdiagnozowani, „bo wszyscy zdiagnozowani jesteśmy na śmierć”. Wcale jednak nie straszył śmiercią, zakochany w życiu potrafił je smakować jak mało kto. Uważał jednak, że śmierć – podobnie jak narodziny – to jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu człowieka. Dość oczywistą prawdą jest twierdzenie, że śmierć to po prostu integralna część życia – każdego życia. Jest nią, bo kolejny dzień naszego życia nieuchronnie przybliża nas do śmierci. Jednak Jan mówił nie tylko, że „śmierć jest wpisana w ten jednorazowy projekt, jakim jest życie każdego z nas”. Mówił również, że życie jest częścią… śmierci. Wynikało to, oczywiście, z jego głębokiej wiary. Często powtarzał: „Chcę dobrze przeżyć swoją śmierć”. I – jak mówią najbliżsi Jana – jego pragnienie spełniło się.

Sama byłam rozżalona, że śmierć chce zabrać Jana za wcześnie. Choroba i śmierć były jednak nie wrednymi (jak niejednokrotnie miałam pokusę je nazwać), lecz wiernymi przyjaciółkami Jana. Przy całym swoim poczuciu humoru mówił o nich z atencją i powtarzał – nie zawsze ironicznie – że chorobie wiele zawdzięcza: „Nie będę czarował: ciężka choroba zmusza zazwyczaj do gruntownego przemeblowania życia swojego i w dużej mierze naszych najbliższych, ale w zamian też coś daje”.

Jemu, jak wielokrotnie powtarzał, choroba dała wolność. W „Żyć aż do końca” opowiada: „Mówi się, że choroba wszystko kończy, a w moim wypadku jest wprost przeciwnie: moja choroba dała początek tylu niezwykłym rzeczom! Przede wszystkim spotkałem wielu wspaniałych i ciekawych ludzi. Sądzę, że niejedno z tych spotkań nie wydarzyłoby się, gdyby nie choroba. Podobnie z podróżami: odbyłem ich w trakcie tych ostatnich trzech lat jako ta «paczka cateringowa» (tak jestem transportowany przez linie lotnicze) chyba więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Byłem w takich miejscach – i to nie na zasadzie sentymentalnych podróży, bo tych unikam – do których wcześniej nie przyszłoby mi do głowy jechać: na przykład w Armenii, Gruzji i Australii. Udało mi się również uczynić z puckiego hospicjum rozpoznawalną markę. […] Choroba pomogła mi też o wiele głębiej przeżywać moje kapłaństwo – wciąż mam w sobie gen społecznika, ale dziś, mam wrażenie, moje kapłaństwo jest dużo głębsze i intensywniejsze w samej swojej istocie, niż przed chorobą. To daje mi duży napęd i pozwala mieć nadzieję, że chyba nie zmarnowałem życia”.

W życiu w ogóle, czyli również w życiu z chorobą, najważniejsza jest bliskość

Jednym z najważniejszych przesłań, jakie nam zostawił, jest to: „W życiu w ogóle, czyli również w życiu z chorobą, najważniejsza jest bliskość. Człowiekowi, który nie zaznał bliskości w dzieciństwie albo został głęboko zraniony, będzie o wiele trudniej przeżywać życiowe trudności. Bo na to, jak przeżywamy chorobę swoją lub kogoś bliskiego, składają się wszystkie nasze życiowe doświadczenia radzenia sobie z sytuacjami trudnymi. Z uporem maniaka powtarzam więc prawdę, że w rodzinach należy pielęgnować bliskość, i trzymam się tego – jak by powiedział mój ojciec – jak pijany płotu”.

Na skrzydełku okładki naszej pierwszej książki „Szału nie ma, jest rak” napisałam: „Jan jest nieprzewidywalny, ma ostry język i cudowne poczucie humoru. Bywa nieznośny, uparty i… czuły. Jest niczym pasjonująca książka, która zaczyna się jak powieść przygodowa, by stać się moralitetem. Spotkanie z nim to wyzwanie i przywilej”. Poznawszy go później jeszcze lepiej, mogę tę opinię powtórzyć. Może tylko słowa: „nieprzewidywalny”, „nieznośny”, „czuły” i „moralitet” dałabym pogrubioną czcionką.

PS. W środę 29 marca o godz. 7.30 w kaplicy Matki Bożej w kościele Świętego Krzyża w Warszawie (przy Krakowskim Przedmieściu 3) zostanie odprawiona Msza św. w intencji ks. Jana Kaczkowskiego w pierwszą rocznice jego śmierci.