Różnorodność narodowa Europy domaga się jej potwierdzania. Wybuchy separatyzmów na naszym kontynencie świadczą o tym, jak niebezpieczny byłby brak poszanowania tej różnorodności.

Tekst wystąpienia na zebraniu Rady Redakcyjnej „Więzi” 22 marca 2002 r.

Nie przypuszczałem, że nasze spotkanie wypadnie dokładnie w dniu opublikowania oświadczenia Episkopatu Polski o integracji europejskiej. Ten szczęśliwy zbieg okoliczności pozwala nam uwzględnić tę odpowiedź, którą dają polscy biskupi, na pytanie, jakiej Europy chcemy.

Chciałbym zaznaczyć, że kiedy mówimy o tym, jakiej Europy chcemy, mamy w istocie na myśli pytanie: „Jakiej Unii Europejskiej chcemy?” Trzeba pamiętać, że Unia Europejska to nie jest cała Europa i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie. Europa powinna oddychać dwoma płucami: zachodnim i wschodnim – podkreśla Jan Paweł II. To wschodnie płuco to także prawosławie, a więc Rosja, Ukraina, kraje bałkańskie. Unia Europejska jako – można powiedzieć – najważniejsza wyrazicielka Europy powinna także pamiętać o tym, że nie jest całą Europą. Powinna więc dążyć do ułożenia partnerskich stosunków także z tymi krajami europejskimi, które do niej nie należą i być może należeć nie będą.

Rad jestem, że nasz temat określamy właśnie tak: jakiej Europy chcemy, a nie zastanawiamy się nad tym, czy Polska ma iść do Europy i pod jakimi warunkami. To jest trochę inne pytanie, chociaż oczywiście blisko związane z tym, które sobie tu stawiamy.

Myślę, że syntetyczna odpowiedź na pytanie, jakiej Europy chcemy, mogłaby wyglądać następująco: chcemy Europy ekonomicznie prężnej, mogącej sobie poradzić z własnymi problemami, takimi jak np. bezrobocie, które w różnych krajach europejskich jest duże, czy też przezwyciężanie różnic w rozwoju ekonomicznym poszczególnych krajów.

Chcemy Europy, która stanowiłaby istotny czynnik w nowym globalnym układzie świata – obok Stanów Zjednoczonych i szybko rozwijających się krajów Azji. Taka Europa, stanowiąc element globalnego partnerstwa, byłaby zdolna do zajmowania wspólnego stanowiska politycznego w sprawach świata. Byłaby ona solidarna zarówno wewnątrz – wobec różnego poziomu zamożności krajów europejskich – jak i na zewnątrz, w obliczu wciąż istniejącego i stanowiącego duże niebezpieczeństwo dla rozwoju świata w przyszłości podziału na kraje bogate i biedne, na północ i południe. Ostatnio, z powodu zamachu z 11 września ten problem w większym stopniu dotarł do świadomości ludzi, zwłaszcza tych, którzy decydują w polityce światowej (nie chcę powiedzieć, że terroryzm jest wynikiem tego wciąż pogłębiającego się podziału, ale ma z nim pewien związek).

I wreszcie – chcemy Europy duchowo pogłębionej w obliczu spłycających zjawisk współczesnej kultury oraz w obliczu wielkich problemów światowych, takich jak zdolność do współżycia kultury ukształtowanej na glebie europejskiej z innymi kulturami, często bardzo starymi. Wobec obecnego kierunku rozwoju świata ten problem będzie na pewno nabierał coraz większego znaczenia.

Tak można by odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule. Odrębną kwestią jest możliwość realizacji tej wizji. Warto uświadomić sobie, w jakim punkcie dyskusji o kształcie Unii Europejskiej – czyli tej zasadniczej części Europy – jesteśmy dzisiaj. Przypomnę, że kiedy Winston Churchill w 1946 roku pierwszy raz postawił postulat utworzenia „Stanów Zjednoczonych Europy”, miał na myśli Europę kontynentalną – bez Anglii, to było bardzo wyraźne. Wiadomo, że Anglia – kraj wyspiarski – zachowuje wobec Europy pewien dystans. Churchill miał na myśli to, że skoro na kontynencie ciągle wybuchają wojny, trzeba wreszcie jakoś go uporządkować, a najlepiej się go uporządkuje, jeśli stanie się właśnie „Stanami Zjednoczonymi Europy”.

Początkiem było powołanie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Twórcy zjednoczonej Europy – Schuman, de Gasperi, Adenauer, a może przede wszystkim Monnet – na pewno mieli na myśli rozpoczęcie procesu jednoczenia Europy. Wtedy jednak, tuż po zakończeniu II wojny światowej, problemem było przede wszystkim włączenie w ten proces Niemiec. Chodziło wówczas o uzyskanie już na samym początku odpowiedzi na pytanie, jakie miejsce ma ten kraj zająć w odbudowującej się Europie, czy – jak później mówiono – Niemcy będą europejskie, czy też Europa będzie niemiecka.

Użyte przez generała de Gaulle’a określenie „Europa ojczyzn”, na które Polacy bardzo często lubią się powoływać, też w gruncie rzeczy wyrażało pewien dystans Francji wobec procesu europejskiej integracji. W języku francuskim to określenie nie oznaczało zresztą właściwie „Europy ojczyzn”, tylko „Europę państw”.

Jak wiemy, dalszym etapem jednoczenia się Europy była Europejska Wspólnota Gospodarcza. Przekroczeniem istotnego progu było utworzenie Parlamentu Europejskiego, choć niewątpliwie skomplikowało to strukturę europejską, ponieważ deputowani nie są przedstawicielami parlamentów poszczególnych państw, ale są wybierani bezpośrednio, a sam Parlament nie jest podstawową władzą ustawodawczą Unii. Wreszcie wprowadzenie euro niewątpliwie przynosi zasadniczą zmianę jakościową. Cały ten proces oznaczał stopniowe przekraczanie wizji Wspólnot Europejskich, a potem Unii jako zwykłego sojuszu państw – w kierunku czegoś więcej, będącego czymś pośrednim pomiędzy konfederacją a federacją, tworem sui generis.

Charakterystyczne jest, że właśnie w Unii Europejskiej bardzo istotnego znaczenia nabrała zasada pomocniczości, która została inkorporowana do europejskiego prawa. Wcześniej była to tylko jedna z zasad katolickiej nauki społecznej. Natomiast teraz bardzo często podkreśla się jej znaczenie – przeciw biurokratyzmowi unijnemu, dla zbliżenia obywatela do unijnych instytucji, w związku z powszechną w krajach Unii świadomością braku „obywatelskiej afirmacji”.

Pytanie o specyfikę ustrojową Unii Europejskiej i jej dalszy rozwój wciąż istnieje. Mamy do czynienia z bardzo różnymi propozycjami, jak choćby wizją zawartą w głośnym przemówieniu Joschki Fischera, postulującego federalizację Europy idącą tak daleko, że miałby powstać urząd prezydenta europejskiego, do czego mam osobiście stosunek sceptyczny. Wizje są istotne, bo pobudzają myślenie i wpływają na proces jedności europejskiej. Ale niebezpieczne są „przestrzelenia” w tych wizjach, zbyt odbiegające od tego, co narody europejskie uważają za specyficznie własne i nienaruszalne, a także odbiegające po prostu od realnego stanu rzeczy.

Wciąż widzimy, jak bardzo trudne jest dalsze przekraczanie wizji wspólnej Europy jako zwykłego sojuszu państw. Na przykład podczas szczytu w Nicei właściwie nie osiągnięto postępu w kluczowej sprawie ustalenia, jakie sprawy mają być decydowane większością głosów, zamiast – jak dotąd – jednogłośnie. Rozmaite kraje żądają najróżniejszych wyjątków od zasady głosowania większością, które to wyjątki zupełnie się ze sobą nie pokrywają. Mniejsze państwa, np. skandynawskie, obawiają się hegemonii większych. Wiemy, że podobne obawy istnieją też w Polsce – kraju, który dopiero niedawno odzyskał pełną suwerenność. Zrozumiałe jest, że przekazywanie wykonywania części suwerenności w zamian za udział w szerszej suwerenności unijnej nie jest proste ani łatwe. Słuszna wydaje mi się też uwaga Zbigniewa Brzezińskiego, że porównywanie perspektywy Europy ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki jest o tyle niewłaściwe, że o ile istnieje naród amerykański, złożony z ludzi najróżniejszego pochodzenia, o tyle narodu europejskiego nie ma i nie widać perspektyw jego powstania.

Nieostateczność kształtu Unii jest w moim przekonaniu zarówno jej siłą, jak i słabością

Choć więc – jak myślę – wszystkie te zastrzeżenia nie zmniejszają znaczenia ani potrzeby dalszej integracji, należy jednak posuwać się naprzód dość ostrożnie. Zbyt proste wyobrażanie sobie, że ten tak różnorodny kontynent można łatwo ubrać w garnitur superpaństwa, może przynieść reakcje negatywne w stosunku do procesu integracyjnego. Różnorodność narodowa Europy domaga się jej potwierdzania. Wybuchy separatyzmów na naszym kontynencie świadczą o tym, jak niebezpieczny byłby brak poszanowania tej różnorodności. Dlatego też powiedziałbym, że w perspektywie, którą można sobie wyobrazić, Unia Europejska pozostanie związkiem państw, społeczeństw, regionów, a nie superpaństwem, „Stanami Zjednoczonymi Europy”.

Ta nieostateczność kształtu Unii jest w moim przekonaniu zarówno jej siłą, jak i słabością. Siłą jest dlatego, że nieostateczność ta wynika z potrzeby respektowania różnorodności europejskiej historii i teraźniejszości, a także różnic rozwojowych. Identyfikacja obywatela z Unią Europejską dokonuje się i dokonywać się będzie poprzez identyfikację z własną kulturą, z własną tradycją, z własnymi korzeniami, z własnym państwem, a nie ponad nim. Słabość tej sytuacji polega natomiast na tym, że proces zmian w Unii nigdy się nie kończy, co ją wielce absorbuje i sprawia, że nie ma jednego poglądu na to, jaki będzie jej kształt ostateczny. Warto jednak pamiętać o tym, że pojęcia takie jak konfederacja czy federacja nie zostały ludziom dane, ale zrodziły się w pewnym procesie historycznym. Obecnie w procesie integracji europejskiej rodzi się także pewien specyficzny kształt ustrojowy, którego jeszcze nie potrafimy określić – można go nazwać „unijnym”. Być może kiedyś w przyszłości, tak jak dzisiaj zrozumiałe są dla nas pojęcia konfederacji czy federacji, bardziej zrozumiałe będzie dla nas również pojęcie „ustrój unijny” i tak samo wejdzie do słownika pojęć politycznych.

Sprawdzianem zdolności do osiągnięcia następnego etapu rozwoju Unii będzie jej zdolność do prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej i wspólnej polityki bezpieczeństwa wewnętrznego, to znaczy przeciwdziałania terroryzmowi, przestępczości itd. Wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa Unii właściwie dopiero powstaje. Najbardziej dramatyczny był brak tej wspólnej polityki na Bałkanach, co obserwowałem z bliska. W najostrzejszej fazie tego konfliktu kraje europejskie odwoływały się do swoich dziewiętnastowiecznych interesów i sympatii do poszczególnych krajów, traktując je jako przedmiot swojego oddziaływania, zamiast budować wspólną, jednolitą politykę.

Najważniejszym elementem jedności europejskiej pozostają wciąż kwestie ekonomiczne. Unia z pewnością będzie przede wszystkim wspólnotą ekonomiczną. Ale dla jedności europejskiej to nie wystarcza. Biskupi w swojej deklaracji słusznie stwierdzają, że w budowaniu jedności Europy ważne są nie tylko elementy ekonomiczne i polityczne, ale także duchowe. Pamiętajmy jednak, że kształtowanie tych elementów duchowych nie dokonuje się przede wszystkim przez Komisję Europejską ani przez rządy państw, tylko w innym trybie i w inny sposób.

Widać, że w krajach Unii powstają pewne zjawiska niepokojące. Dla mnie takim niepokojącym zjawiskiem jest uchwalenie – i to nieznaczną większością – przez parlament holenderski zgody na eutanazję. Bardzo trudno jest nie dość zorientowanym w sprawach unijnych ludziom w Polsce tłumaczyć, że zgodę na eutanazję wyraziła Holandia, a nie Unia Europejska, że nie była to decyzja Unii. Trudno przewidzieć, czy tego rodzaju zjawiska będą pohamowane. Osobiście widzę wielkie zagrożenia także w nieposzanowaniu pewnych granic w biologii współczesnej, przy przeprowadzaniu eksperymentów w tej dziedzinie. Problemem jest więc to, jaki będzie dalszy rozwój Unii Europejskiej i w ogóle – kultury europejskiej od tej właśnie strony.

Z pewnością w pełni uzasadniona jest krytyka ze strony Papieża wobec wykreślenia z Karty Praw Podstawowych jakichkolwiek odniesień do religii. Jak mówił kardynał Lustiger, był to swego rodzaju kompromis: jedni chcieli za dużo, drudzy za mało, więc ostatecznie skreślono odniesienia do religii w ogóle. W kulturze europejskiej brak jakiegokolwiek ustosunkowania się do religii uważam za istotny brak Karty.

Ze wspomnianą już kwestią większej bliskości obywateli wobec instytucji Unii Europejskiej łączy się problem „duszy demokracji”. Istotne jest bowiem pytanie, czy demokracja ma być tylko proceduralna – która jedynie ustala procedury postępowania – czy też taka, którą można nazwać demokracją wartości. Te dwa rodzaje demokracji można odróżnić na przykładzie stosunku do eutanazji – po tym, czy uznaje się, że istnieją pewne granice, które nie podlegają głosowaniom, nie ustala ich większość. Z drugiej strony wiemy, że demokracja wartości też powinna funkcjonować w pewnych granicach, ażeby uniknąć fundamentalizmu – granicach, których wymaga pluralizm społeczeństw demokratycznych.

Na koniec – jeszcze kilka słów na temat deklaracji Episkopatu, którą uważam za niesłychanie ważną. Chociaż – jak mówił arcybiskup Muszyński w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” – niełatwo było uchwalić wspólny tekst, a biskupi głosowali poszczególne fragmenty, a nawet słowa, jednak dla czytelnika tej deklaracji, który nie zna kulis jej uchwalania, wydaje się ona spójna i ma bardzo zasadniczy charakter. Jest to na pewno swego rodzaju drogowskaz wskazujący, o co mamy się ubiegać w Unii Europejskiej jako chrześcijanie.

Istnieje pytanie, czy te słuszne zastrzeżenia, które formułują polscy biskupi, mają charakter postulatów pod adresem Unii, czy też warunków, od których spełnienia uzależniamy naszą chęć akcesu do niej. Ja uważam, że są to postulaty, choć oczywiście w pewnych skrajnych przypadkach mogą przybrać charakter warunków, gdyby Unia jako taka (a nie poszczególne państwa) zaczęła rozstrzygać w takich sprawach, jak na przykład eutanazja, czy też gdyby rzeczywiście warunki wejścia Polski były dla nas nie do przyjęcia.

Dokument przeciwstawia się nadużywaniu wypowiedzi Jana Pawła II i zauważa, że takich jednostronnych interpretacji dokonują zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy wejścia do Unii. Generalnie odbieram jednak stanowisko biskupów jako zdecydowanie proeuropejskie. Obawiam się, że spór interpretacyjny wokół tego dokumentu będzie się toczył w ten sposób, że panowie Łopuszański, Macierewicz i Lepper czy też Radio Maryja, jeżeli w ogóle będą się powoływać na tę deklarację, będą traktować ją jako zestaw warunków i wyliczać, które z nich nie zostały spełnione. Dlatego myślę, że dla interpretacji stanowiska Episkopatu bardzo istotne byłoby sprecyzowanie przez biskupów, że ma ono charakter przede wszystkim postulatywny. W sumie uważam ten dokument za niesłychanie poważny. Biorąc pod uwagę fakt jednoczesnego z tą deklaracją powołania komisji do rozmów z Radiem Maryja (oby była ona stanowcza!), można mieć nadzieję, że antyeuropejskość tej rozgłośni zostanie trochę okiełznana, choć nie wiem, czy nie oczekuję zbyt wiele.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” 2002, nr 8-9